ozdoba

WOJNA POLSKI I LITWY Z ZAKONEM KRZYŻACKIM
1409–1411

ozdoba

"...Zakon podjął już latem 1408 r. przygotowania militarne, tj. zbrojenie nadgranicznych zamków w ziemi chełmińskiej, które wizytował nowy wielki mistrz. Malborska ludwisarnia wydatnie zwiększyła produkcję broni palnej, tak większych, jak mniejszych dział, wzmacniających obronność stołecznego zamku, a zwłaszcza nadgranicznych ośrodków; w potrzebie mogły być użyte do oblegania zamków polskich, czy w bitwie w otwartym polu. Przeprowadzono też rozpoznanie nadgranicznych terenów polskich (drogi, brody), głównie między rzekami Brdą i Kamionką..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 52

"...Równocześnie Zakon, co zresztą czynił przez cały czas, wzmacniał obronność Żmudzi. W ciągu listopada, a także na początku grudnia 1408 r., wójt żmudzki Michał Kuchmeister, zabiegał o to, aby zamki Thobys i Friedeburg zaprowiantować oraz uzupełnić ich wyposażenie, w tym także dozbroić. Do przybyłego we wrześniu 1408 r. do Friedeburga jednego dużego działa potrzebne były pociski (kule) kamienne i proch, Również o ciężkie uzbrojenie starano się dla zamku Thobys. W tych sprawach tuż przed 7 listopada 1408 r. wójt żmudzki udał się osobiście do wielkiego mistrza, a 1 grudnia 1408 r. komtur domowy z zamku Thobys wystosował długie pismo do wielkiego marszałka, w którym wyszczególnił wszystkie potrzeby swojego zamku - jeśli chodzi o prowiant, wyposażenie i te związane z poprawą bezpieczeństwa..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 259-260

"...Pod koniec 1408 r. i Polska, i Litwa miały swój własny pretekst do wojny: Polska - Drezdenko i Santok, Litwa - Żmudź. Wszyscy wiedzieli, że wojna jest nieunikniona, ale nikt nie chciał rozpocząć jej pierwszy..."


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO" s. 194

"...Porozumienie było jednak już wówczas niemożliwe. Cokolwiek by nie powiedzieć o intencjach i planach Witolda, zrobił on wiele, by nie zostać uznany za osobę, która konflikt sprowokowała. Dwukrotnie proponował wielkiemu mistrzowi wspólny zjazd, bo chciał uregulować wszelkie spory, dwukrotnie Jungingen odmówił. Symptomatyczne było natomiast odejście wiosną 1409 r. z kancelarii wielkoksiążęcej Jana Lichtenwalda, który latem tego roku zaczął pracować w kancelarii wielkiego mistrza...."


Fragment książki: Jarosław Nikodem "WITOLD" s. 280

"...Wiosną 1409 r. Krzyżacy przejęli polskie statki płynące ze zbożem dla głodującej Litwy pod pretekstem, że była to broń dla wspomożenia niewiernych przeciw chrześcijanom. Ten fakt Długosz, a za nim wielu historyków, uważa za bezpośrednią przyczynę wojny..."


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO" s. 195

"...20 maja 1409 r. z zamku Thobys wójt żmudzki Michał Küchmeister donosił wielkiemu marszałkowi Fryderykowi von Wallenrode o wymianie korespondencji między nim a stroną litewską, niestety, bezowocnej. Küchmeister powiadomiony przez Ulryka von Jungingen o przebiegu niedawnych rozmów wielkiego marszałka z Witoldem i potem wielkiego mistrza z Janem Sunigajłą i Mikołajem Cebulką miał napisać do wielkiego księcia litewskiego. Witold odpowiedział mu życzliwie, wyrażając gotowość „ku wyprostowaniu" wszelkich trudności dzielących krzyżacką Żmudź i Litwę. Jednak wysłane zaraz potem listy przez obie strony nie doprowadziły do porozumienia. Toteż wójt żmudzki pisząc do wielkiego marszałka zastanawiał się, jaki charakter mają listy Witolda, zawierające wiele niepotrzebnych wymówek — czy są przyjazne, czy nie [...]? Na koniec wójt upominał się u wielkiego marszałka o dostarczenie mu pocisków i innego potrzebnego zaopatrzenia do jego zamków (według wysłanego wcześniej zapotrzebowania). Prosił również o przysłanie mu do Thobysa pięciu brakujących knechtów i kapelana (w miejsce zbiegłego kapłana Marcina).

Witold wciąż żywił urazę do komtura brandenburskiego - o co miał do niego żal wielki mistrz krzyżacki. Ulryk von Jungingen w swoim liście (pisanym przed 27 maja) jeszcze raz próbował usprawiedliwiać Marquarta von Sulzbach, tłumacząc, iż miał on pewne podstawy do wyrażenia swoich obaw wobec Witolda o możliwą zdradę, gdyż wielki książę pewnego razu, gdy komtur doń posłował, obiecał mu, że sprawę sporną dotyczącą granic pomiędzy Prusami a księstwem mazowieckim Janusza I rozstrzygnie na korzyść Zakonu.

Przed 26 maja 1409 r. wielki mistrz krzyżacki jechał do Memla, Gdy był już na miejscu, dotarły tam do niego 2 łaszty wismarskiego piwa, które jednocześnie posłano w prezencie Witoldowi.

Przyczynę omówionych wyżej a nierozwiązanych przez Zakon problemów żmudzkich upatrywać należy przede wszystkim w antykrzyżackiej, ale prowadzonej w utajonej formie, działalności Witolda na Żmudzi..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 269-270

"...30 maja [...] 1409 r., gdy wójt żmudzki wracał z Ragnety po przeprowadzonej wymianie zakładników, Żmudzini z włości promiadziewskiej (von Promedien) uderzyli niespodziewanie na Christmemel [...] nad Niemnem. Przed atakiem na Christmemel Żmudzini swoje dzieci wywieźli na ziemie litewskie [...]. Tamtejszy dwór krzyżacki spalili, a przebywających w nim brata kapłana, czterech służebnych i całą czeladź wzięli do niewoli, zabierając stamtąd całe bydło i ogiery. Robotnicy pracujący przy budowie (murowanego zamku w Christmemlu?) w porę uciekli. Opuszczoną budowę Żmudzini najpierw ograbili z tego co znaleźli (z wozów i innego wyposażenią), a potem zniszczyli ogniem wraz ze znajdującą się opodal cegielnią. Następnie żmudzcy napastnicy poszli wzdłuż (w górę) Niemna, zabijając po drodze 14 napotkanych nad brzegiem rzeki ludzi (m.in. rybaków) i pustosząc pięć wsi nad tą rzeką. Nie odważyli się zdobywać Thobysa _ bo jak odnotował kronikarz krzyżacki - przebywało na tym zamku dla dokonania ulepszeń budowlanych wielu ludzi z ziemi pruskiej. Tak więc Żmudzini poruszając się dalej (zapewne drogą przy Niemnie), po przekroczeniu Niewiaży [...], znaleźli się na ziemiach litewskich (w okolicach Kowna).

Wójt żmudzki, któremu szybko o wszystkim doniesiono, powracał z Ragnety na swoim stateczku (schifchen) pełen obaw, nie chciał bowiem nad Niemnem natknąć się na Żmudzinów. Nie wiedząc, czy żmudzcy najeźdźcy opuścili już Christmemel, podpłynął pod tę miejscowość na bezpieczną odległość. Po pozostawieniu na stateczku brata kapłana i jednego służebnego Michał Küchmeister wraz z pozostałymi służebnymi wracał drogą lądową. W Christmemlu, w którym już nie było Żmudzinów, wójt ze swoimi służebnymi wsiedli na konie i wzdłuż brzegu Niemna dotarli do zamku Thobys. W nocy, również bez przeszkód, dopłynął do Thobysa stateczek z bratem kapłanem i jednym służebnym.

Następnego dnia (31 maja 1409 r.) przybyli do Michała Küchmeistera trzej rycerze od starosty kowieńskiego Jana Sunigajły, z opieczętowaną cedułką [...], którzy twierdzili, że starosta nic jeszcze nie wie o szkodach, wyrządzonych przez Żmudzinów [...]. Odpowiadając wójt żmudzki domagał się, aby ci Żmudzini z powrotem powrócili na Żmudź, do panów, do których przynależą [...]. Wójt powoływał się tutaj na poręczenie starosty kowieńskiego, jakie złożył on w obecności wielkiego mistrza i wielkiego marszałka, że z jego winy do niczego nie dojdzie [...].

Michał Küchmeister nie dowierzał tłumaczeniom starosty kowieńskiego, czego dał wyraz w liście do wielkiego mistrza, napisanym tego samego dnia (31 maja 1409 r.). Wójt zdał w nim szczegółową relację wielkiemu mistrzowi z ostatnich wydarzeń na Żmudzi, zaznaczając na koniec: przy tym może wasza czcigodność i zechce rozpoznać, to on [Jan Sunigajło] ręce chciał umywać i stąd nic nie chciał wiedzieć [...]. Również 31 maja 1409 r. komtur domowy Ragnety informował Ulryka von Jungingen o spaleniu przez Żmudzinów budowy w Christmemlu, informując jednocześnie o trudnościach w pozyskaniu drewna, wapna, kamienia na tę budowę i prosząc wielkiego mistrza, aby coś zaradził w tym względzie. Ulryk von Jungingen jeszcze wtedy jednak nie dawał wiary temu, co mu sugerował wójt żmudzki, a mianowicie, że to z inspiracji Witolda Żmudzini napadli na Christmemel. Wystosował więc list do wielkiego księcia, w którym żalił się na wystąpienie Żmudzinów przeciwko Zakonowi i chrześcijaństwu, przypuszczał, że pewnie i władcę litewskiego, tak jak jego, martwi napaść Żmudzinów. Chciał, aby mu Witold pomógł zrozumieć, jakim to sposobem Żmudzini się odmienili, a także doradził mu, w jaki sposób mógłby uporać się z wynikłym problemem. Wielki książę litewski odpisał wtedy Ulrykowi von Jungingen w niezbyt przyjaznym tonie, wypominając, że swego czasu, gdy wielki mistrz prosił o jego rady, to on wtedy starał się najlepiej, jak potrafił, mu radzić. Lecz gdy zwierzchnik Zakonu potem nie życzył sobie więcej jego rad, i sam tylko osobą radzącą chciał być, to niech teraz nie liczy na jego rady.

Atak na Christmemel z 30 maja 1409 r. dał początek II powstaniu żmudzkiemu. Do walki poderwały się też inne włości, które zaczęły po kolei zrzucać krzyżackie jarzmo. Pochwyconych służebnych (dyner) zakonnych (komorników i innych) brano do niewoli..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 270-273

"...3 czerwca 1409 r. z zamku Thobys wójt żmudzki Michał Küchmeister informował komtura memelskiego Ulryka Zengera, że według pogłoski, która do niego dotarła, Żmudzini zamierzają uderzyć na Memel. Posłany do włości żmudzkich zaufany człowiek wójta miał też usłyszeć (zapewne w innym miejscu), że Żmudzini mieli prosić wielkiego księcia Witolda, aby z nimi wyruszył za trzy dni [...], ale w tym przypadku nie było wiadomo, w którym miejscu owe siły żmudzko-litewskie miały uderzyć.

Z kolei przebywający 5 czerwca 1409 r. na Żmudzi kompan wójta żmudzkiego Tomasz Possecke (von Possik) dowiedział się, że Żmudzini z wszystkich włości [...] wzajemnie się powiadamiają i chcą 6 czerwca 1409 r. wyruszyć z tarczami [...] i w ostrogach [...]. Zamierzają bowiem ludziom zakonnym spuścić lanie i ich pochwycić, gdy będą podążać (zapewne z różnych stron) aż do Jeziorupy [...]. Ponadto Witold, uznawany przez Żmudzinów za ich kunigasa [...], miał wysłać na Żmudź dwóch swoich bojarów (Galmina syna Nadaba i Trumpa syna Sagotego) z nakazem, aby tam nie zachowywano pokoju z Niemcami [...], ale drogi obstawiano, rozkopano [...] i zastawiano [...], zapewne zaporami z pni drzew.

Również kompan wójta żmudzkiego, Tomasz Possecke (von Possik) w swoim liście, kierowanym 6 czerwca 1409 r. do komtura ragneckiego albo do komtura domowego w Ragnecie, alarmował o zagrożeniu Ragnety. Zamierzano bowiem wyprawić ze Żmudzi stu mężczyzn [...] - szermierzy [...], którzy mieli znaleźć się w sobotę 8 albo w niedzielę 9 czerwca pod zamkiem ragneckim, gdy wojska krzyżackie będą oczekiwały ataku ze strony Żmudzinów na Memel. Niewątpliwie sianiem pogłosek o zagrożeniu Memla i Ragnety chcieli Żmudzini odciągnąć uwagę strony krzyżackiej od zamków zakonnych na Żmudzi, które strona litewsko-żmudzka chciała przede wszystkim zaatakować. Mimochodem wspominał o tym w swoim liście kompan wójta żmudzkiego pisząc, że Witold zapowiadał bojarom żmudzkim szybkie przybycie i zbombardowanie zamków krzyżackich - niewątpliwie żmudzkich [...]. Tomasz Possecke zauważał też w swoim liście, że Witold każdego dnia posyła swoich posłańców do włości żmudzkich, aby tam wzniecali niepokój. Według niego wielki książę litewski (przed władzami zakonnymi?) przedstawia się w lepszym świetle Jak on chce. Na końcu zaś swojego listu kompan wójta źmudzkiego dodawał, że w związku z tym że wszędzie dookoła nieprzyjaźnie jest, nie będzie więcej mógł wysyłać do Ragnety posłańców i listów.

Rzeczywiście po Bożym Ciele (po 6 czerwca) 1409 r. gromada Źmudzi- nów dotarła pod Memel. Napastnikom udało się jedynie zabić wielu ludzi tamtejszego komtura (na wybrzeżu, od strony Żmudzi) i zrabować pewną liczbę koni..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 275

"...Zapewne już 7 czerwca po Bożym Ciele 1409 r. Witold ustanowił wspomnianego już wyżej Rumbolda Wolimuntowicza swoim starostą na Żmudzi. Rumbold przejmował włości żmudzkie pod władanie wielkiego księcia litewskiego przy pomocy bojarów żmudzkich - o czym dowiadujemy się z korespondencji krzyżackiej - Wazbuta (?), Bernarda Klausigajły z Rosień, Jerzego Galmina z Ęjragoły i komornika z litewskich Birsztan Getawta. Z kolei synów - Piotra Nigajły, Jana Lawgizwida, Argela i innych bojarów żmudzkich (wcześniej wiernie służących Zakonowi) - 13 czerwca 1409 r. zabrano na Litwę jako zakładników. Rumbold, zaraz po objęciu urzędu starosty źmudzkiego, zaczął we włościach żmudzkich zastępować komorników z nadania krzyżackiego swoimi ludźmi..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 275

"...Następnym posunięciem starosty żmudzkiego Rumbolda było wysłanie pod Friedeburg nad Niemnem najważniejszych bojarów żmudzkich wraz ze strażnikami, którzy otoczyli zamek [...]. Następnie posłańcy żmudzcy próbowali nakłonić burgrabiego krzyżackiego we Friedeburgu, aby wydał im zamek, jednak spotkali się z odmową. Żmudzini bez dział czy machin oblężniczych nie stanowili większego zagrożenia dla dobrze umocnionej warowni krzyżackiej. Załogę Friedeburga martwiło jednak posiadanie małej ilości prowiantu, a także budziła niepokój informacja, że Witold zamierza przybyć z działami pod Friedeburg i ustawić je z czterech stron tego zamku.

Posłano także w tym czasie Żmudzinów z włości knetowskiej do dworu w Christmemlu. Zastali tam oni tylko cztery konie i ludzi, których uprowadzili. A gdy Żmudzini umacniali się przy drogach wodnych i lądowych między Ragnetą a Friedeburgiem, od północy Inflantczycy (niewielki oddział?) wtargnęli do dwóch małych włości żmudzkich, jednak przez wybiegających z ukrycia z okrzykami Żmudzinów zostali zmuszeni do odstąpienia

Jak widać, powyższe działania zbrojne nie doprowadziły jeszcze wtedy do zajęcia i poddania całej Żmudzi władztwu Witolda. Niektórzy bojarzy żmudzcy byli przeciwnikami rządów Witolda na Żmudzi w czerwcu 1409 r.


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 276-277

"...Gdy wielki mistrz po wizycie w Memlu, Tylży i Ragnecie powrócił (przed 9 czerwca) swoją nasadą [...] przez Labiawę i Tapiawę do Królewca, dotarły do niego białe jastrzębie i sokoły od wielkiego księcia litewskiego. Witold tym podarkiem niewątpliwie odwdzięczał się za wcześniej przysłane mu 2 łaszty wismarskiego piwa, a także chciał zapewne uśpić jego czujność co do poczynań Litwy na Żmudzi.."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 277-278

"...Tak na Żmudzi, jak i na Litwie nawoływano do przygotowywania koni i zbroi. Na zamku w Kownie miało się naradzać 60 najznamienitych bojarów (litewskich i zapewne także żmudzkich). W razie wyprawy zakonnej na Żmudź Witold obiecywał swojemu staroście żmudzkiemu podesłać 2000 zbrojnych. Wielki książę litewski ściągnął i rozlokował przy sobie także wielu Tatarów..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 279

"...Wielki książę litewski nie krył się już z tym, że nie chce dalej utrzymywać pokoju z Zakonem, a nawet publicznie uzasadnił swoją decyzję. Witold miał w Kownie wobec zgromadzonych Litwinów oświadczyć, że od dawna nakłaniali go do tego król polski i wielki książę moskiewski, aby nie dotrzymywał z Zakonem pokoju, na co on przedtem nigdy nie mógł się zgodzić. Jednak obecnie ma namacalne dowody, że z jednej strony Krzyżacy kierują swoją zaborczość na jego ziemie (Żmudź i inne), a z drugiej napierają na ziemie Królestwa Polskiego, odbierając mu dawne ziemie i zamki, jak m.in. Drezdenko. Skoro więc oni chcą mieć więcej niż im się należy i na nikogo się nie oglądają, to on nie chce dalej być z nimi w pokojowych stosunkach. Wówczas marszałek dworu Stanisław Czupurna zwrócił uwagę Witoldowi, że przecież zna dobrze tych Niemców, którzy prawnie zajęli ich ziemie, budowali na nich zamki i chcieli z nich korzystać. Odpowiedział mu wtedy wielki książę, że to prawda, ale Krzyżacy są nienasyceni, wszystkiego im za mało i wciąż wyciągają zaborcze ręce po więcej.

Pomimo to Witold nie chciał być tym, który uderzy jako pierwszy i rozpocznie wojnę; nawet nakazywał, aby w jego ziemiach Niemcom nie czyniono nic złego. Jak dowiadujemy się z listu komtura domowego w Ragnecie, kierowanego do komtura ragneckiego z 15 czerwca 1409 r., przybyli z Rosień do Kowna Żmudzini mieli publicznie oświadczyć, że wypowiedzieli wojnę Krzyżakom i przybywają szukać opieki wielkiego księcia. Witold widząc, że dzieje się to w obecności wielu Niemców (kupców i mieszczan), w ostrych słowach miał skarcić owych Żmudzinów za to, że wypowiedzieli posłuszeństwo Zakonowi. Nocą jednak potajemnie poprowadzono owych przybyszy do Wilna; udał się tam także wielki książę. W Wilnie Witold już jawnie miał zapewniać Żmudzinów o swojej pomocy przeciwko Krzyżakom. Miał zalecać też włościom rosieńskiej i ejragolskiej gromadzenie dobrych ogierów. Początkowo wielki książę litewski Żmudżinów przybyłych na Litwę tylko w sposób niejawny zapewniał o swoim wsparciu, jak i ujawniał wobec nich - również za pośrednictwem posłańców słanych na Żmudź - swoje zamiary. Posłańcy litewscy mieli radzić Żmudzinom, gdyby wielki mistrz albo wielki marszałek ich zapytywał, dlaczego wypowiedzieli posłuszeństwo Zakonowi, aby mówili, że wójt żmudzki jednych z nich kazał wieszać, drugich ścinać lub ćwiartować, a ich żony chciał uczynić niewolnicami i też dzieci niewolnikami, a oni do tego nie chcieli dopuścić. Witold miał przed 15 czerwca 1409 r. posyłać po najznamienitszych przedstawicieli dziewięciu włości żmudzkich, położonych w pobliżu ziem zakonnych, ci zaś mieli potajemnie przybyć do niego do Trok. Wielki książę chciał, aby te włości szykowały się z nim do wielkiej wyprawy na Królewiec, aby Niemców tępić i zabijać, a następnie zepchnąć ich ku wodzie i w niej potopić. Żmudzini mieli być gotowi, jak zbiorą plony. Z kolei z listu wielkiego marszałka kierowanego do wielkiego mistrza (z 21 czerwca 1409 r.) dowiadujemy się, że Żmudzini mieli zapytywać Witolda, dlaczego nakazywał im budować zamki dla Krzyżaków, skoro nie zamierzał dotrzymywać im pokoju? Mówili przy tym, że dniem i nocą będą obawiali się zemsty Krzyżaków, jeśliby któryś z zamków zburzyli. Wielki książę miał im wówczas odpowiedzieć, żeby się nie martwili, że jak tylko sprzątną zboże z pól, on te zamki odbierze Zakonowi i one już nie będą im zagrażać. Innym razem Witold miał powiedzieć, że ja nie rozpocznę wojny, jeżeli jednak rozpoczną ją panowie zakonni, to wiedzcie, iż przenigdy dopóki żyję, nie będę ich przyjacielem..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 280-281

"...W sytuacji takiego wzrostu napięcia między obydwoma państwami trudno się dziwić, że między 16 a 21 czerwca 1409 r. w Ragnecie na polecenie wielkiego mistrza zatrzymano pięć statków [...], wynajętych - o czym wyżej wspominano - przez wysłanników Witolda [...]

Ulryk von Jungingen nakazał te pięć statków zatrzymać i zarekwirować przewożony na nich ładunek wkrótce po tym, jak dotarły do niego wieści o całkowitym opanowaniu Żmudzi przez Witolda..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 182-285

"...Ulryk von Jungingen chciał się natomiast utwierdzić w przekonaniu, czy Polska zdecydowanie stanie przy Litwie w obliczu nowego konfliktu, czy zdecyduje się powstrzymać Witolda przed prowadzeniem agresywnej polityki. Wysłane do Jagiełły w czerwcu poselstwo komturów toruńskiego i grudziądzkiego nie otrzymało żadnej odpowiedzi, ponieważ król stwierdzał, że stanowisko w tej sprawie zająć będzie mógł dopiero w następnym miesiącu podczas obrad zjazdu w Łęczycy..."


Fragment książki: Jarosław Nikodem "WITOLD" s. 281

22 czerwca 1409 r. komtur człuchowski Gamrath von Pinzenau donosił wielkiemu mistrzowi m.in., że Polacy z Królestwa Polskiego [...] mieli zapewniać Witolda o ich pomocy [...] w razie wojny z Zakonem Krzyżackim..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 285

"...Natomiast na Żmudzi położenie krzyżackiej administracji stawało się coraz trudniejsze. 3 lipca 1409 r. z zamku Thobys wójt żmudzki Michał Küchmeister żalił się wielkiemu marszałkowi Fryderykowi von Wallenrode na problemy, jakie ma z przesyłaniem korespondencji. [...] Przykładowo 2 lipca - jak informował wójt - powrócił do niego (wraz ze zbiegami - Żmudzinami) tylko jeden jego strzelec, gdyż drugi strzelec wraz z Witingiem wpadł w ręce nieprzyjaciela. Kończąc swój list Michał Küchmeister wspominał o coraz większym zagrożeniu dla jego zamku, a także dla Ragnety?. W następnym liście do wielkiego marszałka, z 8 lipca 1409 r., także pisanym z Thobysa, wójt żmudzki informował o tym, czego dowiedział się od dwóch zbiegów. Miał bowiem Witold od 5 lipca rozłożyć się z wszystkimi jego bojarami [...] w lesie Wolgerye, rozciągającym się między Rumszyszkami i Żyżmorami [...] na południowy wschód od Kowna. W związku z tym Michał Küchmeister oczekiwał każdego dnia ataku wojsk litewskich na Żmudź..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 285-286

"...Natomiast 12 lipca 1409 r. komtur domowy w Ragnecie [...] w swoim piśmie informował o pobycie komtura ragneckiego Eberharda von Wallenfels u Witolda w Kownie. Wielki książę litewski po przeczytaniu listu od Ulryka von Jungingen i w związku z przybyciem komtura ragneckiego miał polecić rozpuścić część zbrojnych, których zgromadził przy sobie, a innym, zdążającym do niego, nakazał wracać do domu. Niewątpliwie wówczas wielki mistrz musiał w swoim liście powiadomić Witolda o zajęciu statków w Ragnecie z


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 286

"...Zjazd króla z przedstawicielami stanów Polski zwołany do Łęczycy (17 lipca 1409 r.) zdecydował o podtrzymaniu Litwy w jej walce z Zakonem, chociaż nie zamierzał natychmiast podjąć kroków zbrojnych, choćby ze względu na brak przygotowań sił zbrojnych w okresie żniw. Zjazd wysłał więc do wielkiego mistrza poselstwo na czele z arcybiskupem gnieźnieńskim Mikołajem Kurowskim, obok kilku panów wielkopolskich. Posłowie ci mieli zręcznie zgłosić propozycję ugodową, tj. przekazania wszelkich spraw spornych istniejących między Polską i Litwą a Zakonem, a więc i Żmudzi, międzynarodowym rozjemcom. Aż do ich decyzji Zakon miał się wstrzymać z atakiem przeciw zbuntowanej Żmudzi i podobnie jak Witold wycofać z niej swoje siły, Propozycje te stawiały więc przynależność Żmudzi do państwa zakonnego jako podlegającą dyskusji - co było dla Zakonu nie do przyjęcia. Zarazem jednak posłowie polscy mieli oznajmić, iż w wypadku braku zgody na te propozycje, Jagiełło nie wezwie Witolda, aby odwołał swoje wojsko ze Żmudzi. Faktycznie oznaczać to miało rozpoczęcie działań wojennych przez Zakon - ale nie tylko z Litwą, lecz i z Polską..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 52

"...Według relacji Długosza wielki mistrz zwrócił się wtedy do polskich posłów z zapytaniem, czy mogą go zapewnić, że nie dozna od króla przeszkody, gdy pójdzie ukarać Żmudzinów, gdyż w przeciwnym razie Zakon całą potęgą uderzy na Litwę. Na to Mikołaj Kurowski miał odpowiedzieć: „Mistrzu, przestań nas straszyć wypowiadaniem wojny Litwie, ponieważ, jeżeli zdecydujesz się na nią, bądź pewien, że podczas gdy ty napadniesz na Litwę, nasz król najedzie Prusy. Wrogów Litwinów uważamy za naszych wrogów i jeżeli ich zaczepisz, skierujemy oręż przeciw tobie". Uradowany tym oświadczeniem mistrz dodał: „Jestem ci wdzięczny, przewielebny ojcze, że nie ukryłeś zamiarów króla twego. Ja bowiem upewniony całkowicie twym wystąpieniem, skieruję atak raczej na głowę niż na członki, raczej na zasiedloną niż opuszczoną ziemię i raczej na miasta i wsie niż gaje, kierując na Polskę wojnę i oręż przeznaczony przeciw Litwie..."


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO" s. 196

"...31 lipca 1409 r. z zamku Thobys wójt żmudzki Michał Küchmeister donosił wielkiemu marszałkowi Fryderykowi von Wallenrode, że jego tłumacz (tolk), posłany z pismem wielkiego mistrza do Witolda (będącym niewątpliwie odpowiedzią Ulryka von Jungingen na ostatnie zarzuty wielkiego księcia), niedaleko Kowna, do którego jechał, aby przekazać list staroście kowieńskiemu Janowi Sunigajle, dostrzegł barykady przy moście na Niemnie oraz przygotowane otwory na działa..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 289-290

"...Już w okresie pierwszych działań wojennych władze krzyżackie szukały sprzymierzeńców w walce z Polską Jagiełłową w skali europejskiej, przy czym mieli to być zarówno sojusznicy militarni, jak i polityczni, działający siłą swego autorytetu na przeciwników Zakonu.

Pierwszymi sprzymierzeńcami stali się książęta zachodniopomorscy szczeciński Świętobor II i wołogojski Warcisław VIII, szukający głównie finansowych korzyści, w imię swoich politycznych interesów, a obawiający się przy tym przewagi militarnej Zakonu. Władze jego zawarły z nimi już w ciągu sierpnia 1409 r. formalne akty przymierza, skierowanego przeciw Polsce i Litwie, jakoby w obronie zagrożonego Zakonu i całego chrześcijaństwa. Dostarczenie posiłków pomorskich miało zostać sowicie opłacone przez Zakon.


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 57

"...5 sierpnia 1409 r. w liście pisanym z Królewca wielki marszałek Fryderyk von Wallenrode przedstawiał wielkiemu mistrzowi plan, według którego możliwe byłoby dotarcie bez przeszkód oddziałów komtura ragneckiego i prokuratora insterburskiego do Thobysa i Friedeburga dla wsparcia obrony obu nadniemeńskich zamków. Wymarsz zbrojnych miałby nastąpić w najbliższy czwartek (8 sierpnia); w ciągu ośmiu dni oddziały krzyżackie dotarłyby do granicy. Następnie komtur ragnecki ze swoimi ludźmi na statkach (Niemnem), a prokurator insterburski ze zbrojnymi konno, dotarliby zarówno do Thobysa (albo w jego pobliże), jak i do Friedeburga. Dla zmylenia przeciwnika miano wysłać wójtowi żmudzkiemu list z fałszywymi informacjami, licząc na to, że pismo zostanie przechwycone przez Żmudzinów albo ludzi Witolda. W tym fałszywym liście miano informować Michała Küchmeistera, że dostojnicy z Elbląga, Dzierzgonia, Bałgi, Brandenburga i Ragnety wraz ze swoimi siłami wyruszą w najbliższy czwartek (8 sierpnia) i w ciągu ośmiu dni przybędą nad rzekę Świętą (Swynton), gdzie się rozłożą. Do rozlokowanych wojsk nad rzeką Świętą miały też przybyć konno wójt żmudzki z wszystkimi swoimi siłami, już bez ponownego wezwania.."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 291-292

"...W konsekwencji to Zakon stał się więc inicjatorem zbrojnej agresji na - nieprzygotowaną zupełnie - Polskę Jagiellońską. Poselstwo polskie opuściło od razu Malbork, gdzie 6 sierpnia został wystawiony formalny akt wypowiedzenia (tzw. list wypowiedni) przez Zakon wojny przeciwko Polsce. Jako główny powód podana została „zdrada Żmudzinów", których poparł król polski. Dlatego Zakon musi zabezpieczyć się przeciwko niemu i jego poddanym, chociaż nie zamierza go ostrzegać, gdyż to Jagiełło bez uprzedzenia zagarnął Żmudź. Akt ten dotarł do Jagiełły dopiero 14 sierpnia 1409 r. w małopolskim Korczynie, powodując zaskoczenie i obawę kierownictwa polskiego co do losów zbyt szybko rozpoczętej przez Zakon wojny..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 53

"...Wszystko to ułatwiło Zakonowi szybsze podjęcie zbrojnej inicjatywy: wielki mistrz zdecydował się najpóźniej 10 sierpnia 1409 r. na koncentrację większości sił zbrojnych na terenie nadgranicznej ziemi chełmińskiej i to w rejonie miasta i zamku Brodnicy. Tam też już w połowie sierpnia zebrały się znaczne siły Zakonu i części jego poddanych, wraz z artylerią ogniową. Naczelne dowództwo nad nimi objął sam Ulryk von Jungingen i wielki marszałek Fryderyk von Wallenrode. Jednocześnie na obszarze południowego Pomorza Gdańskiego w rejonie Tucholi i Człuchowa nastąpiło zebranie drugiej, większej grupy zbrojnej pod dowództwem komturów z obu tych ośrodków. Koncentracja sił Zakonu nastąpiła także na terenie Nowej Marchii na granicy z północno-zachodnią Wielkopolską. Również w graniczącym z ziemiami księstwa czerskiego i warszawskiego (władztwem księcia Janusza I) komturstwie ostródzkim zgromadziły się zbrojne oddziały Zakonu..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 53

"...Zapewne już po 9 sierpnia doszło do wypadów niektórych oddziałów krzyżackich na nadgraniczne tereny polskie, na co później skarżyła się strona polska, iż miały one miejsce przed dotarciem listu wypowiedniego Zakonu do rąk Jagiełły..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 53-54

"...Jednak generalny atak tych sił nastąpił 16 sierpnia, przy czym główne uderzenie nastąpiło z ziemi chełmińskiej (tj. rejonu Brodnicy) do ziemi dobrzyńskiej, pod dowództwem samego wielkiego mistrza. Wojska jego, nie szczędząc gwałtów i okrucieństw na bezbronnej ludności polskiej, w ciągu dwóch tygodni zajęły siłą dwa główne ośrodki ziemi dobrzyńskiej, zamki: Dobrzyń nad Wisłą i Bobrowniki, zmuszając załogi polskie do kapitulacji lub do odejścia. Propozycja zawarcia rozejmu zgłoszona w imieniu Jagiełły pod murami obleganych Bobrownik przez arcybiskupa Kurowskiego, została przez wielkiego mistrza odrzucona. Ostatni atak krzyżacki poszedł na nadgraniczny zamek polski w Złotorii nad Drwęcą i Wisłą, który 2 września siłą zdobyto, mimo dzielnego oporu polskiej załogi. Zamek został następnie w znacznej mierze zburzony, aby nie mógł w przyszłości służyć stronie polskiej. Zakon zyskał więc w opanowanej ziemi dobrzyńskiej dogodną bazę operacyjną do dalszych działań przeciwko innym ziemiom polskim - Mazowszu i Kujawom, a także dalszym centralnym ziemiom Polski, a zarazem argument w przetargach z Jagiełłą w kwestii Żmudzi. Zyskiwał też możliwość trwałego zawłaszczenia kolejnego fragmentu polskiej ziemi.

Łącznie z atakiem na ziemię dobrzyńską 16 sierpnia nastąpiło uderzenie wojsk Zakonu z południowej strefy Pomorza Gdańskiego na teren Krajny aż do linii Noteci, przy spaleniu kilku miasteczek i wielu wsi wielkopolskich. Najsilniejszy atak nastąpił na ważny nadgraniczny ośrodek polski na północnych Kujawach - zamek i miasto Bydgoszcz nad Brdą. Po krótkim oblężeniu wskutek zdrady burgrabiego zamkowego zamek został 28 sierpnia opanowany wraz z miastem i obsadzony załogą Zakonu. Tak Zakon więc zyskał oparcie na północnych Kujawach i dobrą bazę wypadową do dalszych planów aneksyjnych wobec całych Kujaw i centralnych ziem Polski, blokując zarazem siłom polskim dojście na Pomorze Gdańskie. Opiekę nad zamkiem bydgoskim pełnił komtur świecki Henryk von Plauen, zdecydowanie zamierzający utrwalić władzę Zakonu nad dolną Brdą.

Dalsze wypady podjęły po 16 sierpnia oddziały krzyżackie w Nowej Marchii, opanowując niektóre miasteczka w ziemi wałeckiej (północno-zachodnia Wielkopolska), choć daremnie oblegając sam Wałcz. Oddziały z terenu komturstwa ostródzkiego dokonały w tym czasie wypadu na ziemie księstwa czersko-warszawskiego, powodując wiele zniszczeń i rabunków. Natomiast ziemie zachodniego Mazowsza (tj. płockiego) zostały przez Zakon oszczędzone ze względu na wyraźnie neutralne stanowisko zajęte przez księcia Siemowita IV..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 54

"...W noc św. Bartłomieja (24 sierpnia) 1409 r., z obawy przed nadciągającymi Żmudzinami, wójt żmudzki Michał Küchmeister po opuszczeniu Thobysa wraz z wszystkimi jego mieszkańcami nakazał spalić ten zamek. Nie mógł bowiem go bronić z powodu choroby, która powaliła jego załogę. Wójt żmudzki ze swoimi ludźmi {panami i służebnymi) udał się zapewne najpierw do Ragnety, skąd tamtejszy koniuszy karwanowy miał ich wszystkich zabrać do Labiawy. Jak się okazało, wszyscy oni byli tak chorzy, że nie nadawali się do dalszej drogi do Memla..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 296

"...Wtedy, zapewne już 25 sierpnia 1409 r., pod Friedeburg nad Niemnem, jedyny, jaki pozostawał jeszcze w rękach krzyżackich na Żmudzi, przybył Witold wraz z wszystkimi swoimi siłami i także wieloma działami [...]. Friedeburg zdobyto zapewne po niedługiej jego obronie - jak odnotował kronikarz krzyżacki - z powodu braku żywności. Krzyżacy nie wysłali na pomoc Friedeburgowi swoich oddziałów, bo nie dysponowali wtedy w tym rejonie odpowiednimi siłami. Jedynie w związku I pogłoską, że Witold zamierza potem dalej ruszyć aż do Memla umacniali ten zamek, jak też warownie po drodze - w Ragnecie i Tylży.

Wraz z utratą Friedeburga Zakon tracił ostatni skrawek żmudzkiej ziemi i definitywnie kończył tu swoje panowanie. Odtąd cała Żmudź znalazła się faktycznie w rękach Witolda i podległych mu Żmudzinów..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 296

"...Strona polska, zdecydowanie nieprzygotowana do poważniejszej akcji zbrojnej, nie mogła się od razu zdobyć na silniejsze przeciwuderzenie. Jagiełło zabronił nawet dowódcom na północnych obszarach Polski podejmowania szerszej inicjatywy militarnej, a nawet obrony innych ośrodków na Kujawach czy w Wielkopolsce (Inowrocław, Nakło). Dążył bowiem do koncentracji zwołanych już sił pospolitego ruszenia wielkopolskiego z małopolskim. Dlatego tylko na własną rękę książę czersko-warszawski Janusz polecił dokonać swoim wojskom wyprawy odwetowej do południowej strefy komturstwa ostródzkiego, co doprowadziło do spalenia miasta Działdowa i okolicznych wsi. Także zebrane już pospolite ruszenie wielkopolskie przed 4 września dokonało niszczącego wypadu do Nowej Marchii. Jednak część oddziałów doznała porażki w starciu nad Notecią z siłami nowomarchijskimi Zakonu. Natomiast na Żmudzi wojska krzyżackie wycofały się do Prus, nie będąc w stanie zahamować rosnącego nacisku oddziałów żmudzkich wspieranych przez Litwinów.

Jednak wieści o gromadzeniu wojsk przez Jagiełłę spowodowały, iż wielki mistrz nie podjął już dalszej akcji w głąb Kujaw. Nie zastosował też represji wobec Mazowsza wschodniego, a jedynie umocnił zamki w Bobrownikach i Bydgoszczy oraz brody nad Drwęcą, koncentrując swoje siły na pograniczu Pomorza Gdańskiego..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 54-55

"...W początkach września 1409 r. siły pospolitego ruszenia z Małopolski gromadziły się w Wolborzu, dokąd przybył także Jagiełło, czekając na dojście Witolda. [...]

Król wyruszył z Wolborza w połowie września na północ, docierając z większością sił małopolskich do Łęczycy, dokąd doszły oddziały wielkopolskiej szlachty. Rachuby na dojście wojsk litewskich z Witoldem okazały się mylne, mogły one dotrzeć dopiero w następnym roku (ze względu na problemy komunikacyjne, wyżywienia i paszy dla koni). Jagiełło musiał więc tylko z siłami pospolitego ruszenia z Mało- i Wielkopolski kontynuować marsz na Kujawy..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 55

Oblężenie Bydgoszczy 28 wrzesień - 6 październik 1409 roku

"...Król pragnął tam przynajmniej odzyskać zamek i miasto Bydgoszcz, i zabezpieczyć w ten sposób granice wielkopolsko-kujawskie. Wojska królewskie, wzmocnione siłami rycerstwa kujawskiego, zostały pod Radziejowem 25 września podzielone na chorągwie i ruszyły dalej na północ. 28 września dotarły pod mury Bydgoszczy, prowadząc ze sobą także artylerię ogniową. Następnego dnia rozpoczęto oblężenie zamku i miasta przy pomocy silnego ostrzału artylerii. Spowodowało ono znaczne straty wśród obleganych, ale i oblegających, na skutek ostrzału z miasta i zamku

Oblężenie Bydgoszczy było znacznym atutem w ręku Jagiełły. Nie uzyskawszy pomocy ze strony litewskiej pragnął on doprowadzić do odzyskania tak ważnego strategicznie zamku bydgoskiego, aby zamknąć Krzyżakom dalszą drogę na Kujawy. Jednocześnie manifestował gotowość strony polskiej do walki z wojskami wielkiego mistrza. Ten ostatni przebywał ze znacznymi siłami w Świeciu na lewym brzegu Wisły, gotując się do zbrojnego starcia z Polską. Oddziały komtura Plauena obozowały już w pobliżu Brdy na granicy z Polską, czekając na hasło podjęcia ataku na armię Jagiełły. Jednakże przybycie posłów wysłanych przez króla czeskiego Wacława Luksemburskiego, sprzymierzeńca Zakonu, wpłynęło na odwleczenie decyzji wielkiego mistrza. Wysłannicy czescy już 29 września wezwali Jagiełłę pod obleganą Bydgoszczą, aby zaprzestał działań wojennych do chwili ich powrotu od wielkiego mistrza i przekazał spór polsko-krzyżacki w ręce króla czeskiego jako rozjemcy. Bydgoszcz miała przy tym zostać oddana w ręce czeskie na czas trwania rozjemstwa. Jagiełło na skutek ówczesnej sytuacji polityczno-militarnej skłonny był do przyjęcia misji posłów czeskich, choć nie zaprzestał oblegania Bydgoszczy. Ale wielki mistrz już 1 października polecił swoim podwładnym zaniechać akcji wojennej, skwapliwie przyjął przy tym misję rozjemczą, gdyż pragnął nie dopuścić do utraty Bydgoszczy. 4 października Ulryk von Jungingen przesunął się ze swoim wojskiem na południe do lewego brzegu Brdy, w towarzystwie posłów czeskich. Jednocześnie część sił polskich podeszła na prawy brzeg tej rzeki, po czym 5 października rozpoczęły się pertraktacje pokojowe (zapewne w okolicy dzisiejszego Serocka). Strona polska, zgadzając się na rozjemstwo czeskie, domagała się wycofania wojsk Zakonu z ziemi dobrzyńskiej i przekazania jej w chwilowy zarząd króla czeskiego. Natomiast postulat krzyżacki - oddania także Bydgoszczy w ręce czeskie, został udaremniony faktem zdobycia zamku bydgoskiego przez wojska Jagiełły. Ten ostatni, prowadząc rokowania rozejmowe, jednocześnie wytrwale kontynuował obleganie zamku bydgoskiego, zdobywając go ostatecznie 6 października..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 55-56

ozdoba

"...książę mazowiecki Bolesław i książę litewski Zygmunt Kiejstutowicz ze swoimi wojskami uderzyli na Prusy w okresie pertraktacji rozejmowych, o których w czasie dokonywania ataku zapewne jeszcze nie wiedzieli. Owi książęta nie mieli najwyraźniej również wiedzy o podpisanym rozejmie 8 października 1409 r., gdyż być może dopiero tego dnia właśnie opuszczali złupione przez siebie ziemie pruskie. Najbardziej ucierpiało w efekcie omawianych działań militarnych Działdowo i 14 wsi wokół tego miasta. Natomiast miasta Dąbrówno i Nidzica (wspomniane u Długosza) poniosły znaczne mniejsze straty (albo nawet żadne). Kronikarz krzyżacki chyba nieprzypadkowo tutaj nie wspomniał o tych miastach..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 301

"...Odzyskanie Bydgoszczy było przede wszystkim sukcesem moralnym strony polskiej. Natomiast nie mogło ono wywrzeć decydującego wpływu na pertraktacje rozejmowe, szczególnie wobec niedostatecznego przygotowania wojsk polskich do dalszej akcji na Pomorzu Gdańskim oraz spóźnionej, jesiennej pory i braku pomocy ze strony Litwy. Tak więc 8 października 1409 r. został zawarty na granicy polsko-krzyżackiej nad Brdą niezbyt dla Polski korzystny układ rozejmowy (oparty na traktacie kaliskim 1343 r.), mający trwać do 24 czerwca 1410 r. Podczas jego trwania Wacław czeski miał wydać w lutym 1410 r. wyrok polubowny, zwłaszcza co do Żmudzi, której Jagiełło nie miał obecnie udzielać żadnej pomocy. Obie strony zatrzymywały posiadane ziemie i grody. Tak więc ziemia dobrzyńska nadal miała być okupowana przez Zakon, co było dla niego okolicznością zdecydowanie korzystną, liczył on przy tym na jej przyznanie wyrokiem Wacława IV. Litwa nie została wymieniona w układzie rozejmowym, co budziło w Zakonie nadzieję na rozerwanie jedności Jagiellońskiej monarchii (a co było łudzeniem się)..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 56

"...Zabiegi dyplomatyczne nie przerwały przygotowań do wojny. Jej plan ustalono już zapewne jesienią 1409 r. na tajnej naradzie w Brześciu, w której uczestniczyli jedynie Jagiełło, Witold i podkanclerzy Mikołaj Trąba. Przez całą zimę i wiosnę robiono zapasy, szykowano wozy i miecze, stawiano w gotowości chorągwie. Za radą panów polskich Jagiełło sprowadził na żołd biegłych w sztuce wojennej Czechów i Morawian, ściągnięto Besarabów, Wołochów, Ormian i Tatarów. Wreszcie, jak podaje Długosz, „król polski Władysław biorąc pod uwagę, że nie została mu żadna nadzieja na zachowanie pokoju z Krzyżakami, rozesłał listy i wici i nakazał wszystkim panom, rycerzom i poddanym swojego Królestwa Polskiego i podległych mu ziem chwycić za broń i ruszyć do Prus przeciw Krzyżakom. Chcąc zaś zostawić granice swojego królestwa zabezpieczone od strony Węgier, pozostawił w mieście i na zamku sądeckim jako starostę kasztelana lubelskiego Jana ze Szczekocin z rodu Odrowążów i poddał mu wszystkich, uwalniając ich z wyprawy pruskiej, z powiatów sądeckiego i szczyrzyckiego i z ziemi bieckiej..."


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO" s. 201-202

"...Do najpilniejszych spraw należało ściągnięcie pomocy z zagranicy. Już na wieść o zbrojeniach przeciw Zakonowi w Polsce, a także o nieprzychylnej Jagielle postawie Zygmunta Luksemburskiego, do kraju wrócili samorzutnie niektórzy wybitni rycerze, przebywający dotąd na dworze węgierskim. Byli to: znakomity rycerz Zawisza Czarny z Garbowa i jego brat Jan Farurej, herbu Sulima (z ziemi sandomierskiej), a także Wielkopolanie: Janusz Brzozogłowy herbu Grzymała i Wojciech Malski herbu Nałęcz. Ich powrót miał znaczenie zarówno moralno-patriotyczne, liczące się w opinii europejskiej, jaki praktyczne, gdyż Jagiełło z miejsca powierzył niektórym z nich funkcje organizacyjne: Brzozogłowy otrzymał starostwo bydgoskie, a więc obronę północnych Kujaw..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 66

"...Warto za Długoszem podkreślić, że „rycerze polscy przebywający na dworze Zygmunta Luksemburskiego, Zawisza Czarny i Jan Farurej, dziedzice Garbowa, herbu Sulima, Tomasz Kalski, herbu Róża, Wojciech Malski, herbu Nałęcz, Dobiesław Puchała z Węgrów, herbu Wieniawa, Jan Brzogłowy, herbu Grzymała, Skarbek z Góry, herbu Habdank, i inni... dowiedziawszy się, że ich władca i pan przyrodzony, król polski Władysław, przygotowuje wyprawę przeciw Krzyżakom i że między jego Najjaśniejszym Majestatem a królem Zygmuntem, któremu służyli, wynikła zawzięta nienawiść mająca zrodzić burzę wojenną... opuszczają go, przybywają do króla polskiego Władysława, by walczyć z nieprzyjaznymi Krzyżakami i wszystkimi innymi jego wrogami..."


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO" s. 202

"...W obu krajach, a więc zarówno w Polsce, jak i w Wielkim Księstwie Litewskim, rozpoczęto - prowadzone na szeroką skalę - przygotowania do wojny z Zakonem, nie zaniedbując przy tym prowadzenia polsko-litewskiej akcji dezinformującej stronę krzyżacką. Np. 20 stycznia 1410 r. z Pułtuska [...] na Mazowszu Ludwik von Stelen, zapewne kupiec i szpieg na usługach Zakonu, pisał do wielkiego mistrza, że podczas pobytu w Bełzie na Rusi [...] dowiedział się, że król Polski polecił we wszystkich swoich miastach odlewać działa na pociski kamienne {największe jak mogą) oraz prosił wszystkie swoje ziemie, aby przygotowywały się [do wojny] i były w pogotowiu. Także Witold - według słów tego informatora - zgromadził wielki lud [...] przy sobie i również chana tatarskiego [...] wzywał pisemnie, aby 6000 swoich ludzi skierował do Wilna..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 305

"...Wreszcie 15 lutego 1410 r. w Pradze król Czech Wacław IV Luksemburski wydał wyrok. Ziemia dobrzyńska miała wprawdzie zostać zwrócona Polsce, ale dopiero po objęciu przez Zakon Żmudzi. [...] Do tego czasu ziemią dobrzyńską miał zarządzać przedstawiciel króla czeskiego Benesz von Donyn. W przypadku niedopełnienia warunków zwrotu Żmudzi, ziemia dobrzyńska miała powrócić pod władzę krzyżacką. Posłowie polscy od razu odrzucili tak stronniczy wyrok i na znak protestu opuścili zamek w Pradze. Dla Królestwa Polskiego oznaczało to ostateczne pogrzebanie nadziei na pokojowe ułożenie stosunków z Zakonem Krzyżackim, który obecnie mógł głosić, że był gotów do poddania się wyrokowi sądu rozjemczego, ale Polska się od tego wyroku uchyliła..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 306

"...1 kwietnia 1410 r. - według nieścisłych doniesień szpiega krzyżackiego - mieli rzekomo się spotkać w Brześciu nad Bugiem Władysław Jagiełło, Witold, książęta mazowieccy i inni książęta pogańscy. Do Brześcia został więc niezwłocznie posłany z rozmaitymi towarami kupiec (a w istocie szpieg), aby dowiedzieć się, o czym rozmawiali uczestnicy brzeskiego zjazdu. Ów szpieg krzyżacki miał także później udać się do Łucka, aby przyjrzeć się pochodowi zbrojnych z Litwy, Rusi, ziem tatarskich, Podola, Armenii, Besarabii, Wołoszczyzny i Turcji, aby się zorientować, jakiego rodzaju są to wojska, jak silne i w którym kierunku podążą. Krzyżacy pozyskali wówczas również i inne informacje. Mianowicie Witold miał w tym czasie prosić wszystkich swoich ludzi, aby przygotowywali się do wojny [...]. Polacy gromadzili ogiery i zbroje [...]. Marszałek księcia Janusza I mazowieckiego, Scibor Rogala z Sąchocina, miał polecić wytyczyć (wyorywając pasy?) trzy drogi: z Makowa Mazowieckiego przez Różan do Ostrołęki, z Ostrołęki w kierunku na Ortelsburg (dzisiejsze Szczytno) oraz z Makowa Mazowieckiego w kierunku na Nidzicę i Działdowo. Na Mazowszu z obawy przed atakiem (jeszcze przed upłynięciem rozejmu) rozstawiono wokół Narwi i przy Wiśle obronę terytorialną kraju (landwerę). Ponadto dniem i nocą cięto grube deski - dyle, spławiano pnie drzew i wańczos, które zatrzymywane w pewnych miejscach na Wiśle służyły do budowy mostów.

"...Dość specyficzny i odosobniony charakter miał nieoczekiwany wypad zbrojnych Zakonu pod dowództwem wielkiego marszałka w połowie kwietnia 1410 r. przez Podlasie w kierunku Wołkowyska, w pobliżu którego, w Słonimie, przebywał książę Witold. Wypad przybrał charakter rabunkowy i zastraszający, chociaż mógł mieć na celu schwytanie Witolda, do czego jednak nie doszło..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 63

Z kolei 18 kwietnia 1410 r. komtur domowy Torunia donosił wielkiemu mistrzowi, że król polski i wielki książę litewski mieli w swoich ziemiach apelować, żeby wszyscy byli gotowi do wymarszu za cztery tygodnie i uderzenia razem [...] na Pomorze Gdańskie..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 308-309

"...Zakon, niestety, wówczas nie mógł liczyć na posiłki z Inflant, których władze w obliczu zbliżającego się decydującego starcia militarnego Zakonu z Polską i Litwą zajęły stanowisko wyczekujące, chcąc uniknąć za wszelką cenę zbrojnego konfliktu z przygotowanym do wojny Wielkim Księstwem Litewskim. 15 maja 1410 r. wielki mistrz Ulryk von Jungingen skierował list do mistrza inflanckiego Konrada von Vietinghof, w którym jako zwierzchnik Zakonu nakazywał mu posłuszeństwo i podjęcie szybkich przygotowań do wojny. W myśl założeń Ulryka mistrz inflancki miał część swoich wojsk wysłać natychmiast do Prus, a głównymi siłami uderzyć na Wielkie Księstwo Litewskie w wypadku zerwania zaplanowanych na 17 czerwca 1410 r. rokowań pokojowych polsko-krzyżackich w Toruniu. List ten Konrad von Vietinghof otrzymał dopiero 28 maja 1410 r., bezpośrednio po potwierdzeniu w dniu 26 maja 1410 r. zawartego w sierpniu 1409 r. układu z Witoldem o trzymiesięcznym wypowiedzeniu wojny. W pięć dni później, to jest 2 czerwca mistrz inflancki udzielił wielkiemu mistrzowi odpowiedzi. Jej treść, uzgodniona z dostojnikami zakonnymi na kapitule w Wenden (Kiesi), zawierała informację o wypowiedzeniu przez Inflanty wojny Wielkiemu Księstwu Litewskiemu w dniu 28 maja 1410 r. i niemożliwości wysłania posiłków do Prus ze względu na zagrożenie Inflant ze strony Witolda. Kilka dni później Konrad von Vietinghof wysłał następny list do wielkiego mistrza, w którym ponownie tłumaczył się z niemożności wysłania mu posiłków, grożąc jednocześnie złożeniem rezygnacji z urzędu. Listy te dotarły do Malborka w połowie czerwca 1410 r. 15 czerwca 1410 r. Ulryk von Jungingen odpisał, że jeśli mistrz inflancki nie chce udzielić mu pomocy, niech odeśle pożyczone w 1408 r. działa i pieniądze..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 314

"...Natomiast Witold starał się uspokoić Zakon, co do organizowania ataków ze strony litewskiej. Dlatego 26 maja 1410 r. przed mieszczanami [...] w Trokach odczytano list [...] Witolda, w którym wielki książę litewski wraz z biskupem wileńskim Mikołajem z Gorzkowa (herbu Gierałt), starostą wileńskim Wojciechem Moniwidem, marszałkiem wielkim litewskim Stanisławem Czupurną, starostą wiłkomierskim Michałem Kieżgajłą i starostą kowieńskim Janem Sunigajłą tak oto oznajmiali: czynimy wiadomym i otwartym wszystkim tym, którzy ten list słyszą albo czytają, że my zapewniliśmy mocą tego listu przed nami i tymi naszymi, z tym czcigodnym panem Ulrykiem von Jungingen, wielkim mistrzem Zakonu Niemieckiego i jego ziemiami pruskimi, uroczyście zatwierdzamy przewidywany rozejm dotrzymać i zachować, z tym danym listem aż do najbliższego iw. Jana Chrzciciela (24 czerwca), w dobrej wierze i bez wszelkiej groźby, odchodzenia i nowego podstępu; i mamy do zabezpieczenia tego i umocnienia wespół z tymi naszymi wypisanymi, nasze pieczęcie do listu poleciliśmy przywiesić.

Powyższym pismem Witold chciał chyba Krzyżaków uspokoić, aby w najbliższym czasie ruchów jego wojsk nie uważali za zbliżający się atak na ich ziemie, a tym samym nie pokrzyżowali jego planów i wcześniej nie uderzyli na ziemie litewskie..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 310

"...30 maja 1410 r. komtur ragnecki informował wielkiego marszałka Fryderyka von Wallenrode, że wielki książę litewski zdecydował się wraz i Władysławem Jagiełłą prowadzić wojnę przeciwko Zakonowi i prosił wszystkich bojarów, aby nie myśleli o żadnym pokoju [...]. Miał też wielki książę posłać królowi polskiemu 20 000 kop groszy (praskich?) na pozyskanie wojsk zaciężnych (geste). Dowiadujemy się także z tego listu o Żmudzinach, których Witold posadził przy stole obok siebie, a przybyłego ze Śląska Krzysztofa von Gersdorff, będącego w służbie króla węgierskiego, posadził na samym końcu stołu. Krzysztof von Gersdorff przybył do Witolda wraz ze służebnym [...] komtura ragneckiego. Wielki książę robił wyrzuty wysłannikowi węgierskiemu, że król Zygmunt nie dotrzymuje wystawionych przez siebie glejtów bezpieczeństwa. Odpowiadając na to Krzysztof von Gersdorff usprawiedliwiał Zygmunta, zasłaniając się tym, że Witold miał mu jedno miasto spalić [...]. Odjeżdżającemu Krzysztofowi von Gersdorff Witold przekazał podarki: jedną szubę (podszytą marnym jedwabiem), dwa spiczaste kapelusze i jeden ruski kapelusz, dwie pary rękawiczek, rudego jastrzębia oraz trzy psy..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 311

"...W rzeczywistości następowała późną wiosną szybka i planowa koncentracja większości sił Polski i Litwy na Mazowszu. W początkach czerwca oddziały litewskie z Witoldem na czele wyruszyły przez Niemen na Podlasie, gdzie zapewne połączyły się z oddziałami ruskimi i tatarskimi, po czym wzdłuż lewego brzegu Narwi dotarły przez dolny Bug do mazowieckiego Czerwińska na prawym brzegu Wisły (przed 30 czerwca)..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 77

"...10 czerwca 1410 r. z każdej włości na Żmudzi miało wyruszyć - jak donosili zbiegowie żmudzcy komturowi ragneckiemu - w sumie 400 jeźdźców (Reiter), po trzech na jednym wozie, czyli powinny ze Żmudzi wyruszyć 133 albo 134 wozy. Mieli oni się wyprawić na pięć tygodni. Jeżeli uznamy te doniesienia zbiegów za prawdziwe, wyruszyło wówczas 400 jeźdźców żmudzkich, czyli jedynie jedna chorągiew. Każdemu jeźdźcowi zapewne towarzyszył jeden albo dwóch pachołków. Żmudź przecież musiała przede wszystkim zorganizować obronę przed ewentualnym atakiem wojsk krzyżackich i zdecydowana większość jej potencjału militarnego musiała pozostać na ziemiach żmudzkich..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 311

"...W rzeczywistości przyjęto koncepcję koncentracji obu armii i to 24 czerwca w najbardziej dogodnym dla nich miejscu, tj. w pobliżu granicy pruskiej, nad spławną rzeką, wygodną dla transportu i zaopatrzenia na obszarze nie budzącym większego zainteresowania dowództwa krzyżackiego. Jako miejsce takie wybrano Czerwińsk na prawym brzegu Wisły, położony na ziemiach księstwa czerskiego Janusza I, w odległości około 80 kilometrów od południowej granicy Prus. Od zachodu osłonę Czerwińska stanowił warowny Płock. W Czerwińsku armia pospolitego ruszenia z Mało- i Wielkopolski miała się przeprawić mostem pontonowym na prawy brzeg Wisły i połączyć się tam z armią Witolda. Winna ona tam dojść z ziem Wielkiego Księstwa wzdłuż lewego brzegu Narwi, osłonięta więc linią tej rzeki i pasmem puszcz mazowieckich..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 62

"...24 czerwca 1410 r. po zachodzie słońca wygasło zawieszenie broni między Polską i Zakonem Krzyżackim. Tego dnia wieczorem silny oddział polski, utworzony z połączonych załóg Inowrocławia i Brześcia Kujawskiego, uderzył koło Torunia na posiadłości zakonne. Spalono kilka wsi, a ogień widziano na zamku toruńskim, gdzie właśnie przebywał Ulryk von Jungingen, spożywający wieczerzę z posłami króla węgierskiego i dostojnikami krzyżackimi. Polacy - jak napisał Długosz - urządzili patrzącym piękne, lecz przykre widowisko..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 315

"...Tegoż samego dnia, 24 czerwca 1410 r., Władysław Jagiełło przybył do Wolborza, gdzie już oczekiwały na niego zgromadzone na jego rozkaz wojska małopolskie i oddziały zaciężne. Tam też 26 czerwca przybyli do króla polskiego posłowie Zygmunta Luksemburskiego - Ścibor ze Ściborzyc i Mikołaj z Gary. Wówczas Jagiełło wyraził zgodę na przedłużenie rozejmu (upływającego 24 czerwca) na dziesięć dni, to jest do 4 lipca 1410 r..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 315

"...Przed 30 czerwca 1410 r. wielka armia prowadzona przez Witolda wzdłuż lewego brzegu Narwi dotarła przez dolny Bug do mazowieckiego Czerwińska na prawym brzegu Wisły. 30 czerwca 1410 r. król polski Władysław z częścią armii polskiej przeszedł pod Czerwińskiem Wisłę, zainstalowanym już tam mostem pontonowym, rozbijając obóz na prawym brzegu rzeki. Przeprawiły się także oddziały Wielkopolan i część sił książąt mazowieckich Janusza I i Siemowita IV, łącząc się z biwakującą tam armią wielkiego księcia litewskiego (do 2 lipca 1410 r.)..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 315

"...Koncentracja wojsk polskich i litewskich nastąpiła pod Czerwińskiem, po drugiej stronie Wisły, przez którą wojska królewskie przeszły po słynnym „na łyżwach ustawionym moście". Do zebranej armii wygłosił kazanie w języku polskim biskup płocki Jakub z Korzkwi Kurdwanowski, „a jako mąż uczony i wymowny, rozwiódł się obszernie o sprawiedliwej wojnie - pisze Długosz - wskazując licznymi i przekonywającymi dowody, że wojna zamierzona przez króla przeciw Krzyżakom jest wojną sprawiedliwą i słuszną". W kazaniu tym uczone i spisane po łacinie, a więc dostępne tylko dla wąskiego kręgu ludzi, tezy Stanisława ze Skalbmierza zostały przekazane do wiadomości tych, którzy w nadchodzącej wojnie mieli walczyć. Miało to duże znaczenie dla podniesienia ducha, uspokojenia sumień i uświadomienia celu walki..."


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO" s. 206

"...Po przejściu armii polskiej przez Wisłę pod Czerwińskiem i połączeniu się z oddziałami Witolda, całość sił polskich miała ruszyć na północ ku Prusom, ku Drwęcy, przepływającej przez teren państwa zakonnego od Ostródy aż do Brodnicy, skąd stanowiła już granicę między Polską a państwem krzyżackim. Istniały na niej cztery brody, z których najdogodniejszy wydawał się pod Kurzętnikiem w ziemi lubawskiej. Kurzętnik - położony na uboczu od większych zamków krzyżackich, był niewielkim zamkiem należącym do kapituły chełmińskiej. Dawało to szansę możliwie bezpiecznej przeprawy przez Drwęcę i skierowania potem całej armii bądź na jeden z głównych szlaków drogowych, wiodących z Lubawy na Iławę-Prabuty-Kwidzyn do Malborka, bądź dojście bocznymi drogami na zachód od Łasina-Prabut i stamtąd także przez Kwidzyn do Malborka. Wielka armia miała więc obrać drogę dogodnym tzw. Korytarzem Lubawskim, a następnie, po przeprawie przez Drwęcę, wejść w tzw. Korytarz Chełmińsko-Pomezański, uznawany za najdogodniejszy dla dojścia do stołecznego Malborka. Mimo istnienia tam licznych jezior i lasów, teren był niezbyt fałdowany, połączony wspomnianymi już drogami..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 62

"...Przeprawa wojsk polskich przez Wisłę odbyła się po moście pontonowym. Po dokonaniu przeglądu wojska w dniu 3 lipca rozpoczęto marsz ku granicy krzyżackiej. Wojsko prowadziło dwóch przewodników: Trojan z Krasnegostawu i Jan Grinwald, wójt parczowski. Chociaż do granicy były jeszcze trzy dni drogi, wielu żołnierzy samowolnie oddalało się od obozu, zwłaszcza w nocy, w celach rabunkowych. Ponieważ proceder nasilał się, trzeba było zaostrzyć dyscyplinę w armii. W tym celu wyznaczono miecznika krakowskiego Zyndrama z Maszkowic na dowódcę wojska na czas marszu. Bez jego rozkazu nikt nie miał prawa oddalać się od obozu. Ustalono też regulamin, który obowiązywał na czas przemarszów. Podlegały mu wszystkie sprawy organizacyjno-porządkowe. Jego funkcję można by porównać do funkcji wielkiego marszałka w armii krzyżackiej, który dowodził taborem i odpowiadał za sprawy kwatermistrzowskie.

Powołano również radę polityczno-wojskową, w skład której weszli: król Władysław Jagiełło, wielki książę Witold, Krystyn z Ostrowa kasztelan krakowski, Jan z Tarnowa wojewoda krakowski, Sędziwoj z Ostroroga wojewoda poznański, Mikołaj z Michałowa wojewoda sandomierski, podkanclerzy Mikołaj Trąba, Zbigniew z Brzezia marszałek Królestwa Polskiego i Piotr Szafraniec z Pieskowej Skały podkomorzy krakowski. Rada podejmowała najważniejsze decyzje polityczne i wojskowe, ustalała, jaką trasą wojsko będzie maszerować, w jakiej kolejności poszczególne oddziały będą się przemieszczać, podawała hasła do wymarszu, miejsca odpoczynku, sposób ubezpieczenia i inne czynności na czas marszu do bitwy. Ustalono między innymi, że pierwszy wyruszał będzie tabor, który od jazdy poruszał się znacznie wolniej..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 43-46

"...O przeprawieniu się i połączeniu obu armii strona krzyżacka nie była poinformowana aż do pierwszych dni lipca. Dopiero wysłannik węgierski Dobiesław Skoraczowski, który w Czerwińsku uzgodnił z Jagiełłą, iż posłowie Zygmunta Luksemburskiego spotkać się mogą z władcą polskim po upłynięciu rozejmu (chociaż miejsce tego spotkania nie mogło zostać podane), po przybyciu do Torunia (3-4 lipca) zawiadomił wielkiego mistrza o koncentracji zjednoczonej armii polsko-litewskiej i przeprawie przez Wisłę. Budziło to niewiarę u Jungingena, który nadal jeszcze nie orientował się, iż główne uderzenie wojsk przeciwnika nastąpi z Mazowsza na północ w kierunku Drwęcy. Wielki mistrz skoncentrował bowiem większość sił w południowej strefie Pomorza Gdańskiego koło Świecia na lewym brzegu Wisły; liczył, iż uderzenie polskie pójdzie najpierw na okupowaną ziemię dobrzyńską, a potem - chełmińską, czy pomorską. Na wszelki wypadek polecił tylko umacniać brody na granicznej Drwęcy..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 78

"...5 lipca 1410 r. do wsi mazowieckiej Jeżewo, do której dotarły wojska Jagiełły i Witolda, przybyli także posłowie węgierscy Ścibor ze Ściborzyc, Mikołaj z Gary i Krzysztof von Gersdorff. Następnego dnia otrzymali oni od króla polskiego warunki ewentualnego pokoju: zwrot przez Zakon ziemi dobrzyńskiej, pozostawienie Żmudzi w całości przy Wielkim Księstwie Litewskim oraz wypłacenie wynagrodzenia za szkody wyrządzone w 1409 r. (według ustalenia sądu rozjemczego Zygmunta Luksemburskiego). Kwestia Żmudzi była dla władz krzyżackich zbyt ważka - jak słusznie zauważył M. Biskup - i z góry można było przewidzieć, że odrzucą one ten główny postulat polski..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 316

"...Armia polsko-litewska dotarła bowiem z Jeżowa (jeszcze 6 lipca) do rzeki Wkry; nie obrała więc drogi na zachód do ziemi dobrzyńskiej, zmierzając wprost do granicy Prus Krzyżackich. Nad Wkrą nastąpiła organizacja wojsk litewsko-ruskich, dokonana przez Witolda i rozdanie 40 chorągwi ich dowódcom. Dopiero po tym przeglądzie posłowie węgierscy zostali odprawieni do Torunia wraz z Gersdorffem, przekonanym o wielkiej liczebności armii królewskiej. Dotarła ona 7 lipca do wsi Bądzyń nad Wkrą, gdzie jednak czekała przez dwa dni na opóźnione artylerię i głównie tabory (kilka tysięcy wozów), wiozące także żywność dla uczestników wyprawy; odbywała się ona na przednówku, część żywności wiozło rycerstwo na swoich wozach, a część je) była dostarczana przez miasta mazowieckie.

Dlatego więc dopiero 9 lipca wielka armia ruszyła dalej na północ. Przekraczając graniczną puszczę mazowiecko-pruską z rozwiniętymi chorągwiami i staropolską pieśnią na ustach „Bogurodzica" wkroczyła do południowej strefy Prus Krzyżackich, tj. do ziemi lubawskiej..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 79

"...Marsz do bitwy był kilkakrotnie przerywany rokowaniami, które ostatecznie poniosły fiasko. W poniedziałek 7 lipca wojska królewskie osiągnęły miejscowość Bądzyń, ujawniając, że kierują się w głąb terytorium pruskiego państwa Zakonu. Pod Bądzyniem zatrzymano się na dwa dni, podczas których rozdano wojsku chorągwie. Starano się też zaostrzyć dyscyplinę, gdyż karność wojska pozostawiała sporo do życzenia. Wieczorem 9 lipca osiągnięto rejon Lidzbarka Welskiego i rozłożono się obozem pod tym miasteczkiem, od razu złupionym i spalonym przez wojska sprzymierzonych. Nazajutrz, 10 lipca sprzymierzeni opuścili obóz pod Lidzbarkiem i pomaszerowali wzdłuż rzeki Wel, kierując się ku przeprawom przez górną Drwęcę. Wojska polsko-litewskie przebywszy dwie mile, zatrzymały się nad jeziorem Rubkowo, na przedpolu zamku i miasteczka Kurzętnik, strzegących ważnego i dogodnego brodu przez Drwęcę. Wysłany na zwiady podjazd natknął się na pojących w rzece konie pachołków z wojska zakonnego. Okazało się, że Krzyżacy ubiegli Polaków i obsadzili już przeprawę przez bród, budując gęstą i wysoką palisadę, aby uniemożliwić wojskom Jagiełły forsowanie rzeki w tym miejscu. Polacy zwaliwszy koniuchów krzyżackich, zagarnęli im 50 koni. Wracając z tą zdobyczą, wywołali popłoch w obozie, gdyż myślano, że to Krzyżacy atakują obóz. Król postanowił wyprawić do obozu krzyżackiego parlamentariusza w osobie rycerza Piotra Korzboga. Oficjalnie miał on tam odszukać posłów węgierskich i raz jeszcze podjąć próbę pokojowego rozwiązania konfliktu. Właściwym jego zadaniem było sprawdzenie, jakie siły krzyżackie obsadzają przeprawę pod Kurzętnikiem i jakie są szanse jej przełamania. Rokowania pokojowe od razu spełzły na niczym, natomiast misja wywiadowcza Korzboga potwierdziła obecność głównych sił krzyżackich na czele z wielkim mistrzem, co czyniło przeprawę wojsk królewskich w tym miejscu wielce ryzykowną. Okazało się, że wódz krzyżacki szybko zorientował się w kierunku uderzenia wojsk polsko-litewskich i w porę ściągnął tu swoje główne siły spod Świecia oraz korpus osłonowy spod Ostródy..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 48-49

"...Wobec zaistniałej sytuacji król Władysław Jagiełło zrezygnował z forsowania rzeki Drwęcy i postanowił ją obejść u źródeł w rejonie Olsztynka. Uchylenie się w tych warunkach od rozstrzygającej bitwy było jak najbardziej uzasadnione i nie przekreślało możliwości marszu na Malbork. O świcie 11 lipca wojska królewskie rozpoczęły zaplanowany odskok na wschód, pokonując aż 42 km, gdyż jeszcze tego samego dnia rozbito obóz pod Działdowem. Z kolei Krzyżacy, po stwierdzeniu braku wojsk przeciwnika, ruszyli w górę Drwęcy i prawdopodobnie 12 lipca przeprawili się na lewy brzeg rzeki, pod zamkiem w Bratianie, po dwunastu mostach. W następnym dniu osiągnęli Lubawę i rozłożyli się tam obozem, czekając na dalszy rozwój wypadków.

Wojska polsko-litewskie zerwawszy kontakt z armią krzyżacką, odpoczywały przez cały dzień 12 lipca w rejonie Działdowa..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 49

"...Wczesnym rankiem 13 lipca podjęto marsz, przy czym dla jego usprawnienia tabor wyruszył z obozu pierwszy, wyprzedzając o dwie godziny wymarsz wojsk. W tym dniu stawił się przed królem śląski rycerz Frycz z Reptki, wysłany przez bawiących przy wielkim mistrzu posłów węgierskich i w imieniu swego pana, króla Zygmunta Luksemburskiego, wręczył Jagielle formalne wypowiedzenie wojny. Jak pisze Jan Długosz, król wraz z radą postanowili fakt ten zachować w tajemnicy, aby nie obniżać morale wojska, przynajmniej do momentu przed rozpoczęciem decydującej bitwy. Po uciążliwym, 25-kilometrowym marszu, odbytym w lipcowym upale w godzinach przedwieczornych, sprzymierzeni osiągnęli południowy skraj jeziora Wielka Dąbrowa.


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 50

Aby kontynuować marsz ku północy, trzeba było zdobyć warowne miasto Dąbrówno, gdyż ryglowało ono przesmyk między Wielką Dąbrową i Małą Dąbrową, dwoma jeziorami, między którymi było położone. Miasto posiadało dobre fortyfikacje i dość silną załogę. Szturm rozpoczęto wieczorem i po kilkugodzinnej walce wojska królewskie wtargnęły do miasta, które zostało podpalone. Część obrońców padła w walce, a część dostała się do niewoli. Wśród jeńców przeważała ludność cywilna, która miała nadzieję znaleźć bezpieczne schronienie za murami miasta. Zdobyto również spore zapasy żywności, które zapobiegliwi mieszczanie pochowali w piwnicach. Według Długosza, szturm nastąpił samorzutnie, wbrew woli króla. Natomiast Andrzej Nadolski w swojej monografii stwierdza, że Dąbrówno zajęto na rozkaz Jagiełły, co potwierdzałoby hipotezę, że zamiarem króla było kontynuować marsz na Ostródę. Zdaniem tego historyka ruiny miasta uniemożliwiły dalszy marsz w tym kierunku, gdyż zatarasowały drogę wozom taboru.


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 50-51

"...Postanowiono jeszcze raz zmienić kierunek marszu i dokonać obejścia nieoczekiwanej przeszkody. Kierując się na wschód, zdecydowano wejść na drogę z Działdowa przez Mielno do Olsztynka, by kontynuować marsz na Malbork. W tym celu wykorzystano okrężny trakt z Dąbrówna do Turowa, gdzie łączył się on z drogą działdowską. Przez cały dzień 14 lipca wojsko wypoczywało w obozie nad jeziorem Dąbrowa Wielka, nieopodal ruin Dąbrówna, gdyż żołnierze byli zmęczeni forsownym marszem i walką. Wkrótce nastąpiło załamanie pogody, które dotkliwie odczuli żołnierze obu armii, tak króla, jaki i wielkiego mistrza, gdzie wichura miała powywracać namioty..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 51

"...W tym czasie, gdy wojska polsko-litewskie odpoczywały po szturmie Dąbrówna, armia krzyżacka stała w rejonie Lubawy, starając się zdobyć jakieś bliższe wiadomości o położeniu wojsk przeciwnika. Prawdopodobnie dopiero 14 lipca dotarły do wielkiego mistrza wieści o zdobyciu przez wojska królewskie Dąbrówna, wywołując jego gniew. Chcąc zabiec drogę do Malborka wojskom królewskim, Ulrich von Jungingen miał dwie możliwości. Pierwsza to przechwycenie armii Jagiełły na drodze z Dąbrówna do Ostródy, zanim wyjdzie z wąskiej cieśniny między jeziorami. Dowódcy Zakonu doszli jednak do wniosku, że na realizację tego wariantu jest już za późno. Wybrali wariant drugi: forsowny marsz z rejonu Lubawy przez Marwałd i Frygnowo do Stębarka, aby tam stawić czoło wojskom jagiellońskim, które - jak przypuszczano - nadciągać będą przez Samin z kierunku Dąbrówna. Jak widać, Ulrich von Jungingen i jego doradcy trafnie odgadli pierwotny plan Jagiełły. Nie przewidzieli natomiast korekty tego planu, w myśl którego wojska królewskie drogą przez Gardyny i Turowo maszerowały ku Mielnu..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 51

"...Krzyżacy wyruszyli z rejonu Lubawy o drugiej lub trzeciej godzinie nad ranem, 15 lipca, szybko maszerując w kierunku Stębarku. W rezultacie czego około godziny 8 rano tegoż dnia obie armie znalazły się blisko siebie, gdyż w tym dniu wojska Jagiełły wyruszyły z Dąbrówna i przez Jankowice, Turowo, Gardyny dotarły nad jezioro Lubień, gdzie urządzono krótki postój. Obie armie dzieliła przestrzeń 5-6 km, którą z czasem nazwano Polami Grunwaldu. Krzyżacy rozwinęli się frontem w kierunku Sarnina, gdyż spodziewali się, że stamtąd nadciągną wojska królewskie. Dopiero gdy obie strony wysłały podjazdy na rozpoznanie terenu, wielki mistrz musiał przegrupować swoje siły frontem na dolinę wielkiego strumienia i lasy nad jeziorem Lubień.


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 52

"...W najbliższym otoczeniu wielkiego mistrza powstały dwa stronnictwa: jedno optowało za pokojem (Jan von Vende, komtur Gniewa), drugie z kolei dążyło do bitwy (Henryk von Schwelborn, komtur Tucholi oraz Werner Thettingen, komtur Elbląga).

Ostatecznie górę wzięło stronnictwo wojenne. Być może dotarła już do wielkiego mistrza wieść o klęsce Polaków na Pomorzu, którą poniosły wojska Macieja z Wąsoczy w dniu 13 lipca 1410 roku. Na tej podstawie Krzyżacy mogli wyciągnąć wniosek o niskiej wartości bojowej polskiego pospolitego ruszenia..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 55

Bitwa stoczona 13 lipca 1410 (być może pod Chojnicami)

"...W relacji Jana Długosza dotyczącej działań zbrojnych na Pomorzu W Gdańskim występuje spora luka. Najpierw czytelnik dowiaduje się o sukcesach Janusza Brzozogłowego pod Świeciem i Toruniem, gdzie starosta bydgoski dzięki fortelowi wojennemu zadał Krzyżakom znaczne straty w ludziach (rabując również konie i bydło). Potem w kilku zdaniach kronikarz informuje o klęsce szlachty wielkopolskiej na Pomorzu w dniu 13 lipca, z winy jej wodza, wojewody kaliskiego Macieja z Wąsoczy. Na tym, niestety, relacja autora o zmaganiach polsko-krzyżackich na Pomorzu urywa się. Nie wiemy, jakie były skutki porażki wojsk polskich ani nawet, gdzie to nastąpiło.[...]

Oba korpusy krzyżackie były rozdzielone należącą do Polski ziemią wałecką, co dodatkowo utrudniało ich współpracę. Dlatego sądzę, że w rejonie Chojnic lub Człuchowa istniał jeszcze jeden korpus krzyżacki, który osłaniał główną drogę tranzytową państwa krzyżackiego z Malborka do Szczecinka i dalej na zachód. Henryk von Plauen miał wystarczająco dużo problemów z atakującym go starostą bydgoskim Januszem Brzozogłowym co uniemożliwiało mu skuteczne osłanianie drogi tranzytowej z Nowej Marchii do Malborka. Mógł jedynie pośrednio osłaniać drogę łączącą Bydgoszcz z Gdańskiem. Długosz pisze jednoznacznie, że wojska Macieja z Wąsoczy zostały pobite przez wójta Nowej Marchii, a więc bez udziału komtura Świecia i jego korpusu. Jeżeli przyjąć, że w Nowej Marchii stało 2000 wojska, to i tak Michał Kuchmeister mógł wyprowadzić w pole około 1200 żołnierzy, gdyż musiał część sił pozostawić do osłony Nowej Marchii. Był więc prawdopodobnie dwukrotnie słabszy od swego przeciwnika. Dlatego wątpię, aby mógł samodzielnie pobić siły Wielkopolan. Nasz kronikarz pisze, że wójt Nowej Marchii został wezwany, ale nie pisze przez kogo. Według mojej oceny uczynili to mieszczanie Chojnic i Człuchowa lub stacjonujący tam dowódca korpusu krzyżackiego. Nie mając szans pokonać Polaków w otwartym polu, postanowił bronić się za murami obu miast, czekając na pomoc.

Po przybyciu sił krzyżackich z Nowej Marchii, wojska Michała Kuchmeistera i korpusu krzyżackiego z Chojnic mogły liczyć około 2000 ludzi, niewiele ustępując siłom Macieja z Wąsoczy. Biorąc pod uwagę fakt, że wojewoda kaliski zbyt szybko rozpuścił część swoich sił dla rabunku, w decydującej bitwie mógł być słabszy liczebnie od swego przeciwnika. Gdzie została stoczona pechowa dla Wielkopolan bitwa w dniu 13 lipca 1410 roku - tego Długosz nie pisze. Nasz dziejopisarz, będąc uczestnikiem wojny trzynastoletniej, wyraźnie nie lubi miasta Chojnice. Nawet kreśląc długą listę miast i zamków krzyżackich nadawanych w lenno przez Jagiełłę swoim rycerzom - miasto to pomija. Również opisując działania wojenne na Pomorzu Gdańskim, o Chojnicach pisze tylko raz, gdy stwierdza, że schroniła się tam część pobitych wojsk krzyżackich, gdyż miasto i tamtejszy zamek miały potężne mury. Domysł, że to w rejonie Chojnic mogło dojść do porażki Wielkopolan 13 lipca, wydaje się uzasadniony..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 98-100

ozdoba

"...Dopiero też w nocy z 14 na 15 lipca (tj. z poniedziałku na wtorek) lub o świcie wojska polskie i litewsko-ruskie ruszyły drogami mokrymi po silnej burzy. Deszcz i silny wiatr towarzyszyły też pochodowi wielkiej armii, która posuwała się na północny wschód w kierunku Olsztynka (odległego o około 30 kilometrów), traktem pierwszej klasy, prowadzącym przez wsie Jankowice i Gardyny do Ulnowa nad jeziorem Lubień; używając dróg polnych, lekkozbrojni Litwini i Tatarzy podpalali okoliczne wsie.

Już wczesnym rankiem 15 lipca wojska polsko-litewskie, po przejściu około 10 kilometrów, dotarły w okolice niewielkiego jeziora Lubień, przez które przepływała rzeczka Marózka. Tutaj wielka armia zatrzymała się koło Ulnowa z pewnością dla dania odpoczynku ludziom i napojenia koni. Dalszy marsz mógł bowiem zostać skierowany na północ, prawym brzegiem jeziora Lubień, w stronę Mielna i dalej traktem do Olsztynka.

Na wysokim, zalesionym południowo-wschodnim brzegu jeziora Lubień. W pobliżu wsi Ulnowo, Jagiełło nakazał rozbić obóz oddziałom polskim. Oddziały litewsko-ruskie natomiast znalazły zapewne obozowisko na północny wschód od jeziora, obóz tatarski zaś ulokował się być może jeszcze wyżej (w kierunku wsi Zybułtowo). Namioty Jagiełły i jego otoczenia zostały rozbite zapewne na wzgórzu, na południowo-zachodnim brzegu jeziora, w pobliżu Ulnowa. Ustawiono tam także kaplicę obozową, król pragnął bowiem wysłuchać mszy..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 81-82

Bitwa pod Grunwaldem 15 lipiec 1410

"...Wojska, które król Władysław Jagiełło przyprowadził na pola Grunwaldu, składały się z dwóch armii: a) polskiej; b) litewsko-rusko-tatarskiej. Tą ostatnią dowodził kuzyn króla, wielki książę Litwy Witold Aleksander. [...]

Według [...] szacunków armia królewska mogła liczyć 21-22 tys. jazdy i około 2000 tys. piechoty. [...]

Siły Witolda bez posiłków tatarskich nie przekraczały 10 000 wojowników. Biorąc pod uwagę fakt, że część sił litewskich pozostaia na miejscu, aby wykonywać niszczycielski najazd na Sambię oraz dla osłony od strony Inflant, szacunki te są moim zdaniem bliskie rzeczywistych. [...]

Armia krzyżacka pod Grunwaldem liczyła około 18-19 tys. jazdy i prawdopodobnie niewielki oddział piechoty (3-5 tys. zbrojnych)..."

"...Obszar, na którym miała rozegrać się jedna z najważniejszych bitew w dziejach Polski, dzieli się na dwie odmienne części: część północno-zachodnia, od strony Grunwaldu i Stębarka, choć pofałdowana stanowi jednak dość wyrównaną płaszczyznę bez większych kompleksów leśnych, opadającą ku południowemu wschodowi; część południowo-wschodnia rozciągająca się aż do jeziora Lubień i przepływającej przez nie rzeczki Maręzy tworzy prawdziwy labirynt pagórków, dolinek i kotlin.

Obie części Pól Grunwaldu rozgranicza biegnąca ich środkiem płytka dolina, znana jako Dolina Wielkiego Strumienia. Ciągnie się ona od wsi Lodwigowo aż po Stębark. Przeszkody wodne, mogące ograniczać ruchy wojsk, istniały tylko na peryferiach Pól Grunwaldu. Najważniejsze z nich to jezioro Lubień i rzeczka Maręza, głównie w swym dolnym, zabagnionym biegu na północ od jeziora. Większe znaczenie mogło też mieć rozległe pasmo moczarów, ograniczające pola od północnego zachodu wzdłuż drogi Grunwald - Stębark. Uniemożliwiały one oskrzydlenie armii krzyżackiej większymi siłami od strony Stębarka. Gdyby natomiast kilka chorągwi polskich przedarto się na tyły prawego skrzydła Krzyżaków, mogły kontratakiem odwodowych chorągwi krzyżackich zostać odrzucone na owe bagna. Przed rozpoczęciem bitwy obie strony rozwinęły pierwsze rzuty swoich wojsk po obu stronach Doliny Wielkiego Strumienia: Krzyżacy frontem na południowy wschód, Polacy i Litwini ku północnemu zachodowi. Ponieważ przejście z ugrupowania marszowego w rozwinięty szyk bojowy zajęło sprzymierzonym około trzech godzin..."

"...Pierwszy rzut wojsk krzyżackich rozwinął się nieopodal wielkiego strumienia, pomiędzy Stębarkiem a Łodwigowem. Odległość między tymi wsiami wynosi około trzech kilometrów. W związku z tym długość frontu, na którym rozwinęła się armia krzyżacka, prawdopodobnie nie przekraczała trzech kilometrów..."

"...Wojska polsko-litewskie ustawiały się do bitwy w dwóch etapach. Etap pierwszy to przejście z ugrupowania marszowego w rozwinięty szyk bojowy. Etap drugi to korekta ugrupowania bojowego, jaka nastąpiła po przeprowadzeniu przez króla i jego doradców rekonesansu. Nad płynnym przejściem chorągwi z ugrupowania marszowego w ugrupowanie bojowe czuwali wielki książę Witold oraz Zyndram z Maszkowic. Prawdopodobnie tak samo, jak armia krzyżacka, również siły polsko-litewskie zostały ustawione w trzy rzuty.

Na prawym skrzydle litewskim powinny znaleźć się chorągwie najsilniejsze. Według mojej oceny były to chorągwie smoleńskie. Pozostałe chorągwie wielki książę Witold powinien ugrupować w ten sposób, że w pierwszym rzucie byłyby najsilniejsze chorągwie ziemskie, a w drugim dziesięć chorągwi nadwornych. Pomiędzy chorągwiami litewsko-ruskimi a chorągwiami polskimi stanęły prawdopodobnie chorągwie tatarskie. Przypuszczam, że było ich siedem lub osiem.[...]

Wojska polskie prawdopodobnie ugrupowały się tak, jak to nakreślił Andrzej Nadolski. Na prawym wewnętrznym skrzydle polskim walczyli Małopolanie, na lewo od nich Mazowszanie oraz chorągwie łęczycko-sieradzkie. Lewe skrzydło polskie sformowali Wielkopolanie. Dziesięć dużych chorągwi wielkopolskich było w stanie skutecznie bronić lewego skrzydła przed przełamaniem. Jeśli chodzi o miejsce ustawienia chorągwi św. Jerzego, to relacja Jana Długosza nie pozwala jednoznacznie umieścić jej na styku obu armii w pierwszym rzucie..."

"...Gdy przygotowania wojsk do bitwy bliskie były ukończenia, Jagielle dano znać, że od strony krzyżackiej nadciąga dwóch posłów. Reprezentowali oni dwóch sprzymierzeńców krzyżackich: Zygmunta Luksemburskiego, króla Węgier, oraz księcia szczecińskiego, Kazimierza. [...] Rezultatem tego poselstwa było cofnięcie się czołowego rzutu wojsk krzyżackich. Historycy różnie to zachowanie armii krzyżackiej interpretują. Stefan Kuczyński twierdził, że armia krzyżacka cofnęła się, aby wykorzystać do walki wilcze doły, które piechota krzyżacka miała wykopać i zamaskować na przednim skraju swojej obrony. Stanowczo pogląd ten odrzucił Andrzej Nadolski, który kwestionuje istnienie piechoty krzyżackiej pod Grunwaldem. Jeżeli przyjrzymy się właściwościom taktycznym terenu, to cofnięcie się armii krzyżackiej o kilkadziesiąt metrów uznamy za posunięcie jak najbardziej racjonalne. Jak wiadomo, pierwsze rzuty obu armii stały na przeciwległych brzegach Doliny Wielkiego Strumienia. Gdyby z tych pozycji wykonano szarżę z obu stron jednocześnie, to oba wojska spotkałyby się mniej więcej pośrodku owej doliny. Wycofując swoje chorągwie o kilkadziesiąt metrów, wielki mistrz mógł chcieć uderzyć na pierwszorzutowe chorągwie polskie i litewskie w momencie, gdy te będą przesuwać się pod górę zboczem Doliny Wielkiego Strumienia, chcąc wyjść z niej na rozległą równinę na północ od Łodwigowa. Relacja Długosza mówiąca, że Krzyżacy uderzyli z wyższego „pagórka", częściowo potwierdza tę hipotezę. Ten zabieg taktyczny wielkiego mistrza w pełni powiódł się na odcinku natarcia Litwinów, którzy nie dość, że mieli słabsze konie i rynsztunki, to jeszcze musieli nacierać pod górę zbocza Doliny Wielkiego Strumienia. Nie dziw zatem, że ich natarcie zostało odrzucone w tył o jedną staję. Wbrew temu, co pisze Jan Długosz, to nie Polacy, ale Litwini i Tatarzy mieli trudniejszy odcinek natarcia, gdyż krzyżacki brzeg doliny zdecydowanie górował nad litewskim.

Ustawienie wojsk do bitwy

"...Bitwa rozpoczęła się od rozpoznania walką pozycji wojsk krzyżackich, czego dokonały chorągwie tatarskie i litewskie. Natarcie to, chociaż zostało odparte, wypełniło postawione przed nim cele. Stwierdzono małą skuteczność ognia artylerii krzyżackiej oraz brak przeszkód terenowych, które uniemożliwiłyby wykonanie szarży przez ciężką jazdę. Prawdopodobnie zadano też pewne straty artylerzystom i piechocie krzyżackiej. [...]

Po odparciu natarcia rozpoznawczego nastąpiło główne starcie. Oto jak je przedstawia polski kronikarz: „Krzyżacy, dwakroć uderzywszy z dział, silnym natarciem na próżno usiłowali przełamać i zmieszać polskie szyki […] W tym zamieszaniu i zgiełku, trudno rozróżnić było dzielniejszych od niewieściuchów, wszyscy bowiem w jednym zawiśli tłumie”. Cytat ów świadczy, że obie strony do pierwszego rzutu skierowały najsilniejsze chorągwie, chcąc już w pierwszym uderzeniu zyskać przewagę. Również odstępy między chorągwiami musiały być niewielkie.

Dalej Długosz pisze: „Po rozpoczęciu bitwy obydwa wojska walczyły niemal przez godzinę całą z równym powodzeniem [...] Krzyżacy postrzegłszy, że na lewym skrzydle, kędy było wojsko polskie, szło im twardo, już bowiem przednie szyki uległy, zwrócili oręż na prawe skrzydło składające się z Litwinów, które mniej gęste mając szyki, słabsze konie i rynsztunki, łatwiejszym zdało się do pokonania. Gdy z Litwinami, Rusią i Tatarami zawrzała bitwa, hufce litewskie, nie mogąc wytrzymać natarcia, chwiać się poczęły i o jedną staję ustąpiły z pola. Uderzyli na nich tym śmielej Krzyżacy zmuszając je do ucieczki [...] Popłoch ten Litwinów pociągnął za sobą i znaczną część Polaków, którzy znajdowali się w ich szeregach. W tej bitwie sami tylko rycerze smoleńscy, stojąc mocno przy swoich trzech chorągwiach, walczyli z zaciętością i nie splamili się ucieczką, co im wielki zaszczyt zjednało.

Powyższy tekst bardzo ogólnikowo opisuje pierwszą fazę bitwy, czyli do momentu załamania się wojsk litewskich. Nie daje on odpowiedzi na pytania [...]: Dlaczego wojska Witolda uległy mimo wzmocnienia chorągwiami polskimi? Jak doszło do przełamania i gdzie ono nastąpiło? Aby odpowiedzieć na powyższe pytania, trzeba oszacować siły obu stron, zmagających się na prawym skrzydle litewskim oraz ustalić linię frontu, na którym się zmagano. [...] Łącznie dawało to Witoldowi 11-13 tys. lekkiej jazdy i 2 tys. ciężkiej. Jak już wspomniałem, armia litewska i Tatarzy nacierali raniej więcej na jednokilometrowym odcinku frontu. Z założenia, że na odcinku 100 m nacierała jedna chorągiew krzyżacka, uzyskujemy informację, iż Litwini zmagali się z 10 chorągwiami krzyżackimi. Ponieważ przyjąłem uprzednio, że na wojska Witolda nacierała również chorągiew św. Jerzego oraz że chorągwie krzyżackie pierwszego rzutu liczyły ok. 500 ludzi, to wychodzi, że na Litwinów i Tatarów mogło nacierać nie więcej jak 5,5-6 tysięcy ciężkiej jazdy.

Były to siły o połowę słabsze od sił wielkiego księcia Witolda. Nie zdołały one w ciągu godziny złamać wojsk litewsko-ruskich, tatarskich i wspomagających je chorągwi polskich. Choć zdołały je odrzucić w tył o kilkaset metrów, to jednak siła ofensywna chorągwi krzyżackich pierwszego rzutu uległa wyczerpaniu. Dlatego bez wsparcia chorągwi drugiego rzutu prawdopodobnie nie zdołano by pobić wojsk Witolda. Według moich kalkulacji, wielki mistrz posiadał w drugim rzucie 10-12 chorągwi. Nie mógł ich jednak użyć wszystkich. Część tych chorągwi musiała zabezpieczyć prawe skrzydło w rejonie Lodwigowa. Dlatego przeciw Litwinom i Tatarom mógł wykorzystać 5-6 chorągwi.

W tym miejscu należy się zastanowić, jak wyglądał front, na którym zmagały się obie armie. Z opisu Długosza wynika, że chorągwie polskie wolno parły do przodu. Prawdopodobnie największe postępy czyniła chorągiew ziemi krakowskiej, gdyż siłą przewyższała inne. Chorągwie walczące obok starały się dotrzymać jej kroku. Z drugiej strony chorągwie tatarskie i litewskie były spychane w tył. Z opisu tego wynika, że linia frontu, na którym zmagały się obie wrogie armie uległa wydłużeniu. Największe wydłużenie powstało na styku armii polskiej i litewskiej, na prawo od odcinka, na którym nacierała chorągiew krakowska. Oznaczało to, że ostatnie chorągwie polskie na wewnętrznym prawym skrzydle polskim i pierwsze chorągwie tatarskie lub litewskie na wewnętrznym lewym skrzydle litewskim nacierały na coraz szerszych odcinkach.

Krótko mówiąc, obie armie rozjechały się, a pomiędzy nimi musiała powstawać coraz większa luka. Jakie to miało konsekwencje taktyczne? Odstępy między kolumnami nacierających chorągwi krzyżackich zwiększyły się. Spowodowało to osaczenie ich przez liczniejsze siły tatarskie i litewskie, które zaczęły wdzierać się między chorągwie wielkiego mistrza. Ich słabsze uzbrojenie nie pozowoliło jednak na rozbicie rycerzy krzyżackich. Na domiar złego wypełniając coraz większą lukę między chorągwiami polskimi a chorągwiami Witolda utrudniali Tatarzy Jagielle wprowadzenie świeżych sił do pierwszego rzutu. Również dla wielkiego mistrza sytuacja ta była niebezpieczna, gdyż wyczerpane walką i osaczone ze wszystkich stron chorągwie te mogły ulec rozbiciu. Dlatego na tym odcinku miał najlepszą możliwość przełamania sił Witolda. Nie musiał nacierać poprzez szeregi własnych wojsk, lecz uderzył swoimi drugorzutowymi chorągwiami w luki pomiędzy chorągwiami pierwszego rzutu.

Wyczerpani walką Tatarzy i Litwini, chcąc uniknąć masakry, rzucili się do ucieczki. Wywołało to panikę, która objęła wszystkie siły Witolda z wyjątkiem trzech chorągwi smoleńskich. Impet pierwszego uderzenia ciężkiej jazdy był tak duży, że gdyby Tatarzy i Litwini pozostali na miejscu, to zostaliby zdziesiątkowani. Przyczyną porażki wojsk Witolda było pozostawienie w pierwszym rzucie zbyt dużych sił tatarskich. Gdyby Tatarów było 300, jak chce Długosz, ich zluzowanie przez chorągwie drugiego rzutu nie przedstawiałoby trudności. Jednakże wycofanie z walki 7-8 chorągwi tatarskich było czynnością znacznie trudniejszą.

Reasumując powyższe rozważania stwierdzamy, że przełamanie wojsk Witolda nastąpiło w pobliżu prawego wewnętrznego skrzydła polskiego. W moim przekonaniu było wynikiem złego ustawienia wojska do bitwy. Po wykonaniu natarcia rozpoznawczego większość sił tatarskich powinna zostać wycofana do odwodu lub skierowana do działań oskrzydlających.

Ucieczka i powrót chorągwi litewskich i tatarskich

Konsekwencją przełamania, a następnie paniki wojsk Witolda było odsłonięcie prawoskrzydłowych chorągwi polskich. Na domiar złego, potężny kurz, który wzbiły uciekające wojska prawego skrzydła, utrudnił królowi dowodzenie. Nie zauważył on, że nie wszystkie chorągwie prawego skrzydła rzuciły się do ucieczki. Tumany kurzu sprawiły, że chorągwie smoleńskie walczyły samotnie. Dopiero po wyczerpaniu się siły ofensywnej chorągwi krzyżackich obie strony wycofały się do swych sił głównych.

Mniej więcej w tym samym czasie nastąpił kryzys na odcinku natarcia chorągwi krakowskiej. Wracając do tego, o czym już pisałem, chorągiew ta czyniła największe postępy w natarciu. Prawdopodobnie sąsiednie chorągwie polskie nie nadążały za nią. W pewnym momencie włamanie, jakie uczyniła ta chorągiew, było już tak głębokie, że jej pierwsze szeregi minęły ostatnie szeregi sąsiednich chorągwi krzyżackich. W tym momencie dowodzący chorągwią Zyndram z Maszkowic powinien zatrzymać natarcie. W bitewnym zapale chciał przełamać jak najszybciej front krzyżacki na tym odcinku. Nie zauważył, że sąsiednie chorągwie nie nadążają. Powstała niebezpieczna sytuacja, gdyż chorągiew walczyła z coraz bardziej odsłoniętymi bokami. Znakomicie wykorzystał to wielki mistrz, który rzucił do ataku jedną ze swych drugorzutowych chorągwi, wymierzając silny cios w odsłonięty bok chorągwi. Impet pierwszego uderzenia krzyżackiego był tak silny, że szyki chorągwi krakowskiej zostały przełamane, a jej czoło z chorągwią odcięte od sił głównych. Na domiar złego chorąży Marcin z Wrocimowic, razem z chorągwią upada na ziemię.

Jan Długosz pisze: „Chorągiew przez nagłe uderzenie nieprzyjaciół upadłą na ziemię Polacy podnoszą", jednakże Kronika Pruska wyraźnie mówi o trzykrotnym przełamaniu szyków wojsk królewskich. Na szczęście wielkiemu mistrzowi wyczerpały się odwody, a na uderzenie ostatnim odwodem w odsłonięty bok chorągwi polskich walczących na prawo od chorągwi krakowskiej nie zdecydował się. Stwierdzenie, że kryzys na odcinku natarcia krakowian wywołała świeżo wprowadzona do walki chorągiew krzyżacka, nie powinno budzić wątpliwości. Chorągiew, która od godziny opierała się im, do takiego wysiłku już nie była zdolna.

Nie znamy reakcji Jagiełły na kryzys na polu bitwy. Jan Długosz pomija ten fragment bitewnego starcia całkowitym milczeniem. Wiele miejsca natomiast poświęca rzekomej dezercji chorągwi czeskiej św. Jerzego. Ponieważ wielu historyków poważnie traktuje ten fragment relacji naszego kronikarza, przedstawię swoje zastrzeżenia co do prawdziwości tego przekazu. Pisząc o rzekomej dezercji Czechów, kronikarz przedstawia dwie wersje tego wydarzenia, wzajemnie ze sobą sprzeczne. Pozwolę sobie obie wersje krótko przytoczyć.

Wersja I: Tegoż dnia trzechset zaciężnych żołnierzy czeskich odstąpiło obozu królewskiego, bez wiedzy i zezwolenia króla [...] Gdy Mikołaj pod- kanclerzy Królestwa Polskiego, postępujący w tyle za obozem królewskim, spotkał ich opuszczających wojsko i zapytał, dokąd i z jakiej przyczyny ustępują, a oni odpowiedzieli, że dlatego opuszczają obóz, iż im król należnego nie zapłacił żołdu. Wiem ja, rzekł podkanclerzy, że Władysław król należny wam żołd jeszcze nim go wysłużyliście, rzetelnie wypłacił. A do opuszczenia skłania was nie tak krzywda doznana, ale raczej bojaźń i tchórzostwo, gdyście się dowiedzieli, że król w dniu dzisiejszym bitwę z nieprzyjacielem stoczyć postanowił.

Wersja II: [...] Zbiegła w ten czas i jedna chorągiew królewska św. Jerzego, w której znaku służyli sami tylko zaciężni Czesi i Morawcy, podniósł ją Jan Sarnowski Czech, i z wszystką drużyną Czechów i Morawców ustąpił do gaju[...] Tam stanął między drzewami i nie chciał wrócić do walki. Gdy to spostrzegł Mikołaj Trąba podkanclerzy, mniemając, iż to nie czeska była chorągiew tylko rycerza Dobiesława z Oleśnicy [...] Oburzony z gniewem pobiegł aż do miejsca, w którym stał Jan Sarnowski i mniemając, że był to Dobiesław z Oleśnicy, począł go ostrymi łajać słowy [...]

Porównując obie wersje należy zwrócić uwagę, że są one sprzeczne co do czasu dezercji najemników czeskich oraz motywów, jakimi się kierowali. W pierwszej wersji było to jeszcze przed bitwą, w drugiej - podczas ucieczki wojsk Witolda. Motywem ich działania w pierwszej wersji miał być niewypłacony żołd, a w drugiej zwykłe tchórzostwo Jana Sarnowskiego. Żeby było jeszcze dziwniej, przy chorągwi nie ma ani Zbisławka, ani Jaśka Sokoła, którzy figurują w spisie Długosza jako jej dowódcy. Natomiast chorążego tej chorągwi Jana Sarnowskiego autor kroniki tytułuje „rotmistrzem", „dowódcą", „chorążym". Co prawda Jaśko Sokół na początku bitwy przebywał przy Jagielle, ale w pewnym momencie wziął udział w walce, o czym świadczy fakt, że podczas natarcia na króla rycerza krzyżackiego Dypolda Kokeritza prawdopodobnie przy królu go nie ma.

Przy omawianiu ustawienia armii królewskiej do bitwy odrzuciłem hipotezę, że chorągiew ta walczyła na styku obu armii. Gdyby tak było, owa chorągiew musiałaby, kierując się na tyły, przemaszerować w pobliżu stanowiska króla, przy którym znajdował się Jaśko Sokół. Czy patrzyłby biernie, jak jego chorągiew ucieka z pola walki? Następnie musiałaby stratować chorągwie drugiego i trzeciego rzutu, by stanąć na dalekich tyłach, zakładając, że przeciwnik, z którym walczyła, zostawiłby ją w spokoju i pozwolił spokojnie się oddalić. Zbyt wiele absurdu, żeby w to wszystko uwierzyć. Trudno jednak posądzać Długosza, że to wszystko sobie zmyślił. Wydaje mi się, że ten incydent wyglądał

nieco inaczej. Mikołaj Trąba za namową jednego z pachołków pozostał, aby oglądać bitwę. Gdy wśród chorągwi Witolda nastąpiła panika, było wiadomo, że część rozbitków skieruje się przesiekami leśnymi na Ulnowo. Dlatego część dowódców i urzędników udała się na tyły, aby zawrócić rozbitków do bitwy. Wśród nich znalazł się również ksiądz podkanclerzy Mikołaj Trąba. Tutaj natknął się na część chorągwi czeskiej św. Jerzego.

Przy analizie sił polskich zwróciłem uwagę, że niektóre chorągwie miały dwóch dowódców. Prawdopodobnie składały się z roty pieszej i roty konnej. Do tych chorągwi należała również chorągiew św. Jerzego. Dlatego przypuszczam, że napotkany przez Mikołaja Trąbę oddział Czechów był rotą pieszą chorągwi św. Jerzego. Tłumaczyłoby to nieobecność Jaśka Sokoła i Zbisławka podczas tego incydentu, którzy w tym czasie na czele roty konnej brali udział w walce. Na skutek różnic językowych mogło dojść do nieporozumienia między Janem Sarnowskim a podkanclerzym. Długosz prawdopodobnie wolał przyczepić się do Czechów niż pisać o zawracaniu do bitwy rozbitych chorągwi polskich spływających na Ulnowo.

Wracając do kryzysu, jaki miał miejsce po ucieczce wojsk Witolda i przełamaniu szyków chorągwi ziemi krakowskiej. Historyk i w tym przypadku jest zdany na domysły. Przed królem stanęły do rozwiązania dwa problemy taktyczne. Pierwszy problem polegał na tym, że należało nie dopuścić do zrolowania frontu, czyli do uderzenia w bojk chorągwi polskich walczących na odsłoniętym prawym skrzydle. Aby temu niebezpieczeństwu zapobiec, Jagiełło powinien wyprowadzić uderzenie czterema lub pięcioma chorągwiami na chorągwie krzyżackie walczące na prawo od chorągwi krakowskiej. Należało również zaatakować tyły chorągwi krzyżackiej, która przełamała szyki chorągwi krakowskiej. Jedna z tych chorągwi nie powinna mieszać się do walki, stanowiąc ubezpieczenie prawego skrzydła. Uderzenie takie szybko rozstrzygnęłoby zmagania na prawym skrzydle. Czy taki ruch znajduje potwierdzenie w relacji Długosza? Wydaje mi się, że tak. Gdy grupki Krzyżaków wracają z pogoni za wojskami Witolda, ku swemu zdziwieniu widzą wojska Zakonu prawie pobite. Ich włączenie się do walki nie przyniosło poprawy sytuacji.

Drugi problem taktyczny rodziła konieczność udzielenia pomocy pobitym chorągwiom Witolda. W pościg za Litwinami, Rusinami i Tatarami ruszyło prawdopodobnie 4-5 tysięcy jazdy krzyżackiej. Władysław Jagiełło nie mógł dopuścić, aby taka masa wojska powróciła na pole bitwy i uderzyła w bok walczących chorągwi. Musiał sformować jeszcze jedną grupę uderzeniową, złożoną co najmniej z 5-6 chorągwi, i odciąć odwrót tym siłom, aby uniemożliwić im powrót na plac boju. [...]

W moim przekonaniu odcięcie przez ludzi króla, rozproszonych sił krzyżackich od sił głównych, należy rozumieć jako odcięcie chorągwi krzyżackich biorących udział w pościgu, od wojsk Zakonu walczących między Łodwigowem a Stębarkiem.

Odcięcie to mogły przeprowadzić nie pobite wojska litewskie i tatarskie, lecz tylko świeże siły, czyli rezerwowe chorągwie polskie, wysłane przez króla na pomoc Litwinom i Tatarom. Można postawić tezę, iż kontratak drugorzutowych chorągwi polskich doprowadził do pobicia sił krzyżackich walczących na prawo od chorągwi krakowskiej. Sugeruje to jeszcze jeden fragment kroniki Długosza: „Krzyżacy pomieszani w nieładzie, doznawszy wielkiej w ludziach straty i pogubiwszy wodzów, już się zdawali zabierać do ucieczki, kiedy rycerstwo czeskie i niemieckie słabiejących w wielu miejscach wsparło Krzyżaków i wytrwałą odwagą podtrzymało walkę". Jeżeli wśród kontratakujących chorągwi Zakonu, znaczną część stanowili rycerze czescy, to przypuszczalnie część z tych chorągwi była złożona z żołnierzy zaciężnych. W związku z czym można postawić wniosek, że nie były to świeże chorągwie drugiego rzutu, lecz wycofane z pierwszego rzutu chorągwie najemne mocno już nadwerężone. Toteż wynik tego kontrnatarcia jest już bardzo ograniczony. Wielki mistrz chce jak najdłużej związać czołowo chorągwie polskie, aby móc po przegrupowaniu swojego odwodu uderzyć nim w bok i na tyły wojsk polskich walczących na prawym skrzydle.

Uderzenie szesnastu chorągwi odwodowych wielkiego mistrza i przełamanie po raz trzeci szyków polskich to już przedostatnia faza bitwy.

Uderzenie odwodu wielkiego mistrza

Wykonując manewr oskrzydlający prawe skrzydło polskie wódz krzyżacki musiał zdawać sobie sprawę, że ostatnią fazą tego działania będzie marsz rokadowy wzdłuż frontu, gdzie na początku bitwy walczyli Krzyżacy z Litwinami i Tatarami. Dlatego właściwym posunięciem było sformowanie z owych szesnastu chorągwi dwóch kolumn. Kolumna główna złożona z piętnastu chorągwi utworzyła główny klin uderzeniowy. Według założeń taktycznych wielkiego mistrza kolumna ta miała uderzyć w prawe skrzydło wojsk polskich, starając się zrolować je. Chorągiew wielka wielkiego mistrza sformowała drugi klin mający za zadanie osłonę lewego boku klina głównego, a następnie uderzenie na tyły chorągwi polskich związanych czołowo walką z klinem głównym. Ubezpieczając lewy bok klina głównego, chorągiew wielka powinna posuwać się nieco z tyłu, aby móc zgarnąć każde uderzenie wymierzone w klin główny, złożony z owych piętnastu chorągwi. Bez tego ubezpieczenia nawet niewielkie siły dwóch - trzech chorągwi mogły pokrzyżować plany wielkiego mistrza, uderzając w bok jego odwodowych chorągwi. Taką hipotezę stawia Stefan Kuczyński, pisząc o odwodowych chorągwiach ukrytych rzekomo przez Jagiełłę gdzieś w zaroślach na prawym skrzydle swych wojsk. To prawdopodobnie do wielkiej chorągwi dołączyli ci Krzyżacy, którzy zdołali powrócić z pościgu za Litwinami i Tatarami, ale przybyli zbyt późno, aby włączyć się do bitwy samodzielnie.

Ponieważ obie kolumny krzyżackie nie posuwały się w jednej linii, rycerze polscy na początku widzieli tylko kolumnę główną. Z piętnastu chorągwi aż dwanaście pochodziło z ziemi chełmińskiej, zamieszkałej w tym czasie w 50% przez Polaków. Można szacować, że około tysiąca Polaków walczyło pod tymi znakami. Dlatego nic dziwnego, że Polacy nie byli pewni, kto się zbliża. Dopiero Dobiesław Oleśnicki, staczając pojedynek z wielkim mistrzem, wyjaśnił sytuację. Chorągwie polskie szybko zmieniły front, aby zatrzymać uderzenie krzyżackie. Wojska krzyżackie przełamują szyki polskie, wdzierając się głębokim klinem aż do miejsca, gdzie stała chorągiew ziemi krakowskiej. Dopiero tutaj impet uderzenia trzech tysięcy krzyżackich rycerzy zostaje wyhamowany. Wielki mistrz w tym czasie obserwował efekt tego uderzenia, a następnie udał się do kolumny bocznej, którą tworzyła jego wielka chorągiew. Gdy dotarł do jej czoła, zobaczył tragiczny koniec Dypolda Kokeritza. Wielki mistrz stanął na czele kolumny i skierował ją na prawo, czyli na tyły związanych walką z główną kolumną prawo-skrzydłowych chorągwi polskich. Plan ten został jednak pokrzyżowany przez chorągiew nadworną, którą dowodzili Jędrzej Ciołek z Żelechowa i Jan ze Sprawy herbu Odrowąż. Natarcie chorągwi wielkiej wielkiego mistrza zostało zatrzymane, co uratowało polskie prawe skrzydło przed rozbiciem. Niebawem przybyły z lewego skrzydła odwodowe chorągwie polskie, które pomogły rozbić wojska krzyżackie. Powrót wojsk Witolda przypieczętował klęskę Krzyżaków.

Jak przedstawiona hipoteza ma się do relacji Jana Długosza? Według kronikarza podział odwodu na dwie kolumny dokonał się dopiero w końcowej fazie manewru. Pisze on: „Tymczasem wstąpiło do boju szesnaście pod tyluż znakami hufców nieprzyjacielskich, świeżych i nietkniętych, które jeszcze nie doświadczyły oręża, a część ich zwróciwszy się ku tej stronie, gdzie król polski stał z przyboczną tylko strażą, pędziła z wymierzonymi włóczniami, jakoby prosto ku niemu". Jeżeli podział na dwie kolumny dokonałby się dopiero teraz, to moim zdaniem rycerze polscy walczący na prawym skrzydle nie powinni mieć problemu z rozpoznaniem w nadciągającym wojsku przeciwnika. Chorągiew wielka wielkiego mistrza posiadała wystarczająco dużą płachtę, by ją rozpoznać z daleka, a większość jej rycerzy była ubrana tak jak Dypold Kokeritz: w białą jupkę z krzyżem na piersi. Dlatego, jak już pisałem, chorągiew ta posuwając się jako ubezpieczenie boczne doliną wielkiego strumienia, nieco z tyłu w stosunku do chorągwi ziemi chełmińskiej tworzących kolumnę główną, była niewidoczna dla rycerzy polskich prawego skrzydła, stojących na wysokości dzisiejszego mauzoleum bitwy grunwaldzkiej.

I tutaj dochodzimy do kolejnej zagadki. Co było pierwsze: pojedynek Jagiełły z Kokeritzem, czy pojedynek Dobiesława Oleśnickiego z wielkim mistrzem. Długosz spiesząc się ze swymi hymnami pochwalnymi dla Oleśnickiego, najpierw pisze o pojedynku króla, a dopiero później o starciu wielkiego mistrza z polskim rycerzem. Według mojej hipotezy było dokładnie odwrotnie. Przez lizusostwo Długosza, jego relacja jest niespójna. Na dowód tego przytoczę dwa fragmenty z jego dzieła: „Król strwożony grożącym niebezpieczeństwem pchnął czym prędzej Zbigniewa z Oleśnicy, swego pisarza nadwornego, do stojącej w pobliżu chorągwi nadwornej, z rozkazem, aby jak najspieszniej przybywali i zasłonili króla od grożących ciosów. Była właśnie ta chorągiew w pogotowiu do stoczenia walki z nieprzyjacielem". Rycerz królewski Mikołaj Kiełbasa miał mu odrzec: „Czy nie widzisz, szalony, że nieprzyjaciel na nas uderza". Wróciwszy do króla, Zbigniew Oleśnicki oznajmił, że wszystko rycerstwo zajęte jest bitwą z nieprzyjacielem albo raczej gotując się do walki, żadnego rozkazu przyjąć nie może. I drugi fragment kroniki dotyczącej tej części bitwy: „Rycerze królewscy ujrzawszy te szesnaście chorągwi i jedni poznawszy w nich nieprzyjaciół, jak rzeczywiście było, drudzy ze zwyczajną ludziom słabością lepiej sobie tuszący, wziąwszy je za litewskie wojsko, a to z przyczyny lekkich i rzutnych włóczni, zwanych sulice, których w wojsku krzyżackim wielka była liczba, nie zaraz uderzyli na Krzyżaków, spierali się bowiem między sobą i długo byli w niepewności, aż dopiero rycerz Dobek z Oleśnicy, chcąc rozwiązać te wątpliwości, spiął konia ostrogami i z podniesioną kopią sam jeden pobiegł ku nieprzyjacielowi".

Oba fragmenty podaję w takiej kolejności, jak je podaje Długosz. Jest to o tyle istotne, że w pierwszym fragmencie autor stwierdza, że wszystkie rycerstwo zajęte jest bitwą lub, jak chorągiew nadworna, szykuje się do bitwy. Natomiast drugi fragment informuje czytelnika, że chorągwie jeszcze nie walczą, lecz dopiero oczekują przeciwnika. Jeżeli pojedynek Dobiesława z Oleśnicy odbył się później niż Jagiełły z Kokeritzem, to rycerze polscy nie mieliby wątpliwości, że nadciągający przeciwnik to Krzyżacy, gdyż za ich plecami chorągiew nadworna zmagałaby się z wojskami krzyżackimi. Z kim w takim razie walczyło całe rycerstwo polskie na prawym skrzydle, gdy Zbigniew Oleśnicki wracał do króla bez pomocy i kawałkiem kopii zabił Dypolda Kokeritza? [...]

Z innego źródła wiadomo, że wielki mistrz trzykrotnie przebijał się przez szyki Polaków. Dla mnie tym trzecim przełamaniem szyków polskich było właśnie natarcie odwodowych chorągwi krzyżackich na polskie chorągwie prawego skrzydła. Większość tych chorągwi była zmęczona trzygodzinnym bojem. Tymczasem odwodowe chorągwie wielkiego mistrza były wypoczęte, jeżeli wierzyć Długoszowi. Dlatego sądzę, że dopiero ściągnięcie odwodowych chorągwi polskich z lewego skrzydła rozstrzygnęło tę walkę na korzyść króla Polski. [...] Jeżeli Jagiełło na początku bitwy wsparł Witolda pięcioma chorągwiami, a następnie wysłał kolejne pięć lub sześć chorągwi w celu odcięcia powrotu chorągwiom krzyżackim ścigających Litwinów i Tatarów, i dodamy do tego cztery lub nawet pięć chorągwi, które wykonały kontratak, aby osłonić prawe skrzydło wojsk królewskich, to nie można dziwić się, że na prawym skrzydle poza chorągwią nadworną, król nie miał więcej odwodów. Pozostałe 10-15 chorągwi odwodowych stało prawdopodobnie na lewym skrzydle i potrzebowało trochę czasu, żeby przybyć na zagrożony odcinek.

Ostatecznie natarcie odwodowych chorągwi wielkiego mistrza skończyło się ich porażką. Powodów ich klęski mogło być kilka: a) najważniejszy to klęska głównych sił krzyżackich w rejonie drogi Łodwigowo-Stębark w momencie, gdy wielki mistrz objeżdżał wzgórze-mauzoleum, przez co wyeliminowano z walki około 20 chorągwi krzyżackich, z których tylko kilka zdołano zawrócić do boju, a dzięki czemu chorągwie polskie mogły przegrupować się na zagrożony kierunek; b) porażka wielkiej chorągwi krzyżackiej w starciu z królewską chorągwią nadworną; c) słaba postawa bojowa rycerzy ziemi chełmińskiej, którzy stanowili sporą część odwodowych chorągwi, czego dowodem jest ścięcie z rozkazu Henryka von Plauena Mikołaja Ryńskiego chorążego chełmińskiego; d) przerzucenie odwodów z lewego skrzydła; e) powrót na plac boju Litwinów i Tatarów oraz wspierających wojska Witolda chorągwi polskich. Jan Długosz nie informuje nas, kiedy wojska wielkiego księcia Witolda powróciły na główny plac boju.

Kończąc omawianie przedostatniej fazy bitwy (czyli natarcia szesnastu chorągwi odwodowych), jeszcze raz zwracam uwagę na dwa elementy tym czytelnikom, którzy zechcą sięgnąć po relację Długosza. Element pierwszy to słowa autora: „Tymczasem wystąpiło do boju szesnaście pod tyluż znakami hufców nieprzyjacielskich [...] a część ich zwróciwszy się ku tej stronie, gdzie król Polski stał". Z tych słów kronikarz się później wycofuje, gubiąc się w swojej relacji, a dowodzą one podziału na dwie kolumny odwodu wielkiego mistrza. Element drugi to rozmowa Zbigniewa Oleśnickiego z Mikołajem Kiełbasą, z której wynika, że chorągiew nadworna nie może udzielić królowi pomocy, gdyż sama zagrożona jest atakiem przez oddział krzyżacki. Zgodnie z tym co pisze Długosz stała ona najbliżej stanowiska dowodzenia króla, ubezpieczając prawe skrzydło wojsk polskich. Gdyby wielki mistrz nacierał jedną kolumną, to nie mógłby jednocześnie zagrażać: a) królowi i jego otoczeniu; b) chorągwi nadwornej. Jest dla mnie oczywiste, że chorągiew wielka wielkiego mistrza zagrażała królowi, natomiast kolumna główna w sile 15 chorągwi na czele z wielkim mistrzem za miast uderzyć w prawe skrzydło wojsk polskich, spotyka na swojej drodze królewską chorągiew nadworną. Jak do tego doszło?

Gdy Ulrich von Jungingen rozpoczynał swój manewr odwodowymi chorągwiami, główne siły krzyżackie broniły się w rejonie drogi Stębark-Łodwigowo. Sformowanie dwóch kolumn i obejście wzgórza-mauzoleum od strony drogi Grunwald-Stębark zajęło wodzowi krzyżackiemu sporo czasu. Wzgórze to znakomicie zamaskowało manewr wielkiego mistrza. W tym czasie opór głównych sił krzyżackich został złamany, a chorągwie polskie po krótkim pościgu zatrzymały się w płytkiej dolinie na lewo od wzgórza-mauzoleum. Chorągiew nadworna, chcąc nadal ubezpieczać prawe skrzydło, powinna zająć pozycję na wzgórzu-mauzoleum. Gdy przemieszczała się w tym kierunku docierając w rejon drogi Stębark-Łodwigowo, zza wzgórza wytoczyły się chorągwie krzyżackie. Dla wielkiego mistrza sytuacja ta stanowiła również zaskoczenie. Liczył on prawdopodobnie, że siły główne wytrzymają napór Polaków do czasu, aż on uderzy główną kolumną w bok i na tyły chorągwi polskich walczących na prawym skrzydle. Natomiast chorągiew wielka wielkiego mistrza wykonując szerszy łuk miała osłonić uderzenie głównej kolumny, gdyby Jagiełło rzucił do walki odwodowe chorągwie.

Wobec zaistniałej sytuacji Urlich von Jungingen miał do wyboru: a) uderzyć na chorągiew nadworną; b) skierować kolumnę główną na wzgórze-mauzoleum, aby ustalić, gdzie znajdują się chorągwie polskie i w jakim stanie są jego główne siły. Wielki mistrz wybrał drugie rozwiązanie. Ignorując chorągiew nadworną, skierował kolumnę jazdy krzyżackiej na wzgórze-mauzoleum. Tutaj dopiero, zajmując dogodną podstawę wyjściową do natarcia na skrzydło wojsk polskich, zobaczył klęskę swoich sił głównych. Na domiar złego nie mógł natychmiast uderzyć na Polaków, gdyż groziło mu uderzenie chorągwi nadwornej na tyły. Musiał czekać na swoją wielką chorągiew, aby związała walką królewską chorągiew nadworną.

W tym czasie Polacy stojący w dolinie nie byli pewni, czy chorągwie stojące na wzgórzu to oddziały własne czy krzyżackie. W błąd wprowadzają ich chorągwie chełmińskie, w których służyło wielu Polaków.

Aby wyjaśnić sytuację, Dobiesław Oleśnicki ruszył w kierunku odwodu wielkiego mistrza. Ulrlich von Jungingen chcąc podnieść morale swego wojska stanął osobiście do walki z Dobiesławem zmuszając go do odwrotu. Tymczasem dowódca chorągwi nadwornej Jędrzej Ciołek z Żelechowa postanowił wykonać rozkaz króla przywieziony przez Zbigniewa Oleśnickiego, zawracając chorągiew w kierunku Wielkiego Strumienia. Wielki mistrz widząc to zdawał sobie sprawę, że o losach bitwy zadecyduje starcie królewskiej chorągwi nadwornej z jego wielką chorągwią. Dlatego przekazał komendę jednemu z komturów, każąc nacierać na prawe skrzydło Polaków, a sam udał się do swojej wielkiej chorągwi21. Przez dłuższą chwilę trwał wyścig między wielkim mistrzem a chorągwią nadworną - kto pierwszy przybędzie do Doliny Wielkiego Strumienia. Krzyżackiemu wodzowi udało się pierwszemu dotrzeć do celu. Natychmiast podał komendę herum, herum, chcąc jak najszybciej wyprowadzić chorągiew z doliny. W tym momencie doszło do starcia z przybyłą właśnie chorągwią nadworną. W wyniku tego starcia zginął wielki mistrz trafiony w głowę przez Mszczuja ze Skrzynna herbu Łabędź, rycerza przedchorągiewnego chorągwi nadwornej.

Gdy tylko walka dobiegła końca, Jagiełło natychmiast udał się na czele chorągwi nadwornej w rejon wzgórza-mauzoleum sprawdzić, jaki rezultat przyniosło uderzenie 15 odwodowych chorągwi wielkiego mistrza na polskie lewe skrzydło. Ze swojego stanowiska dowodzenia widział tylko początek tego natarcia, gdyż jego finał nastąpił w dolinie na lewo od wzgórza-mauzoleum. Pojawienie się oddziału króla zamiast chorągwi wielkiej wielkiego mistrza przyczyniło się do szybkiego złamania oporu chorągwi chełmińskich i pruskich. Wbrew temu co pisze Jan Długosz, uderzenie to musiało wprowadzić sporo zamieszania w szeregach polskich i trzeba było trochę czasu na uporządkowanie szyków i odesłanie jeńców na tyły. Po upewnieniu się, że na tyłach, w rejonie jeziora Lubień, również rozbito chorągwie krzyżackie król wydał rozkaz do szturmu na obóz krzyżacki, gdzie doszło do masakry broniących się Krzyżaków.

Należy jeszcze rozważyć kwestię powrotu na główny plac boju, między Łodwigowem a Stębarkiem, wojsk litewskich i tatarskich. [...] moim zdaniem, Litwini i Tatarzy wrócili na główny plac boju już po rozstrzygnięciu bitwy. Jak do tego doszło? Ze źródeł niemieckich wiadomo, że odwrót wojsk Witolda odbywał się w trzech kierunkach:

a) pierwsza grupa złożona z chorągwi tatarskich i litewskich, które znalazły się w pasie natarcia drugorzutowych chorągwi krzyżackich, uciekała w kierunku jeziora Lubień. Jednakże zanim te wojska dotarły do przeprawy przez rzekę Maręzę, rozdzieliły się, a główna ich część złożona z chorągwi tatarskich skręciła na prawo w kierunku Ulnowa. Z kroniki konfliktu wiadomo, iż chorągwie krzyżackie, które ścigając wojska Witolda znalazły się na polskich tyłach, zostały przez ludzi królewskich (czyli rezerwowe chorągwie polskie) wybite lub wzięte do niewoli. Druga część chorągwi litewskich i tatarskich dotarła do przeprawy przez Maręzę, gdzie zostały rozbite przez ścigających je Krzyżaków i rozproszone;

b) druga grupa chorągwi litewsko-ruskich uciekała w kierunku rzeki Maręzy i w jej błotnistych rozlewiskach utknęła, przez co ścigające ją chorągwie krzyżackie urządziły im krwawą łaźnię, biorąc niedobitki do niewoli. Ta część chorągwi krzyżackich zdołała powrócić na główny plac boju i włączyć się do walki;

c) trzecia grupa chorągwi litewsko-ruskich uciekła w kierunku Zybułtowa. W tej grupie znalazł się również prawdopodobnie wielki książę Witold.

O ile główne siły krzyżackie ścigające wojska Witolda kierowały się na Ulnowo i jezioro Lubień, o tyle główna masa wojsk litewsko-ruskich znalazła się w rejonie Zybułtowa. Dzięki mężnym chorągwiom smoleńskim walczącym pod Stębarkiem kierunek północny pozostał otwarty, dzięki czemu nie doszło do całkowitego pogromu armii Witolda w błotach Maręzy.

Po przekroczeniu mostu w Zybułtowie wielki książę zaczął porządkować rozbite chorągwie. Gdy wraz z ostatnimi rozbitkami nadciągnął krzyżacki pościg liczący z pewnością nie więcej niż dwie - trzy chorągwie o mocno uszczuplonych stanach - nie trzymające szyku - Litwini, Rusini i Polacy wykonali szarżę rozbijając siły krzyżackie. W rejonie Zybułtowa Witold mógł zgromadzić około 4000 ludzi, jednakże po porażce swoich wojsk był przekonany, iż bitwa została przegrana. Dlatego, moim zdaniem, nie wrócił na pole bitwy przez Stębark, czyli najkrótszą drogą, lecz skierował swoje wojsko na południe, drogą Zybułtowo-Ulnowo, odgradzając się od wojsk Zakonu rzeczką Maręzą i jeziorem Lubień. Dopiero po przybyciu w rejon Ulnowa zorientował się, że bitwa toczy się nadal. Zanim dotarł na pola Grunwaldu, bitwa była już rozstrzygnięta.

Druga grupa wojsk Witolda ocalała z pogromu, to chorągwie tatarskie i niedobitki chorągwi litewsko-ruskich, które odbiły na Ulnowo. Dzięki sprzyjającym warunkom terenowym zdołały ujść przed krzyżacką pogonią i wbrew temu, co piszą niemieccy historycy, wódz tatarski zdołał zebrać swoje siły gdzieś w okolicy drogi Ulnowo-Łodwigowo. Dżelal Edin mógł włączyć się do bitwy z chorągwiami krzyżackimi, które go ścigały, lub powrócić na główny plac boju. Z pewnością szybciej niż Witold zorientował się, że bitwa nie została przegrana, gdyż inaczej droga odwrotu wojsk polskich wiodłaby przez Ulnowo i Łogdowo, co by zauważył. Dlatego sądzę, że Tatarzy trochę szybciej powrócili na plac boju niż wojska Witolda.

Z pewnością bitwa mogłaby zakończyć się zwycięstwem Krzyżaków, gdyby ich główne siły zdołały wytrzymać napór wojsk polskich do momentu uderzenia odwodu, czyli około 15-20 minut dłużej. I to był zasadniczy powód klęski wojsk krzyżackich. Liczący około 3 tys. łudzi odwód wielkiego mistrza bez współdziałania z siłami głównymi nie był w stanie zmienić losów bitwy. Musiałby pobić cztero - pięciokrotnie liczniejsze siły polskie (około 40 chorągwi). Błędem wielkiego mistrza było niepozostawienie części odwodowych chorągwi na tyłach pierwszorzutowych chorągwi, aby w razie załamania się frontu krzyżackiego mogły wykonać kontrnatarcie podtrzymujące opór krzyżacki w rejonie drogi Łodwigowo-Stębark. Umożliwiłoby to pozostałym chorągwiom krzyżackiego odwodu uderzenie w bok i na tyły prawoskrzydłowych chorągwi polskich. Chorągwie polskie musiałyby walczyć w okrążeniu, co stwarzało sytuację taktyczną, grożącą całkowitą klęską.

Ostatnia faza bitwy to pościg za pobitym nieprzyjacielem. Wiadomo, że do pewnego momentu król osobiście kierował pościgiem, pilnując, by wojsko przestrzegało szyku bojowego. Dopiero po zdobyciu obozu krzyżackiego, gdzie doszło do masakry tych Krzyżaków, którzy się tam schronili, Jagiełło pozwolił na swobodny pościg za pobitym przeciwnikiem. Długosz stwierdza, że w obozie zginęło więcej Krzyżaków niż w samej bitwie. Pomimo próśb i napomnień króla, podczas pościgu dochodziło do mordów. Polacy mieli świeżo w pamięci okrucieństwa krzyżackie popełnione w ziemi dobrzyńskiej. Toteż rycerzy w białych płaszczach ścigali ze szczególną zaciekłością.

Podczas pościgu miało się dostać do niewoli 14 tys. Krzyżaków. Wśród nich byli: Konrad Biały książę Oleśnicy, Kazimierz książę szczeciński oraz Jerzy Gersdorf, który w wojsku krzyżackim niósł chorągiew św. Jerzego. Kazimierz szczeciński został wzięty do niewoli przez Skarbka z Gór, który był przedchorągiewnym w chorągwi wielkiej ziemi krakowskiej. To może świadczyć, że chorągiew szczecińska walczyła przeciwko Małopolanom. Natomiast Konrada Białego wziął do niewoli Czech Joste z Salcu, prawdopodobnie żołnierz chorągwi najemnej. Jerzego Gersdorfa pojmał rycerz Przedpełk Kopidłowski herbu Dryja. Rody rycerskie pieczętujące się herbem Dryja wywodzą się z południowej Wielkopolski. Herbem tym pieczętowała się między innymi zasłużona dla Polski rodzina Chłapowskich. [...]

W bitwie pod Grunwaldem było czterokrotnie więcej wojsk. Według moich obliczeń - 22-25 tys. Polaków, 10 tys. Litwinów i 2-3 tys. Tatarów oraz 21-23 tys. Krzyżaków. Łącznie daje to 56-62 tys. bez ludzi w taborach. Z obliczeń tych wynika, że owe 18 tys. poległych chrześcijan to straty proporcjonalne do sił, jakie brały udział w bitwie, i list należy odczytywać tak, jak jest w nim napisane. Na tej podstawie straty krzyżackie można szacować na około 8 tys. zabitych żołnierzy i 5 tys. poległej czeladzi w obozie krzyżackim. Straty Litwinów można szacować na 4-5 tys. zabitych, a Polaków na około 500-600. Trzeba jeszcze przypomnieć, że Henryk von Plauen był w roku 1410 komturem Świecia, i na jego terenie koncentrowały się główne siły krzyżackie przed bitwą pod Grunwaldem. Dlatego stan liczebny armii Zakonu znał w dużym przybliżeniu. Natomiast sam list pisał dwa lata po klęsce, wiedząc, że blisko połowa armii krzyżackiej dostała się do niewoli.

I ostatni problem, jaki chcę poruszyć w tym rozdziale, to ocena dowodzenia obu dowódców. Według mojej oceny obaj dowódcy nie wykazali się wybitnymi umiejętnościami. Więcej inicjatywy w bitwie wykazał jednak wielki mistrz. Użycie artylerii przeciwko ciężkiej i lekkiej jeździe okazało się mało skuteczne. Bardzo wysoko należy ocenić umiejętne przełamanie frontu polsko-litewskiego w najczulszym miejscu. Moim zdaniem - zgodnie z tym, co pisze Jan Długosz - miejscem tym było lewe wewnętrzne skrzydło litewskie, gdzie przypuszczalnie, walczyły chorągwie tatarskie. Szybki sukces zaskoczył jednak wielkiego mistrza, gdyż nie wsparł tego uderzenia natarciem swych odwodowych chorągwi. Gdyby połową swego odwodu uderzył w odsłonięte prawe skrzydło polskie, a drugą połową zaatakował dragorzutowe chorągwie polskie, uniemożliwiając im wyprowadzenie kontrnatarcia - losy bitwy mogłyby dla niego ułożyć się inaczej. Przełamanie szyków chorągwi krakowskiej było tylko likwidacją włamania, jakie uczyniła ona w pierwszej linii wojsk krzyżackich, prawdopodobnie przez jedną lub dwie chorągwie krzyżackie drugiej linii. Nie należy tego traktować jako próby zrolowania frontu na polskim prawym skrzydle.

Najwyżej, moim zdaniem, należy ocenić uderzenie odwodowymi chorągwiami. Umiejętne wykorzystanie właściwości terenu, który częściowo zasłonił manewr, dał mu możność zaskoczenia przeciwnika, który do końca nie wiedział, kto na niego naciera. Nie mogło to jednak zrekompensować prawie dwukrotnej przewagi wojsk królewskich oraz niskiego morale części jego oddziałów (niektórych chorągwi ziemi chełmińskiej).

Oceniając dowodzenie Władysława Jagiełły na podstawie relacji Jana Długosza można by stwierdzić, że więcej się modlił niż dowodził. Z pewnością popełnił dwa znaczące błędy. Pierwszy błąd polegał na tym, że po natarciu rozpoznawczym niepotrzebnie pozostawił w pierwszej linii chorągwie tatarskie. Miał dostateczne siły, by Tatarów przeznaczyć do działań oskrzydlających. Drugi błąd to nieściągnięcie części chorągwi odwodowych z lewego skrzydła dla osłony odsłoniętego prawego skrzydła oraz przeoczenie manewru wielkiego mistrza, który króla ewidentnie zaskoczył. Król stracił panowanie nad nerwami, każąc przegrupować chorągiew nadworną tuż przed walką, co mogło dla niej mieć fatalne konsekwencje. Dlatego moim zdaniem Jagiełło wygrał bitwę raczej nie sztuką wojenną, jak chciał Stefan Kuczyński, lecz przewagą liczebną i walecznością swego wojska. Profesor Kuczyński darzył króla Władysława Jagiełłę prawdziwie synowskim uczuciem, twierdząc, iż w sposób istotny wpłynął na polską sztukę wojenną. Inni historycy są tutaj bardziej krytyczni, do których i ja się zaliczam. W moim przekonaniu porażki, jakie Polacy ponosili w toku wojny trzynastoletniej, więcej ich nauczyły niż zmarnowane zwycięstwa nad Krzyżakami podczas wielkiej wojny lat 1409-1411. Ambicją każdego historyka jest, aby w oparciu o źródła historyczne jak najbardziej zbliżyć się do prawdy. Czy mi się to udało, pozostawiam ocenie czytelnika.


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 10-89

Przebieg bitwy wydobyty z książki Mariana Biskupa "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521"
Przebieg bitwy zaczerpnięty z książki J. Krzyżaniakowej, J. Ochmańskiego "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO"
ozdoba

"...Dalsze losy wojny zadecydowały się prawdopodobnie nazajutrz po bitwie, gdy Jagiełło i Witold objeżdżali pobojowisko i radzili nad dalszymi krokami, nigdy jednak nie będziemy wiedzieli, co wtedy postanowili. W każdym razie podjęto decyzję marszu na Malbork. 16 lipca wojska opuściły pole bitwy i z wolna ruszyły ku stolicy wielkiego mistrza. Był to pochód triumfalny. Zamki i miasta krzyżackie otwierały swe bramy królowi, który obsadzał w nich panów polskich, miastom nadawał przywileje, a skarby i dzieła sztuki przekazywał polskim kościołom..."


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO" s. 207

"...W dniu 17 lipca król wypuścił na wolność większość jeńców, których liczbę Długosz, jak zwykle z przesadą, oblicza na 40 tysięcy, a w rzeczywistości ich liczba nie przekraczała 14 tysięcy. Wśród jeńców najliczniejszą grupę stanowili Czesi i Ślązacy. Oprócz nich kronikarz wymienia: Bawarów, Morawców, Miśniaków, Austriaków, Nadreńców, Szwabów, Łużyczan, Fryzów, Turyngów, Pomorzan, Szczecinian, Kaszubów, Sasów, Frankończyków i Westfalczyków. W niewoli król pozostawił jedynie Kazimierza Szczecińskiego, Konrada Oleśnickiego, Krzysztofa Gersdorfa, Wacława Dunina Czecha i wszystkich mnichów krzyżackich..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 90

"...Tego jeszcze dnia nastąpiło spisanie zabranych jeńców przez sześciu pisarzy królewskich (niestety spisy te zaginęły). Spisani zostali jeńcy zarówno spośród członków Zakonu i ludności Prus, jak i zaciężni i rycerze z krajów Królestwa Czeskiego i Rzeszy. Spisani zostali zobowiązani przysięgą, iż zjawią się osobiście 29 września 1410 r. w Krakowie. Oznaczało to, iż strona polska nie chciała więzić wielu tysięcy szeregowych jeńców, ze względu na trudności z ich utrzymaniem i koniecznością wyruszenia armii w dalszą drogę do Malborka. Wobec ludności miejscowej chodziło już o okazanie łaskawości władcy polskiego. Dlatego, zgodnie z rycerskim obyczajem, jeńcy, wypuszczeni na słowo rycerskie, mieli po upływie ponad dwóch miesięcy przybyć do stolicy Polski i uzgodnić sprawę wykupu. Król zatrzymał tylko członków Zakonu, obu książąt Kazimierza i Konrada Białego oraz dwóch dowódców (Krzysztofa von Gersdorffa i Wacława von Dohna), a także niektórych dowódców zaciężnych, których rozlokowano na zamkach, głównie małopolskich i na Rusi Czerwonej, a częściowo na Litwie jako jeńców Witolda. Miało to być najwyraźniej zabezpieczenie przed możliwością włączenia się tej grupy dowódców do ponownej akcji militarnej przeciwko Polsce i Litwie..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 95-96

"...Część rycerstwa pragnęła przy tym dopełnić obyczaju nakazującego przez trzy dni święcić tryumf na polu walki. Jagiełło starał się jednak przyspieszyć wymarsz armii, która istotnie już 17 lipca przesunęła się kilkanaście kilometrów na północny wschód pod Olsztynek..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 99

"...Armia polsko-litewska ruszyła pod Olsztynek i miasto i zamek poddały się bez walki. Król puścił je w dzierżawę Janowi Kretkowskiemu herbu Dołęga. W tym czasie komtur Świecia Henryk von Plauen przybył do Malborka, aby zorganizować obronę zamku. Przypuszczam, że po otrzymaniu wiadomości o pobiciu wojsk polskich na Pomorzu ruszył ze swym wojskiem na wschód, aby wziąć udział w bitwie. I prawdopodobnie w drodze dowiedział się o strasznej klęsce armii krzyżackiej wielkiego mistrza..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 90

"...Słuszny jest pogląd, iż władca polski obawiał się akcji militarnej większej grupy wojsk komtura świeckiego Henryka von Plauena, który prawdopodobnie już 15 lipca był w drodze do obozu wielkiego mistrza pod Stębarkiem z oddziałami z Pomorza Gdańskiego. Zapewne już w drodze, na wieść o klęsce wielkiej armii Zakonu, ten zdecydowany i o szybkim działaniu dowódca z miejsca zawrócił na północ i już 18 lipca (a więc trzeciego dnia po Grunwaldzie) zdołał dotrzeć do Malborka. Z miejsca uznał się tam „zastępcą wielkiego mistrza", opanował panikę spowodowaną relacjami zbiegów spod Grunwaldu i podjął szybkie przygotowania do obrony zamku, a także do uzyskania pomocy z zewnątrz, tj. z Inflant, z Rzeszy i od Zygmunta Luksemburskiego..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 100

"...W dniu 19 lipca armia Jagiełły stanęła pod Morągiem, który również się poddał. W dniu następnym wojska dotarły w pobliże miejscowości Preussmarkt, którą Jagiełło dał w dzierżawę Mroczkowi z Łopuchowa, rycerzowi z Wielkopolski. Ponieważ doniesiono królowi, że w zamku są skarby i klejnoty, dodano mu do ich spisania pisarza Jana Sochę. Po spisaniu rzeczy, gdy powracał do obozu, został zamordowany wraz ze swą drużyną. W dniu 21 lipca wojska Jagiełły doszły do Dzieżgonia, gdzie uzupełniono zapasy żywności. Król zatrzymał się tu aż na trzy dni, czyli do 23 lipca. Wreszcie w dniu 25 lipca armia polska osiągnęła Malbork.


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 90-91

"...Co prawda Jagiełło wysłał już w tym czasie, niewątpliwie w charakterze straży przedniej, oddziały lekkozbrojne, w tym i Tatarów, w kierunku Malborka. Dotarły one tam najdalej 22 lipca, gdyż tego właśnie dnia namiestnik Henryk von Plauen wystosował swój pierwszy pisemny apel do rycerstwa europejskiego o pomoc dla stolicy Zakonu - oblężonej przez wojska Jagiełły i Witolda wraz z „niewiernymi Saracenami". Jazdy polska, litewska i tatarska zastały już jednak bramy zamku zamknięte.

Gdy więc 25 lipca dotarł pod Malbork trzon armii polskiej wraz z Jagiełłą, musiał on przystąpić do regularnego oblężenia zamku i przedzamcza (Plauen polecił miasto spalić). Armia polska i litewsko-ruska nie była jednak w pełni przygotowana do walk oblężniczych, chociaż miała swoje działa i machiny, a także zdobyte działa krzyżackie. Oblężenie wymagało jednak dłuższego utrzymywania kilkudziesięciotysięcznej armii pod murami zamku, aby zmusić go - nieskutecznym - ostrzałem z dział, a przede wszystkim głodem do kapitulacji. W rezultacie konieczność wyżywienia wielkiej armii polsko-litewskiej doprowadziła do pustoszenia Powiśla i Żuław..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 100

Oblężenie Malborka 26 lipca - 19 września 1410

"...Do pierwszego starcia doszło już 26 lipca między chorągwiami krakowską i Dobiesława z Oleśnicy, trzymającymi straż przy działach, a wypadem oblężonych. W wyniku walki Polacy zdobyli miasto, a niedobitki Krzyżaków musiały schronić się w zamku. Jeżeli Krzyżaków stać było na obsadzenie miasta, to może świadczyć, iż siły załogi Malborka musiały być niewiele mniejsze od szacunków Długosza, który ocenia je na 5 tysięcy ludzi. Wykorzystując to powodzenie, Domarat z Kobylan herbu Grzymała i Dobiesław z Oleśnicy próbowali wedrzeć się do zamku przez wyłom w murze, lecz nie otrzymawszy należnego wsparcia nie zdołali osiągnąć całkowitego sukcesu. Przez noc Krzyżacy zdołali zawalić wspomniany wyłom kłodami i zorganizowali silną obronę. [...]

W pierwszych dniach oblężenia, gdy rycerstwo trzech chorągwi: Dobiesława z Oleśnicy, Kmity z Wiśnicza i Gryfitów stało na straży, uderzyli na nich Krzyżacy, lecz zostali odparci. Większa część krzyżackiego oddziału wypadowego poległa lub dostała się do niewoli. Gdy Polacy na ich karkach dotarli pod mury fortecy, Krzyżacy zwalili na nich część murów osłabionych ogniem dział. [...]

Na początku sierpnia Henryk von Plauen, nie mając szans na szybką odsiecz, rozpoczął negocjacje. W zamian za odstąpienie od oblężenia Malborka i ustąpienie z Prus chciał oddać Jagielle Pomorze Gdańskie i ziemię chełmińską. Polski władca warunków tych nie przyjął, żądając bezwarunkowej kapitulacji. Jan Długosz w swojej kronice dość ostro krytykuje za to króla. Dalsze postępowanie Jagiełły jest już zupełnie niezrozumiałe. Dowiedziawszy się, że mistrz inflancki Herman koncentruje swoje siły pod Królewcem, wysłał przeciw niemu wielkiego księcia Witolda, dając mu dodatkowo aż dwanaście chorągwi. Do spotkania doszło w pobliżu Pasłęka, lecz zamiast do bitwy - obie strony przystąpiły do negocjacji. W ich wyniku król zgodził się, aby 50 rycerzy inflanckich zostało wpuszczonych do Malborka. Wśród nich jest również wielki mistrz inflancki Herman, który zobowiązał się namówić Henryka von Plauena do kapitulacji. Po kolejnym fiasku rozmów kapitulacyjnych, król pozwala opuścić Malbork mistrzowi inflanckiemu wraz z proboszczem Gdańska. Poprzez tego mnicha Henryk von Plauen posłał komturom Gdańska, Człuchowa i Świecia 30 tysięcy zł dla werbunku zaciężnych. Ci zaś podług jego rozkazu zebrali niemałą liczbę Czechów, Ślązaków, Niemców i Węgrów. [...]

Oblężenie Malborka przez wojska polsko-litewskie można podzielić na kilka etapów. Etapem pierwszym było zdobycie miasta i próby wdarcia się do zamku szturmem. Trwało to przez pierwsze dwa tygodnie. W drugim okresie walki o Malbork pojawiła się niewielka armia rycerzy krzyżackich z Inflant. Jagiełło wysłał przeciwko nim wielkiego księcia Witolda, wzmacniając jego siły aż 12 chorągwiami polskimi. Zamiast walki - doszło do rozmów politycznych między Witoldem a mistrzem inflanckim Hermanem. Od tego momentu Malbork jest tylko blokowany, a o poważniejszych próbach zdobycia zamku kronikarz nas nie informuje. Dodatkowo król pozwolił rycerzom krzyżackim wejść do zamku, rzekomo dla nakłonienia do kapitulacji Henryka von Plauena.[...]

Dnia 8 września wielki książę Witold wyjawił Jagielle zamiar powrotu ze swym wojskiem na Litwę. Król po kilkudniowych pertraktacjach zezwolił mu na opuszczenie obozu sprzymierzonych, co nastąpiło 11 września. Był to początek zwijania oblężenia Malborka.[...]

Dnia 11 września obóz opuścił wielki książę Witold, a kilka dni później książęta mazowieccy Janusz i Ziemowit. Gdyby nie pierwsze dni oblężenia, można by sądzić, że Jagiełło nie chciał zdobywać Malborka. Długosz - choć otwarcie tego nie pisze - sugeruje, że o niepowodzeniu oblężenia zadecydowały względy polityczne.[...]

Udające się na Litwę wojsko księcia Witolda miało ochraniać sześć chorągwi polskich, co dodatkowo osłabiło siły oblężnicze. [...] Tymczasem zaciężni Czesi nawiązali rozmowy z królem poprzez swojego krajana Jaśka Sokoła, iż za 40 tysięcy zł otworzą bramy zamku, w zamian za darowanie win. Król pod naciskiem rady królewskiej propozycję tę odrzucił jako niehonorową.

Wkrótce, 19 września oblężenie Malborka przerwano i rozpoczął się odwrót wojsk polskich. Zdaniem Jana Długosza, jedną z przyczyn zwinięcia oblężenia była pogłoska o najeździe króla Węgier, Zygmunta Luksemburczyka, na południowe ziemie polskie. Gdyby Jagielle zależało na zdobyciu Malborka, pogłoskę tę mógłby łatwo zdementować.

Patrząc na problem zdobycia Malborka od strony czysto wojskowej, należy stwierdzić, że aby zdobyć zamek głodem - oblężenie trwało zbyt krótko. Zdobycie stolicy Zakonu szturmem było natomiast zadaniem niezwykle trudnym. Zamek w Malborku składa się z trzech części: podzamcza, zamku średniego i zamku wysokiego. Jeżeli Henryk von Plauen był w stanie obsadzić nie tylko zamki, ale również miasto, to na tej podstawie można wyciągnąć wniosek, że miał dostateczną liczbę wojska. Długosz ocenia siły obrońców na 5 tysięcy ludzi. Biorąc pod uwagę fakt, że już 20 lipca wypłacono żołd zaciężnym w sile ponad 1500 ludzi, a z pewnością nie były to wszystkie siły Henryka von Plauena, należałoby do tego doliczyć ściągniętych z Gdańska marynarzy, uzbrojonych mieszczan malborskich oraz uciekinierów z zamków i miasteczek krzyżackich opanowanych przez wojska Jagiełły. Załoga stolicy Zakonu w okresie oblężenia mogła sięgać 3 tysięcy ludzi. Większym problemem była jakość tego wojska oraz zaopatrzenie w żywność i wodę dla tak licznej załogi. Jeżeli jednak armia Jagiełły nie cierpiała głodu, to można przypuszczać, że Henryk von Plauen zdołał w ciągu dziewięciu dni zgromadzić odpowiednie zapasy chociaż na kilka tygodni. Zamknąwszy się w Malborku, był skazany na całkowitą defensywę. Dlatego dążył wszelkimi sposobami do jak najszybszego przerwania oblężenia, prowadząc zręczną grę dyplomatyczną. Dzięki pomocy mistrza inflanckiego Hermana udało mu się wytrzymać oblężenie i w krótkim czasie przystąpić do kontrofensywy.

Od lat historycy toczą spory o to, czy Jagiełło chciał zdobyć Malbork i zlikwidować państwo krzyżackie, czy też świadomie je oszczędził. Aby to ustalić, trzeba najpierw spróbować odpowiedzieć na pytanie: Jak król oceniał swoją sytuację polityczną po bitwie pod Grunwaldem? Brak jakiegokolwiek oporu ze strony Krzyżaków mógł utwierdzić go w przekonaniu, że państwo krzyżackie przestało istnieć. W przekonaniu tym utwierdzała króla postawa przedstawicieli stanów pruskich. W pierwszych dniach oblężenia Malborka przybyli złożyć mu hołd wszyscy czterej biskupi, przedstawiciele szlachty i najważniejszych miast pruskich. Dokument, który wydał król pod Malborkiem, nadający rycerzom polskim i urzędnikom poszczególne miasta i zamki krzyżackie, a swemu kuzynowi, wielkiemu księciu Litwy, Witoldowi miasto i zamek Królewiec, których nigdy Polacy nie opanowali - świadczy o całkowitym lekceważeniu przeciwnika. Określa on jednak doskonale, jak sytuację polityczną w tym momencie oceniał Jagiełło i jego najbliższe otoczenie. Była to ocena skrajnie optymistyczna.

Powinniśmy również zapytać o stosunek stanów pruskich do armii polsko-litewskiej, czyli do zwycięzców. Na początku mógł być on rzeczywiście przychylny. Jednak w miarę przedłużenia się okupacji prawdopodobnie ulegał zmianie. Według obliczeń Henryka Łowmiańskiego, ludność Prus bez ziemi chełmińskiej liczyła pod koniec XIV wieku około 270 tysięcy. Wojska Władysława Jagiełły miały prawdopodobnie nieco ponad 40 tysięcy. Utrzymanie ich przez dwa miesiące w rejonie Malborka musiało być sporym obciążeniem dla miejscowej ludności. To, że stany pruskie pomagały na początku Polakom, przysyłając proch i działa, należy traktować jako działanie we własnym interesie. Im szybciej zdobyto by Malbork, tym szybciej armia polsko-litewska wycofałaby się z Prus. Element kryminalny, który zawsze stanowi sporą część każdej armii, musiał w tak długim czasie dać się we znaki ludności cywilnej rabunkami i rozbojami. I nie dotyczy to tylko Tatarów i Litwinów, ale również Polaków. Relacja naszego kronikarza nie pozostawia tu złudzeń, gdy pisze o popełnionych rabunkach na ziemi zawkrzańskiej.

Trzecie pytanie dotyczy kwestii politycznych: Co by się stało, gdyby państwo zakonne uległo likwidacji? Najbardziej uderzyłoby to w wielkiego księcia Witolda. Układ w Krewie, zawarty przez Jagiełłę z panami polskimi, wcielał Litwę do Korony, co obszernie omówił prof. Henryk Łowmiański w swojej książce Prusy, Litwa, Krzyżacy. Tylko na skutek oporu bojarów litewskich i ruskich ten punkt traktatu nie został wcielony w życie. Wzrost znaczenia Polski w razie likwidacji państwa krzyżackiego mógł w przyszłości grozić Litwie degradacją do roli jednej z kilku dzielnic Polski. Tego nie życzył sobie z pewnością zarówno wielki książę Witold, jak i prawdopodobnie Jagiełło. Król w tym czasie nie miał jeszcze męskiego potomka, dlatego przyszłość korony Polski zależała od kilku czynników, zupełnie niezależnych od Jagiełły.

Czwarte i zarazem ostatnie pytanie dotyczy możliwości militarnych armii polsko-litewskiej w tym okresie. Główną siłę obu armii stanowiło pospolite ruszenie, które do wielomiesięcznych działań oblężniczych nie nadawało się. Wykazały to dobitnie późniejsze kampanie wojenne z lat 1414-1422 oraz wojna trzynastoletnia. Tym bardziej, że czas służby wojskowej szlachty poza granicami kraju był ograniczony, a król był zobowiązany do pokrycia ewentualnych strat i kosztów. Dlatego jedynym oparciem władcy były wojska zaciężne i chorągwie nadworne, ale te oddziały liczyły nie więcej niż około dwóch tysięcy żołnierzy. Dla okupowania skutecznie tak olbrzymiego obszaru, były to siły stanowczo za małe. Dlatego właściwą strategią było opanowanie dwóch najważniejszych szlaków komunikacyjnych państwa krzyżackiego. Pierwszy z nich to droga wiodąca ze Szczecinka przez Człuchów, Chojnice, Starogard Gdański, Nowe do Malborka. Drugi to droga wodna Wisły i Nogatu od Torunia aż do Elbląga. To ostatnie miasto miało szczególne znaczenie, gdyż w przypadku opanowania przepraw na Wiśle przez Polaków, tylko przez Elbląg można było drogą morską ściągnąć posiłki i żywność. Dlatego nic dziwnego, iż zaraz po likwidacji oblężenia Malborka Henryk von Plauen w pierwszej kolejności zlikwidował załogę polską w Elblągu. Bez panowania nad tymi dwoma szlakami komunikacyjnymi nie można było zapobiec odbudowie potencjału militarnego państwa krzyżackiego.

Król po likwidacji oblężenia stolicy Zakonu nie dążył do zabezpieczenia linii Wisły, mimo że większość nadwiślańskich miast i zamków znajdowała się w polskich rękach. Jeżeli nawet przyjąć, że przekraczało to polskie możliwości, to należało obsadzić polskimi załogami chociaż ziemię chełmińską. Miała ona dla obu walczących stron duże znaczenie strategiczne. Krzyżakom pozwalała uderzać na Kujawy i północną Wielkopolskę, gdyby główne siły polskie operowały na Pomorzu Gdańskim. Taka dywersja zmusiłaby Polaków do odwrotu. Oprócz tego Krzyżacy mogli z ziemi chełmińskiej wyprowadzić atak w głąb Polski, czyli na ziemię łęczycko-sieradzką. Z kolei dla Polaków był to doskonały obszar wypadowy w głąb Prus, a zarazem dający zabezpieczenie Kujaw i innych ziem przed agresją krzyżacką.

Ludność ziemi chełmińskiej liczyła w tym czasie ponad 60 tysięcy mieszkańców. Połowę z nich - według prof. Henryka Łowmiańskiego - stanowili Polacy. Głos decydujący mieli oczywiście mieszczanie, zwłaszcza Torunia, gdzie żywioł niemiecki był w miażdżącej przewadze, oraz szlachta, wśród której znaczący odsetek stanowili Polacy. Jagiełło co prawda obsadził kilka zamków oddziałami najemnymi, ale były to siły zbyt słabe. Na dodatek po śmierci Jaśka Sokoła, który - jak pisze Jan Długosz - został otruty przez jednego z mieszczan toruńskich rybą, zabrakło na tym terenie zdolnego dowódcy, który mógłby koordynować opór. Bez okupacji miasta Torunia i utrzymywania w tym punkcie silnego, stałego garnizonu nie było możliwości oderwania ziemi chełmińskiej od państwa zakonnego. Obsadzenie niewielką załogą zamku toruńskiego nie załatwiało niczego. Ani nie była ona w stanie zabezpieczyć przeprawy na Wiśle, ani udzielić pomocy innym załogom stojącym w pobliskich zamkach.

Jeżeli stany pruskie złożyły królowi polskiemu hołd lenny jeszcze podczas oblężenia Malborka, to należało egzekwować wszystkie swoje prawa równie bezwzględnie, jak czynili to Krzyżacy. Wypada zatem zgodzić się z sugestiami Jana Długosza, że polityka króla wobec mieszczan Torunia i Gdańska była zbyt ustępliwa i nie dała żadnych konkretnych rezultatów..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 92-97

"...Apele te i zapowiedzi podtrzymywały przede wszystkim na duchu Plauena i załogę zamku malborskiego w ich oporze przeciw żądaniom Jagiełły. Armii króla nie powiodło się okrążenie zamku i odcięcie jego załogi, gdyż swobodnie docierały do niego listy z zewnątrz, wyjeżdżali też posłowie Zakonu na południe i zachód. Dowództwu polsko-litewskiej armii zaczynało brakować inwencji w kontynuowaniu walki zbrojnej w Prusach. Nie zdołano też zrealizować koncepcji generalnego szturmu na zamek przez siedem tygodni. Co gorsza, Plauen uzyskał już w drugiej połowie sierpnia realną pomoc zbrojną od inflanckiej gałęzi Zakonu, której oddziały dotarły do wschodniej części Prus pod dowództwem marszałka krajowego Bernda von Hevelmanna. Nie była to wprawdzie liczebnie poważna pomoc, gdyż władze inflanckie bały się konfliktu z Litwą i szybko przedłużyły rozejm z nią. Dlatego też dowódcy wojsk inflanckich chętnie spotkali się nad rzeką Pasłęką (8 września) na terenie Warmii z wysłanym tam przez Jagiełłę Witoldem wraz z częścią wojsk polskich. W wyniku rozmów Witold zgodził się na dopuszczenie Hevelmanna do odegrania roli pośrednika w konflikcie pruskiej gałęzi Zakonu z Polską i Litwą, licząc na poparcie ich postulatów. Misję Hevelmanna (przed 14 września) miał ułatwić czternastodniowy rozejm, który jednak nie objął Malborka i Powiśla.

Był to polityczny błąd strony polsko-litewskiej, gdyż marszałek Hevelmann w czasie kilkudniowego pobytu w Malborku umocnił tylko Plauena w jego oporze wobec postulatów Jagiełły i Witolda, w nadziei na rychłą już pomoc z Rzeszy i Węgier. Dlatego dowództwo polsko-litewskie, pozbawione zaopatrzenia na chłodną jesień, przy szerzącej się epidemii biegunki wśród wojsk, zwłaszcza litewsko-ruskich, zdecydowało się na zwinięcie oblężenia Malborka. [...] Armia litewsko-ruska i mazowiecka odeszły spod Malborka już przed 18 września; oddziały polskie wyruszyły 19 tego miesiąca, wraz ze zdobyczą wojenną na południe..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 101-102

"...W tej sytuacji w radzie królewskiej zaczęło przeważać przekonanie, że należy przerwać oblężenie, tym bardziej że wojska zaciężne ustawicznie dopominały się o niewypłacony żołd grożąc, że przejdą na stronę Zakonu, a i szlachta, nienawykła do tak długiego oblężenia, chciała wracać do domu. 18 września odeszły wojska litewskie z Witoldem oraz książęta mazowieccy. Panowie polscy także nalegali na odwrót. Jedynie podkanclerzy Mikołaj Trąba na kolanach błagał króla, aby nie odstępować i nie tracić osiągniętego zwycięstwa. Jagiełło podjął jednak decyzję odwrotu i 19 września zwinięto oblężenie..."


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO" s. 210

ozdoba

"...Przez Kwidzyn armia polska dotarła do Sztumu, obsadzając go stałą załogą, która nękała garnizon Malborka. W jednej z zasadzek miała zrabować żołd dla zaciężnych żołnierzy Zakonu. W dniu 23 września Polacy po zaciętej walce zdobyli Radzyń Chełmiński, w którym starostą został Jaśko Sokół, dowódca załogi polsko-czeskiej. Wśród Czechów był Jan Ziżka, późniejszy bohater wojen husyckich w Czechach. Przeprawiwszy się przez Drwęcę pod Golubiem, król rozpuścił wojsko do domów..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 93

"...Poprzez pomezański Kwidzyn Jagiełło z armią doszedł do ziemi chełmińskiej, w której 21 września opanował zamek w Radzyniu i obsadził załogą pod wodzą Jaśka Sokoła z Lamberku. 24 września nastąpiła pod Golubiem przeprawa przez Drwęcę do ziemi dobrzyńskiej, gdzie wielka armia polska została rozpuszczona..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 102

Działania wojenne w 1410 roku

"...gdy rycerstwo i miasta pruskie po odejściu armii Jagiełły nabrały przekonania, iż Zakon jednak utrzyma swoją dawną pozycję władcy w Prusach. Zbyt słabe bowiem jeszcze były więzi tak społeczne, jak i gospodarcze wiążące stany pruskie z władzą polską. Dlatego - w obawie przed represjami władz krzyżackich - już od 24 września 1410 r. część poddanych pruskich zaczęła wypędzać załogi polskie, wspierając także akcję militarną, równolegle podjętą przez Plauena i marszałka inflanckiego Hevelmanna. Jej rezultatem było zajęcie przez stronę krzyżacką najpierw Starego Miasta Elbląga (miasto już przed końcem września, zamek był dłużej oblegany), następnie miasta i zamki na Powiślu w ziemi chełmińskiej oraz na Pomorzu Gdańskim. W ręku polskim po 10 października 1410 r. w ziemi chełmińskiej pozostały tylko zamki w Toruniu, Radzyniu i Brodnicy, kujawska Nieszawa i pomorska Tuchola. Dwa wielkie ośrodki Pomorza i ziemi chełmińskiej - Główne Miasto Gdańsk i Stare Miasto Toruń - zachowały neutralność, nie wpuszczając załóg krzyżackich w swoje mury. Nie skapitulował zamek w Toruniu broniony dzielnie przez załogę marszałka koronnego Zbigniewa z Brzezia. Zwycięski Plauen zamierzał też zemścić się na członkach Towarzystwa Jaszczurczego, na czele z chorążym chełmińskim Mikołajem Ryńskim. Zdołał on jednak wraz z innymi rycerzami chełmińskimi, także ze Stanisławem z Bolumina, zbiec do Polski...."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 102-103

"...W końcu września Jagiełło po przekroczeniu Drwęcy rozpuścił pospolite ruszenie do domów. Dowodzi to, że król nie zdawał sobie sprawy z grożącego niebezpieczeństwa. W tym czasie Janusz Brzozogłowy został oblężony z grupą rycerzy w Tucholi. Siły krzyżackie operowały na Pomorzu prawdopodobnie w oparciu o dwie twierdze: Chojnice i Człuchów. Oprócz tego w zamku w Świeciu broniła się jakaś niewielka grupa wojsk krzyżackich, którą dowodził brat Henryka von Plauena. Zamki krzyżackie były tak budowane, aby mogły ich bronić stosunkowo niewielkie siły 30-40 ludzi. Po otrzymaniu posiłków, dowodzący Krzyżakami wójt Nowej Marchii, Michał Kuchmeister, przystąpił do działań ofensywnych. Chcąc przywrócić połączenie ze Świeciem, obiegł Tucholę. Miała ona ważne znaczenie, gdyż załoga polska z jednej strony blokowała komunikację między Chojnicami a Świeciem, z drugiej - Polacy zagrażali głównej drodze na Pomorzu Gdańskim łączącej Malbork z Nową Marchią. Drogą tą napływały posiłki z różnych krajów dla Krzyżaków. Dla Zakonu po klęsce grunwaldzkiej są one na wagę złota. Władysław Jagiełło dość szybko zorientował się w zagrożeniu, energicznie organizując odsiecz. W jej skład weszły chorągiew nadworna oraz prywatne oddziały Sędziwoja z Ostroroga, Dobrogosta z Szamotuł oraz liczni ochotnicy.

Z relacji Długosza wynika również, iż w bitwie prawdopodobnie wzięła udział jedna z chorągwi tatarskich. Tak przynajmniej sugeruje prof. Stefan Kuczyński, z którym się wyjątkowo zgadzam. Nie będąc pewnym, czy siły te wystarczą, król wezwał z powrotem pod broń rozpuszczone już do domu rycerstwo z Kujaw, ziemi dobrzyńskiej i Wielkopolski. Aby zabezpieczyć północną Wielkopolskę, polecił obsadzić silnymi załogami nadgraniczne zamki: Nakło, Ujście, Czarnków i inne. Wojska polskie skierowane na odsiecz Tucholi miały zbierać się w Koronowie.


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 100-101

"...Oddziały Kuchmeistra, złożone ze świeżo zaciągniętych zaciężnych Zakonu i szlachty nowomarchijskiej, już w końcu września 1410 r. wkroczyły do południowej strefy Pomorza Gdańskiego i zajęły miasto Tucholę, oblegając też zamek, broniony przez starostę Janusza Brzozogłowego. Także miasto Chojnice wpadło w ręce wojsk krzyżackich. Najwyraźniej zmierzały one do połączenia się z oddziałami operującymi już na ziemi chełmińskiej, co mogło stanowić poważną groźbę dla słabych wówczas sił Jagiełły na Kujawach i Krajnie..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 103-104

Bitwa pod Koronowem 10 października 1410

"...Dlatego król wysłał w początkach października najpierw oddział około 300-400 konnych z rycerstwa nadwornego, pod komendą Piotra Niedźwiedzkiego na obsadzenie Koronowa nad Brdą, aby przeciwdziałać atakom wroga od strony miasta Tucholi, także na Bydgoszcz. Do Koronowa doszły też posiłki złożone z rycerstwa wielkopolskiego pod dowództwem wojewody brzesko-kujawskiego Macieja z Łabiszyna. Dotarł też tam z własną chorągwią wojewoda poznański Sędziwój Ostroróg, doszli też zbrojni kasztelana poznańskiego Dobrogosta z Szamotuł. Razem przed 10 października w Koronowie mogło zebrać się około 2 tysiące jazdy oraz kilkaset piechoty, także chłopskiej z dóbr klasztoru koronowskiego; obecne też zapewne były oddziały tatarskie22. Naczelne dowództwo nad całością wojsk sprawował najpewniej wojewoda poznański Sędziwój Ostroróg. Niewątpliwie za poradą wojewody Macieja z Łabiszyna i Piotra Niedźwiedzkiego zdecydował on o konieczności obrony Koronowa, tj. głównie warownego klasztoru i kościoła cysterskiego, a także miasteczka słabo tylko bronionego palisadą; naturalną linię obrony dla klasztoru i miasteczka stanowiło zakole Brdy.

Wójt Michał Küchmeister na wieść o koncentracji słabszych liczebnie oddziałów polskich w Koronowie zdecydował się uderzyć na nie. Zostawiwszy pod obleganym zamkiem w Tucholi część swoich zbrojnych, z większością ich, wynoszącą może 3500 konnych (liczba hipotetyczna), rankiem 10 października dotarł do wsi Buszkowo w pobliże Koronowa. Zwiadowcy polscy donieśli o tym dowódcom polskim. Dwaj spośród wywiadowców zapędzili się zbyt daleko i zostali schwytani przez wojska Küchmeista. Wprowadzili go w błąd informacjami, iż oddziały polskie w Koronowie stanowią zbieraninę, także chłopów i niedoświadczonych w walce osób.

Dlatego oddziały krzyżackie ruszyły dalej, podchodząc pod Koronowo od strony zachodniej, po czym zsiadłszy z koni zamierzały pieszo dojść do prawego brzegu Brdy, od strony stromej góry, zwanej Górą Łokietka, i zdobyć most. Jednak most ten był obsadzony przez piechotę polską, a jazda polska na prawym brzegu Brdy stała już uszykowana do walki. Dlatego Küchmeister zarządził odwrót swoich oddziałów, które dosiadłszy koni rzuciły się do ucieczki w kierunku zachodnim, tj. na Buszkowo-Tucholę. W ślad za nimi ruszyły z pewnym opóźnieniem oddziały jazdy polskiej, które kilka kilometrów za Koronowem doścignęły jazdę zakonną. Była ona najpierw rażona ostrzałem z łuków przez posuwające się na przedzie oddziały tatarskie, wyrządzające znaczne straty jeźdźcom zakonnym, nie wdając się jednak w bezpośrednią walkę z nimi. Po około 7 kilometrach jazda krzyżacka zatrzymała się koło wsi Łąsko, w pobliżu dzisiejszej wsi Wilcze (dawniej zwanej Nowym Łąckiem).

Tutaj, na wzgórzu pod wsią Wilcze, doszło do bitwy jazdy polskiej i krzyżackiej, przeprowadzonej w stylu typowo średniowiecznym. Jazda obu stron została bowiem ustawiona w szyku tzw. w płot, a kilkugodzinna bitwa składała się z szeregu pojedynków rycerskich. Była też ona dwukrotnie przerywana dla odpoczynku, a nawet konwersacji i wymiany jeńców. Dopiero gdy rycerz polski Jan Naszan z Ostrowic obalił z konia chorążego zakonnego i zdobył jego chorągiew, nastąpiło załamanie się linii krzyżackiego rycerstwa, które rzuciło się do ucieczki. Zginęło wówczas sporo zbrojnych z oddziałów Zakonu, na skutek pościgu tatarskich łuczników i lekkozbrojnych polskich. Sporo też dostało się do niewoli (około 300 zbrojnych), wśród nich także głównodowodzący Michał Kiichmeister. Jeńców odprowadzono do Bydgoszczy, a 15 października do Inowrocławia, gdzie Jagiełło, po ich spisaniu, celowo wypuścił ich na wolność, za cenę uwolnienia przez Zakon członków polskich załóg zamkowych. Tylko Kiichmeister został w niewoli i odesłano go do zamku w Chęcinach. Chorągiew zdobyta w bitwie zawisła - obok grunwaldzkich - w katedrze na Wawelu. Bitwa pod Łąskiem (Wilczem), nazwana bitwą pod Koronowem, nie była bitwą wielkiego formatu. Zwycięstwo w niej odniesione dawało satysfakcję stronie polskiej po niepowodzeniach ostatnich tygodni w Prusach. Znaczenie tej bitwy polegało na rozbiciu posiłkowej armii krzyżackiej, co ograniczyć musiało ofensywność innych działań grup Plauena i ułatwić ponowne przejęcie inicjatywy przez stronę polską..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 103-104

Przebieg bitwy zaczerpnięty z książki Witolda Mikołajczaka "Grunwald 1410. Krok od klęski"
ozdoba
Bitwa pod Tucholą 28 października 1410

"...kampania wojenna na Pomorzu skończyła się niepowodzeniem. Zamiast uwolnić z oblężenia Tucholę, gdzie bronił się Janusz Brzozogłowy, Polacy wycofali się z jeńcami do Bydgoszczy. Przyczyniło się to do kapitulacji Tucholi, za sprawą podstępu i zdrady jednego z rycerzy polskich, Nawira, pochodzącego z ziemi dobrzyńskiej. Według relacji Długosza, drugiego dnia po stoczeniu bitwy Krzyżacy oblegający Tucholę przyprowadzili do Janusza Brzozogłowego kilkunastu ludzi zbrojnych i umiejących mówić po polsku; wśród nich był ów zdrajca Nawir. Miał on założyć na głowę zawojkę perłami tkaną, która miała należeć do rycerza Mikołaja Powały z Taczowa. Podczas bitwy, gdy został zwalony z konia, jeden z Niemców miał mu ją zedrzeć z głowy. Przedstawiając go Brzozogłowemu jako Mikołaja Powałę z Taczowa, wmówili mu, że wojska królewskie poniosły porażkę. Gdy Nawir potwierdził słowa Krzyżaków, załamany tą informacją starosta bydgoski zgodził się oddać zamek Krzyżakom na honorowych warunkach.

Trudno ocenić, na ile prawdziwa jest ta historia przytoczona przez Długosza. Trzeba by założyć, że Mikołaj Powała z Taczowa, rycerz nadworny króla Jagiełły, nie znał się z Januszem Brzozogłowym. Co prawda starosta bydgoski kilka lat spędził na dworze Zygmunta Luksemburczyka, jednak po powrocie do Polski, zanim ruszył do Bydgoszczy, przez pewien czas przebywał w Krakowie. Dlatego sądzę, że obaj znali się i w całej tej historii jest więcej legendy niż prawdy. Zdobywając Tucholę, Krzyżacy przywrócili komunikację ze Świeciem oraz zlikwidowali zagrożenie przecięcia głównej drogi łączącej Malbork z Nową Marchią i krajami niemieckimi. Henryk von Plauen natychmiast wykorzystał ten sukces, obsadzając Tucholę zaciężnymi rycerzami, na których czele mieli stać biskup wireburski Eberhard oraz książę ziębicki Jan, obaj ze Śląska. Potwierdza to wcześniejsze informacje Jana Długosza o dużej liczbie Ślązaków i Czechów służących w wojskach Zakonu Krzyżackiego.

Jagiełło doceniał niebezpieczeństwo ze strony wojsk krzyżackich skoncentrowanych na Pomorzu Gdańskim. Dlatego cały czas przebywał na Kujawach i północnej Wielkopolsce, zwołując pospolite ruszenie z ziem: poznańskiej, wieluńskiej, łęczyckiej, dobrzyńskiej, kujawskiej i sieradzkiej, wyznaczając Bydgoszcz na miejsce koncentracji Wojska te podzielono na dwanaście chorągwi; na czele tej armii stanął Piotr Szafraniec. Była to dość dziwna nominacja, gdyż większość chorągwi sformowali Wielkopolanie, a Piotr Szafraniec pochodził z Małopolski. Być może za tą nominacją kryło się niezadowolenie króla z poprzednich wodzów. Niestety i nowy dowódca nie spełnił nadziei króla na odzyskanie Tucholi.

Mimo że wojska królewskie zadały klęskę najemnikom krzyżackim pod samą Tucholą, to jednak, na skutek nieudolności dowódcy, zamku nie zdobyły. Według kronikarza, miano wziąć do niewoli pięciu dowódców krzyżackich: Jana Kolowrota, Jana Zająca, Henryka Malowieca (wszyscy trzej byli Czechami) oraz Hedwarda Reidburga Ślązaka i Henryka von Zeben Łużyczanina, zagarniając również ich tabor. Przyczyna niepodjęcia walki o Tucholę była bardzo prozaiczna. Szukając miejsca na obóz zabłądzono, klucząc całą noc wokół zamku. W końcu rano zmęczeni stanęli nieopodal Tucholi. Wtedy dowódca wyprawy Piotr Szafraniec postanowił powrócić do Bydgoszczy. Z powyższego przekazu naszego kronikarza wynika, że to Bory Tucholskie pokonały polskie wojska na Pomorzu.

Jagiełło, który miał się o tym dowiedzieć od znanego intryganta, Gniewosza z Dalewic, usiłował temu zaradzić. Przybył jednak do Bydgoszczy zbyt późno i nie zdołał zapobiec rozejściu się pospolitego ruszenia. Należy wątpić w przewagę liczebną Krzyżaków pod Tucholą. Polacy sformowali, jak podaje Długosz, 12 chorągwi, czyli około 5 - 6 tysięcy ludzi. Siły obu stron pod Tucholą były raczej wyrównane. O porażce wojsk Zakonu zadecydował raczej fakt, że ich dowódcy i żołnierze nie otrząsnęli się jeszcze po klęsce pod Koronowem. Dobrze o Jagielle jako wodzu świadczy fakt, że dążył do przejęcia inicjatywy. Król zrobił wszystko, żeby odzyskać Tucholę, niestety zwiedli go całkowicie dowódcy, którzy wygrywając bitwy nie bardzo wiedzieli, co dalej czynić. [...]

Ledwo Polacy zniszczyli jeden korpus krzyżacki pod Koronowem 10 października, a już pod Tucholą zdołał w ciągu dwóch tygodni powstać następny kilkutysięczny korpus wojsk zakonnych. Według Długosza bitwa pod Tucholą miała się odbyć 28 października 1410 roku. Wydaje mi się, że pod Koronowem Polacy walczyli z tymi siłami krzyżackimi, które zadały klęskę Maciejowi z Wąsoczy, wzmocnionymi przez ochotników z Węgier, Czech, Śląska oraz Europy Zachodniej. Natomiast dopiero pod Tucholą rozbili główne siły zaciężników krzyżackich, o czym świadczą nazwiska pięciu rotmistrzów wziętych do niewoli w tej bitwie..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 104-007

"...Dlatego Jagiełło, zebrawszy większe siły szlachty wielkopolsko-kujawskiej i wojsk nadwornych na czele z Piotrem Szafrańcem, zainicjował wypad ich pod pomorską Tucholę, pod którą 5 listopada siły polskie pokonały oddziały krzyżackie operujące w tym regionie. Ale i ten lokalny sukces nie zdołał zmienić sytuacji na Pomorzu Gdańskim i usunąć zagrożenia północnych Kujaw..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 104

ozdoba

"...Po odprawieniu znaczniejszych jeńców, działania wojenne na Pomorzu prawie ustały. Ostatnim działaniem zaczepnym strony polskiej na tym obszarze był rajd łupieski Sędziwoja z Ostroroga, który zdobył Nowe nad Wisłą oraz złupił kilkadziesiąt wsi.

Krzyżacy odpowiedzieli zdobyciem i spaleniem Koronowa i kilku okolicznych wsi..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 106

"...Po klęsce pod Tucholą Henryk von Plauen przerzucił swoje siły A z Pomorza Gdańskiego do Prus, gdzie obiegł zamek Sztum broniony przez Jędrzeja Brochockiego. Po sześciu tygodniach oblężenia rozpoczęto pertraktacje. Ponieważ nie było szans na odsiecz, zdecydowano się kapitulować na honorowych warunkach. W ich wyniku załoga Sztumu, jak i pobliskiego Morąga mogły wrócić z bronią do kraju. Następnie armia krzyżacka obiegła Radzyń. Tu jednak doznała niepowodzenia. Kilka prób zdobycia zamku siłą nie przyniosło Krzyżakom sukcesu. Dlatego wielki mistrz Henryk von Plauen odstąpił od zamku, pozostawiając w samym mieście rannych i niewielką załogę. Załoga polska otrzymawszy posiłki z Brodnicy, uderzyła na miasto, zdobywając je i łupiąc. W tym czasie Gdańsk i Toruń przeszły na stronę wielkiego mistrza. Jedynie zamek toruński nadal obsadzali Polacy, czyniąc liczne wypady przeciw oblegającym wojskom krzyżackim. Dla odciążenia załóg polskich w Radzyniu Chełmińskim i Toruniu król zwołał ponownie pospolite ruszenie z Wielkopolski, Kujaw, ziemi łęczyckiej, sieradzkiej i dobrzyńskiej. Wojska te pod dowództwem wojewody poznańskiego Sędziwoja z Ostroroga ponownie uderzyły na Pomorze. Wyprawa ta miała jedynie charakter łupieżczy i żadnych trwałych efektów nie mogła przynieść..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 108

"...Sytuacja strony polskiej pogorszyła się, gdy po wyborze Henryka von Plauena na wielkiego mistrza (9 XI 1410 r.) udał się on z większymi siłami zbrojnymi, także inflanckimi, z Malborka do ziemi chełmińskiej, docierając do linii Wisły i Drwęcy i zagrażając także ziemi dobrzyńskiej. 28 listopada doszło do większej potyczki oddziałów polskich z ziemi dobrzyńskiej z załogą inflancką rezydującą na zamku w Golubiu nad Drwęcą..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 109

Bitwa pod Golubiem 28 listopada 1410

"...Mistrz inflancki Herman von Wintkinsench, spiesząc Henrykowi von Plauenowi na pomoc, zebrał dość znaczne siły. Nasz kronikarz, z właściwą sobie przesadą, tak to opisuje: „[...] zebrał on liczne i potężne wojsko z rozmaitych narodów i przybył z niemi do Prus. Wysławszy zaś czoło rycerstwa swego do Golubia, aby mu łatwiej było z bliska trapić najazdami przyległą ziemię dobrzyńską, sam zaś z licznym pocztem pozostał w Malborku. O czym gdy się dowiedzieli Polacy, postawieni na straży w Bobrownikach i Rypinie, ściągnąwszy z obydwóch miejsc nieco rycerstwa, zebrali dość szczupły zastęp, nad którym Dobiesław Puchała z Wągri (czyli dzisiejszego Wągrowca) herbu Wieniawa przyjąwszy dowództwo ruszył śmiało ku Golubiowi.

Dobiesław Puchała z Wągri lub Wągrów, jak pisze Długosz, figuruje u kronikarza wśród rycerzy, którzy szczególnie wyróżnili się męstwem w bitwie pod Koronowem. Dalej Długosz pisze, że gdy tylko Polacy zbliżyli się do Golubia, Dobiesław Puchała rozstawił swoje wojska w odpowiednim miejscu na zasadzce. Natomiast część swoich sił wysłał na łupiestwo i zabieranie dobytku pod samymi bramami miasta. „Kiedy więc drużyna ta rozpuściwszy pożogi i grabieże poczęła wszystkie trzody na pasze z miasta wypędzone zagarniać wojsko inflanckie świetnym połyskując orężem, a silne liczbą i męstwem, wypada z miasta i za ową drużyną Polaków, udających popłoch i ucieczkę, pędzi aż do miejsca, kędy utajone były zasadzki. A wtem wysuwa się wojsko polskie, a uderzywszy z tylu na nieprzyjaciela, gromi go, poraża i rozprasza.

Według dalszej relacji Długosza, liczba jeńców wziętych pod Golubiem była czterokrotnie większa niż Polaków biorących udział w tej walce. Jeńców odprowadzono do Brześcia Kujawskiego. Rycerzy i mnichów Zakonu król kazał uwięzić, natomiast obcych rycerzy - na słowo honoru - wypuścić z niewoli. Jagiełło uwalniając rycerzy z Europy Zachodniej służących ochotniczo w armii krzyżackiej z pewnością postępował bardzo mądrze. Większość z nich nie zachęcała już swoich ziomków do wstępowania w szeregi armii krzyżackiej..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 109-110

ozdoba

"...Ale i ta, zgoła nieznaczna, tzw. bitwa pod Golubiem nie miała wpłynąć decydująco na przebieg działań wojennych. Co gorsza, niewątpliwie sukces Zakonu stanowił wypad sił zbrojnych Zygmunta Luksemburskiego ze Słowacji do Małopolski w rejonie Starego i Nowego Sącza w połowie października 1410 r., przy czym realna była też dalsza dywersja. Wieści o tych akcjach podtrzymywały na duchu dowództwo krzyżackie, a wpływały na pokojowe dążenia Jagiełły, obawiającego się groźby walki na dwa fronty - na północy i południu..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 109

"...Dlatego obie strony: Polska-Litwa i Zakon, zaczęły skłaniać się do rozejmu, który zawarto 9 grudnia 1410 r. w kujawskim zamku Nieszawie, mającym trwać od 14 grudnia 1410 do 11 stycznia 1411 r., przy zachowaniu przez stronę polską władzy nad zamkami w Brodnicy, Radzyniu, Toruniu i Nieszawie. Jednocześnie Jagiełło złożył formalne gratulacje Plauenowi z racji jego wyboru na wielkiego mistrza, co oznaczało, iż Polska uznaje już w nim nowego zwierzchnika Zakonu, a także Prus Krzyżackich. Doszło też do spotkania obu władców na zamku biskupów włocławskich w kujawskim Raciążku (około 10-13 grudnia). Jednak Plauen - nie zamierzając obecnie pójść na żadne ustępstwa - proponował tylko przedłożenie sporu polsko-krzyżackiego pod sąd rozjemczy jednego z obcych książąt, co Jagiełło zdecydowanie odrzucił..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 105

"...Gdy 14 stycznia rozejmu nie przedłużono - w odpowiedzi na rozpoczęcie nowych kroków wojennych przez Krzyżaków Janusz Brzozogłowy poprowadził wypad pod sam Toruń, pod Popowo, i uprowadził znaczną liczbę koni wielkiego mistrza i jego zaciężników, podpalając budynki..."


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 112

"...Obie strony, jeszcze w czasie trwania rozejmu, zaczęły gromadzić zimową porą nowe siły. Na Kujawach Jagiełło zebrał znaczniejsze oddziały pospolitego ruszenia, a około 18 stycznia 1411 r. dotarł tam także Witold z siłami litewsko-ruskimi. Obóz polski i litewski zostały rozbite w lesie koło Raciążka. Również Plauen rozpoczął akcję przygotowawczą do dalszej wojny, apelując do władców europejskich o pomoc w walce z Jagiełłą, wspieranym przez „niewiernych", z Tatarami na czele, a Zakon jest przecież dla chrześcijaństwa zachodniego „murem obronnym i silną tarczą pokoju"..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 105-106

"...Zaangażowanie Żmudzinów w „wielkiej wojnie" (1409-1411) przejawiało się niewątpliwie też m.in. w blokadzie Żmudzi. Była ona ważna, bowiem miała uniemożliwić przemarsz posiłkom krzyżackim z Inflant do Prus drogą lądową. Zorganizowali ją bracia Wolimuntowicze: Rumbold oraz Kieżgajło (Michał). Blokada zapewne istniała przez cały czas wojny, choć nie wiadomo, na ile była ona skuteczną przeszkodą dla Inflantczyków, zwłaszcza że można ją było ominąć drogą morską..."


Fragment książki: Marek Radoch - "Walki Zakonu Krzyżackiego o Żmudź od połowy XIII wieku do 1411 roku" s. 322

"...Polska zagrożona walką na północy i południu skłaniała się do pokoju; wielki mistrz zaś nie otrzymał wsparcia dla swojej wojennej polityki nawet u władz Zakonu. Dlatego zostały podjęte rokowania pokojowe na ostrowie wiślanym pod Toruniem w ciągu stycznia 1411 r., przy kilkakrotnym przedłużaniu rozejmu, ale i przy okresowych starciach nadgranicznych. Jagiełło i Witold przebywali w obozie pod Raciążkiem, a wielki mistrz - w mieście Toruniu wraz z mistrzami niemieckim i inflanckim, którzy naciskali na wojowniczego Plauena, aby sfinalizować pokój.

W atmosferze wzajemnej nieufności zawarto jednak w Toruniu 1 lutego 1411 r. traktat pokojowy między Jagiełłą i Witoldem a Zakonem Krzyżackim w Prusach. Warunki jego były odbiciem aktualnej sytuacji, w jakiej Polska-Litwa znalazły się wpół roku po grunwaldzkiej wiktorii, zwłaszcza po ponownym przejściu większości stanów pruskich na stronę Zakonu, bądź zajęciu przez część z nich postawy neutralnej (Główne Miasto Gdańsk, Stare Miasto Toruń). Wielki mistrz odzyskał też podstawę do dalszej walki przy pomocy gałęzi niemieckiej i inflanckiej, a także władcy Węgier, zarazem już króla rzymskiego Zygmunta Luksemburskiego.

W traktacie toruńskim nie było więc już mowy o likwidacji panowania Zakonu, czy poddania większości ziem pomorsko-pruskich Polsce i Litwie, lecz głównie o Żmudzi - zasadniczym celu walki polsko-litewskiej przed 15 lipca 1410 r. Czwarty punkt układu toruńskiego stwierdzał bowiem, iż tak Jagiełło, jak i Witold mają prawo dożywotnio posiadać Żmudź, chociaż po ich zgonie miała wrócić bez przeszkód pod władze Zakonu. Natomiast inne zamki, miasta i ziemie zdobyte przez obie strony, miały wrócić natychmiast pod uprzednią władzę, a więc ziemia dobrzyńska do Polski, a zamki i miasta chełmińskie i pomorskie oraz Nieszawa do Zakonu. Przy wyraźnej kompromisowości punktu dotyczącego Żmudzi, pozostawiał on ją jednak pod władzą Litwy, która przecież dobrowolnie nie zgodziłaby się na jej oddanie władzy krzyżackiej. Dlatego można powiedzieć, że założenia traktatu toruńskiego 1411 r. w znacznej mierze realizowały pierwotne cele kampanii zbrojnej polsko-litewskiej, oczywiście pod wpływem zwycięstwa grunwaldzkiego, którego rezultaty urzeczywistniały się w tej wymuszonej faktycznie cesji ze Żmudzi przez stronę krzyżacką.

Traktat zwalniał wszystkich jeńców obu stron, likwidując dotąd wypłacone okupy. Przekazywał spory o Drezdenko i Santok do ewentualnego rozstrzygnięcia przez 12 arbitrów, podobnie jak zatargi graniczne Zakonu z książętami mazowieckimi, czy Polską. Wszyscy zbiegowie z obu stron mieli prawo powrotu do swoich dóbr (jaknp. jaszczurkowcy z ziemi chełmińskiej), także biskup warmiński, którego Plauen wyraźnie nienawidził za jego odstępstwo od zwierzchniej władzy Zakonu.

Zakon został też zobowiązany do zapłacenia Polsce kwoty 100 tysięcy kop groszy czeskich, tytułem wykupu wszystkich jeńców, z których większość oczywiście została zabrana w bitwie grunwaldzkiej. Była to kwota stosunkowo wysoka, zwłaszcza dla zrujnowanych wojną finansów Zakonu i zapłacenie jej długo ciążyło na jego władzach. Było to zobowiązanie wymuszone przez stronę polską, a wspierane żądaniami zaciężnych Zakonu, którzy znaleźli się w niewoli polsko-litewskiej..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 106-107

"...Czy traktat toruński 1411 r. był istotnie „niewygranym pokojem" dla Polski-Litwy, jak twierdzi większość badaczy? Niewątpliwie nie, gdyż dawał w końcu, przynajmniej w znacznej mierze to „o co się Polska-Litwa biła" od jesieni 1409 r., tj. uwolnienie Żmudzi, a także ziemi dobrzyńskiej i odparcie zagrożenia Kujaw i północnego Mazowsza. Realizacja tych celów - powtórzmy to raz jeszcze - była możliwa tylko dzięki następstwom zwycięstwa grunwaldzkiego, które wyraźnie wpłynęły na gotowość Plauena na ugody z Polską-Litwą. Traktat toruński 1411 r. istotnie więc dokumentował fakt cofania się Zakonu z jego dotychczas niepodważonej pozycji nad Bałtykiem i zahamowanie jego ekspansji wobec ziem Litwy i Królestwa Polskiego..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 107

"...Mimo wszystko pokój toruński przyniósł też doraźne korzyści polityczne. Po raz pierwszy Krzyżacy przyznali się do przegranej wojny, zwracali ziemię dobrzyńską i Żmudź oraz godzili się na zapłacenie odszkodowania, czyli spełniali warunki, które stawiał Jagiełło przed bitwą. Pokój toruński kładł tamę dalszej ekspansji Zakonu na ziemie Polski i Litwy. Od tej chwili Zakon będzie ze zmiennym szczęściem walczył tylko o utrzymanie swego stanu posiadania. Z wojny Zakon wyszedł zrujnowany gospodarczo i rozbity militarnie. Zwycięstwo Polski i Litwy zahamowało też przyjazdy zachodniego rycerstwa do Prus, a tym samym faktoria Europy na wschodzie przestała być atrakcyjna dla Rzeszy. Po Grunwaldzie niepokonana dotąd ostoja chrześcijaństwa i zbrojne ramię niemczyzny na północnym wschodzie Europy zostało złamane przez siłę polityczną, na której czele stał pogardzany i obrażany przez Krzyżaków jako barbarzyńca i fałszywy chrześcijanin Jagiełło. W stosunkach Polski i Litwy z Zakonem otwierała się nowa karta, a pozycja króla Władysława II w kraju i w Europie niepomiernie wzrosła..."


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO" s. 212

Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości