ozdoba

BUNT LUDOLFA W NIEMCZECH
953-955

ozdoba

Przedsięwzięta jesienią 951 roku wyprawa Ottona I do Italii zakończyła się ogromnym sukcesem. Germański władca nie dość, że zdobył lokalną koronę, to na dodatek otrzymał rękę młodej i bogatej Adelajdy, wdowy po zmarłym królu Lombardii. W wyprawie teutońskiego żywiołu uczestniczyło dwóch spokrewnionych z Ottonem I rywali konkurujących o względy władcy. Pierwszym z nich był Ludolf Szwabski - syn, a drugim Henryk Bawarski - brat niemieckiego króla. Drugi z nich był kosztem pierwszego ostentacyjnie faworyzowany, między innymi otrzymując ziemie w północno-wschodniej Italii.

"...Jeszcze w Italii, gdy wszyscy cieszyli się nowo zdobytą koroną, młodą królową i pomyślnym dla Ottona rozwojem sytuacji, Ludolfowi puściły nerwy. Oliwy do ognia dolało królewskie rozporządzenie, w którym odebrano mu grafostwo Chur na rzecz tamtejszego biskupa Hartberta. Doprowadzony do ostateczności (jeszcze) następca tronu pospiesznie opuścił w gniewie ojcowski dwór w Pawii i pognał przez Alpy do Niemiec..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 75

Ludolf rozejrzał się po królestwie i znalazł więcej prominentnych osobistości, mających swoje powody do rebelii przeciwko królowi. Należał do nich na pewno Konrad Czerwony, którego kariera została raptem przerwana sukcesami Henryka. Książę Bawarii zastąpił księcia Lotaryngii na pozycji królewskiego zausznika i pierwszego doradcy [...], a to dla zięcia Ottona był powód do niezadowolenia. Chętni do natychmiastowej zwady byli członkowie rodu Luitpoldingów z Bawarii z palatynem Arnulfem na czele. Również wśród saskich możnowładców potworzyły się grupki niezadowolonych z autorytarnych rządów Ottona, o wiecznym rebeliancie Wichmanie Młodszym i jego bracie Ekbercie Jednookim nie wspominając. Nie zabrakło skorych do buntu wśród najwyższych dostojników Kościoła, z arcybiskupem Moguncji Fryderykiem na czele. To tylko główne postacie rodzącego się buntu..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 75

"...Do przesilenia doszło w marcu 953 roku, gdy Ludolf i Konrad publicznie zbuntowali się przeciw Ottonowi w Ingelheim nad Renem. Ludolf wraz z poplecznikami planowali zamach na Ottona, najpewniej by go uwięzić i wymusić dogodne dla siebie zmiany. Do zamachu miało dojść właśnie w Ingelheim nad Renem, ale Otto wyczuł niebezpieczeństwo i ukrył się w Moguncji. Tam też podążyli rebelianci, tuszując poprzednie zachowanie chęcią pojednawczych rozmów. Otto przystał na ich propozycje, podpisując nawet podobno niektóre wiążące dokumenty, ale tak naprawdę to chodziło mu o wyrwanie się cało i zdrowo z Moguncji. Tym bardziej że wyczuł, iż również arcybiskup Fryderyk sprzyja Ludolfowi. W tej sytuacji Otto gotów był pójść na każde ustępstwo, byleby tylko nie sprowokować rozgorączkowanych rebeliantów do uwięzienia go. Z Moguncji udał się szybko statkiem do Kolonii, lecz, nie czując się tam bezpiecznie, pospiesznie pojechał dalej, do Dortmundu i Quedlinburga. Dopiero tam odwołał wszystkie podpisane w Moguncji dokumenty, tłumacząc się, że do ich podpisania został przymuszony. Jednocześnie ogłosił, że Ludolf i Konrad mają zostać ujęci i dostarczeni przed jego oblicze, inaczej zostaną uznani za wrogów królestwa..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 76

"...Gdy Ottonowi zabrakło argumentów na dyplomatyczne załagodzenie konfliktu, doszło do otwartej wojny domowej. Rozpoczęły się chaotyczne gonitwy, narady i pościgi w siedzibach królewskich, w Moguncji, Dortmundzie, Ingelheimie i Fritzlarze. Niemcy podzieliły się na dwa obozy, wielkie armie przetaczały się we wszystkich kierunkach, staczano krwawe bitwy, miasta padały pod wpływem oblężeń i szturmów — wojna domowa zaczęła zbierać krwawe żniwo. Otto zapewnił sobie przede wszystkim poparcie możnych Lotaryngii, niezadowolonych z rządów Konrada Czerwonego. W Bawarii po jego stronie stał brat Henryk oraz biskup Augsburga Ulryk. W Saksonii, po początkowych kłopotach, przeciągnął na swą stronę większość możnych..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 76-77

"...Pierwszy uderzył Otto I. Zebrawszy armię, wyruszył najpierw pospiesznie do Lotaryngii, by podtrzymać opozycję przeciwko Konradowi i zlikwidować nieliczne punkty oporu rebeliantów. Bez problemu zdobył wszystkie warownie i w krótkim czasie cała Lotaryngia została oczyszczona z buntowników. Teraz król zdecydował się na oblężenie Moguncji, gdzie arcybiskup Fryderyk stanowczo opowiedział się po stronie Ludolfa. Siły królewskie oblegały Moguncję przez dwa miesiące, pod murami miasta w obozie królewskim oprócz Ottona znajdował się również jego brat Henryk. W mieście twardo bronili się Ludolf i Konrad. Według kronikarza Widukinda w trakcie pierwszego szturmu rozpętało się piekło gorsze od wszystkich innych konfliktów: „Tutaj rozgorzała walka gorsza od wojny domowej i boleśniejsza od każdego nieszczęścia. Przeciwko murom podtoczono wiele maszyn oblężniczych, które zniszczyli lub spalili obrońcy. Często zmagano się pod bramami..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 77

"...Podobno Ludolf wykazał nieprzeciętne talenty militarne, coraz więcej chętnych zdążało więc do jego obozu. Doszło do tego, że nawet w Saksonii zawiązała się grupa rebeliantów pod wodzą Wichmana Młodszego (aczkolwiek kierowały nim raczej względy osobiste), co zawiadującemu Saksonią Hermannowi Billungowi (wujowi Wichmana) kompletnie związało ręce. Walcząc z przebiegłym Wichmanem i jednocześnie Słowianami połabskimi, Hermann nie mógł przysłać Ottonowi pod Moguncję tak potrzebnych posiłków z Saksonii. W tej sytuacji obie strony konfliktu zdecydowały się na rozmowy. Ale nawet osobiste spotkanie Ottona z Ludolfem pod murami Moguncji nie dało rezultatów. Zdaniem większości buntowników spór można było rozwiązać natychmiast, gdyby tylko Otto przestał forować brata Henryka. Ten zaś w trakcie pertraktacji szelmowsko prowokował słownie Ludolfa i Konrada, licząc, że gorące głowy dadzą się ponieść emocjom. Wyzwał nawet Ludolfa na osobistą walkę, tylko pomiędzy nimi dwoma, wyłączając z wojny domowej króla..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 77-78

"...Henryk dopiął swego zachowaniem i rozmowy zostały zerwane, tym bardziej że Ludolf wystąpił z żądaniami nie do zaakceptowania, jak np. przyrzeczenie niekaralności dla wszystkich swych popleczników na wypadek zawarcia pokoju. Oblężenie Moguncji trwało więc dalej. Dla Ottona sytuacja zaczynała być coraz trudniejsza, zwłaszcza że po przerwaniu rokowań większość możnych z królewskiego obozu wyraziła głębokie niezadowolenie z powodu walki Henryka o przetrwanie na książęcym tronie Bawarii. W tym czasie z Bawarii dotarły wielce niepokojące wieści: palatyn Ratyzbony Arnulf z rodu Luitpoldingów rozpętał niepokoje, przyłączając się do buntu Ludolfa. Na wieść o tym Ludolf umknął potajemnie z Moguncji, zostawiając tam Konrada Czerwonego na czele 20-30 tys. obrońców. Sam zaś pognał do Bawarii, by osobiście dopilnować zarzewia nowej rewolty..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 78

"...Zrezygnowany Otto po pięciu bezowocnych miesiącach oblężenia zwinął je, odstąpił od Moguncji i rozpuścił okazujące już niezadowolone wojsko. Następnie, szybko zmobilizowawszy nową armię, złożoną głównie z królewskich oddziałów, podążył do Bawarii, by tam dopaść ponownie Ludolfa. Po drodze dołączali do niego wasale ze swymi kontyngentami zbrojnymi. Mimo to wprowadzona przez Ottona do Bawarii armia okazała się zbyt mała, aby przystąpić do decydujących bitew czy szturmów, ale jednak wystarczająco groźna, by buntownicy pochowali się w warowniach. W grudniu 953 roku zrezygnowany król wycofał się do Saksonii, odkładając walki na następny rok..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 78

"...Tymczasem w Lotaryngii rozwój wypadków wciąż sprzyjał partii królewskiej. Broniły się jeszcze tylko nieliczne punkty oporu wierne Konradowi, którego Otto pozbawił godności książęcej, przekazując Lotaryngię pod zarząd swemu najmłodszemu bratu Brunonowi, arcybiskupowi Kolonii. Ostatnim zrywem Konrada była próba zdobycia i utrzymania Metzu. Udało mu się nawet podstępem wprowadzić do miasta swe wojska. Lecz nie mając poparcia ani zwykłych mieszkańców, ani miejskich notabli, opuścił pospiesznie Metz, po czym wycofał się do swoich dóbr rodzinnych w okolicach Wormacji..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 78-79

"...W tej sytuacji, w środku zamieszania nagle na scenie pojawili się ponownie Węgrzy. Pierwsze zagony węgierskiej konnicy zaczęły przenikać na przygraniczne obszary Bawarii w marcu 954 roku. Niebawem pojawiła się główna armia z horka Bulcsu na czele — tysiące żądnych wojny, łupów i bitewnej sławy konnych łuczników. Co ciekawe, kroniki nie zanotowały żadnych wielkich spustoszeń w Bawarii, tak jakby oddziały węgierskie odbywały podróż po gościnnej krainie. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy było to, że Bawaria przedstawiała opłakany widok, była wyniszczona toczącą się wojną domową, ogołocona z zapasów, a więc nieprzydatna dla tysięcy wygłodniałych wojowników. Nie da się jednak ukryć drugiego powodu bezkolizyjnego przemarszu węgierskich wojsk: bawarscy rebelianci kolaborowali z Węgrami i nie tylko nie utrudniali im przejścia przez swoje tereny, ale nawet przydzielali przewodników. Z tego powodu do dzisiaj wśród historyków trwają dysputy, czy Węgrów zaprosił Ludolf (jako główny przywódca powstania), czy też Henryk, chcąc napuścić Węgrów na Szwabię, siedzibę Ludolfa? A może Węgrzy wtargnęli z własnej inicjatywy, zachęceni wojną domową, i dopiero w trakcie najazdu spotkali się z życzliwością buntowników? Wersja z Henrykiem wydaje się najmniej prawdopodobna. Cóż miałby z tego główny poplecznik Ottona, który ostatnimi czasy wielokrotnie zwyciężał Węgrów w krwawych bitwach?..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 79

"...Otto natychmiast zebrał w Saksonii potężną armię i jeszcze na początku lutego wyruszył na południe Niemiec z zamiarem odparcia węgierskiego najazdu. Ale dotarł do Bawarii za późno, w tym czasie Węgrzy przeniknęli już do Szwabii. Nie przeszkodziło to Ottonowi wykorzystać przyprowadzonej armii do zgnębienia bawarskich buntowników, ukrywających się głównie w Ratyzbonie. Węgrzy tymczasem przemaszerowali spokojnie przez Szwabię, gdzie już otwarcie otrzymali poparcie Ludolfa. Książę obdarował ich podarkami i przydzielił przewodników, którzy mieli bezpiecznie doprowadzić węgierską armię na obszary nadreńskiej części Frankonii, pod opiekę Konrada Czerwonego. Ale Węgrzy, jak to zwykle podczas najazdu, nie mogli całkowicie pozbyć się starych przyzwyczajeń i narobili nieco spustoszeń w domenach Ludolfa. Pechowcem okazał się poddany księcia, graf Sualafelde imieniem Ernst. Węgrzy doszczętnie zniszczyli jego posiadłości i uprowadzili w niewolę tysiąc rodzin..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 80

"...U Konrada w Wormacji spotkało ich iście królewskie przywitanie. Na uroczystym przyjęciu cały zastęp ważniejszych i pomniejszych węgierskich wodzów na czele z Bulcsu przyjęto z wielkimi honorami, obdarowano bogatymi podarkami i zawarto układ. Konrad najwyraźniej mścił się na Ottonie za doznane zniewagi, przede wszystkim za pozbawienie go księstwa Lotaryngii. W tym celu zawarł z najeźdźcami formalny pakt, zobowiązujący ich do napaści na księstwo którym do niedawna władał, i rozprawienie się na początek z dwoma najzagorzalszymi sojusznikami Ottona — jego bratem Brunonem i grafem Reginarem Długą Szyją. Konrad towarzyszył Węgrom aż do górnego biegu Mozy, skąd ci z wielką ochotą rozpoczęli łupienie Lotaryngii..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 80

"...Na pierwszy ogień poszło biskupstwo w Maastricht i słynny już wtedy klasztor w Górze. Węgrzy próbowali szturmu na ufortyfikowany klasztor, licząc na sukces z powodu renowacji murów obronnych. Inne oddziały węgierskiej konnicy zahaczyły o Kolonię, zdewastowały obszary wokół Haspengau i dotarły do Kohlenwald. W Gembloux jeden z założycieli tamtejszego klasztoru, późniejszy święty imieniem Wigbert von Darnau, wyszedł naprzeciwko nadciągającym Węgrom i próbował ich nawracać na chrześcijaństwo, co mu się nawet w paru przypadkach udało. Pod koniec marca 954 roku węgierskie oddziały dotarły pod klasztor w Lobbes, gdzie rozpoczęto pertraktacje z mnichami. Bracia zakonni, chcąc zapobiec zniszczeniom, w zamian za odstąpienie od szturmu wypłacili napastnikom 200 złotych solidów. Mimo to Węgrzy 2 kwietnia zaatakowali klasztor, ale spotkali się z twardą obroną tamtejszego garnizonu złożonego w dużej części z agrarii milites, miejscowych wojowników. Najeźdźcy nie mieli szczęścia, gdyż podczas szturmu nastąpiła ulewa i w strugach deszczu kompletnie zawiodły ich łuki..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 80-81

"...Niezadowoleni z porażki opuścili okolicę i pognali na południowy zachód, gdzie leżało bogate miasto Cambrai, siedziba biskupa. Do szturmu na Cambrai przystąpili 6 kwietnia i kontynuowali atak nieprzerwanie przez trzy dni, obrzucając miasto chmarą płonących strzał. Tymczasem kierujący obroną biskup Fulbert odważył się na wypad, podczas którego Węgrzy doznali porażki i stracili w walce jednego z przywódców. Jakby tego było mało, obrońcy Cambrai odcięli głowę poległego węgierskiego wojownika, nabili na włócznię i wystawili na widok na szczycie murów obronnych. To rozwścieczyło Bulcsu, który zażądał wydania głowy pechowca, lecz pewni siebie mieszkańcy Cambrai w odpowiedzi zaczęli stroić sobie z niego niewybredne żarty. Węgrzy ponownie rzucili się do ataku, lecz bezskutecznie. Ostatecznie odstąpili od Cambrai, ale w celu powetowania strat i podreparowania utraconego honoru spalili doszczętnie pobliski kościół Saint-Gery-et-Aubert. Następnie, pochwyciwszy wielką liczbę ludności w nie- wolę, opuścili Lotaryngię i udali się w kierunku królestwa zachodniofrankijskiego..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 81-82

"...Idąc przez Vermandois, Reims, Laon i Le Chalon, Węgrzy dotarli do Burgundii. Stamtąd próbowali przedostać się utartą drogą przez północną Italię do Kotliny Panońskiej. Co prawda, to im się udało, ale ponieśli wielkie straty. Już na terenie Burgundii wielokrotnie wpadali w zasadzki organizowane przez garnizony lokalnych warowni, wielu Węgrów zmarło na skutek panujących w armii chorób, a na dodatek większości jeńców udało się uciec. Tak więc na początku czerwca 954 roku dotarli z wielkimi stratami i bez oszałamiających zdobyczy na ziemię węgierską . Ich wyprawa dowiodła, że potrafią przebyć szybko dużymi oddziałami konnicy wielkie odległości, staczając przy tym liczne bitwy, ale nie osiągając wymiernych korzyści. Przywódcy węgierscy stanęli w obliczu wielkiego kryzysu państwowego. Dotychczasowy tryb życia: najazdy, trybuty, okupy, dalekie rajdy, oraz organizacja społeczeństwa i system polityczny, nie rokował nadziei na trwałą egzystencję w tej części Europy i przetrwanie węgierskiego państwa..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 82

"...Tymczasem w Niemczech wciąż trwała wojna domowa, chociaż najazd węgierski zmienił jej oblicze i wpłynął na dalszy przebieg. W obliczu spustoszeń, jakich dopuścili się najeźdźcy, wśród zwykłych ludzi i w kręgach możnowładztwa podniosły się głosy zdecydowanego protestu przeciwko kolaboracji z Węgrami. W gorączkowej atmosferze wzajemnych zarzutów — kto i kiedy sprowadził i pomagał Madziarom — rebelianci, oskarżani o przymierze z Węgrami gwałtownie tracili polityczne poparcie. Buntownicy zaczęli spuszczać z tonu; nawet Konrad Czerwony pokajał się przed Ottonem i uzyskał warunkowe przebaczenie (ale księstwo Lotaryngii utracił bezpowrotnie)..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 82-83

W ostatniej fazie buntu rebelianci trzymali w swych rękach jeszcze Ratyzbonę i niektóre okoliczne warownie. Latem 954 roku dotarła tam wielka armia królewska, ciągnąc ze sobą liczne tabory ze sprzętem oblężniczym. Ratyzbona była większa od Moguncji, której Ottonowi nie udało się poprzedniego roku zdobyć, dlatego należy założyć, że tym razem przyprowadził o wiele więcej wojska. Miasto otoczono pierścieniem umocnień oblężniczych, a naprzeciw bram założono dwa obozy. Otto nie przewidywał szturmu na mury, wolał raczej długim oblężeniem zmusić obrońców do poddania się lub wykurzyć ich na otwarte pole. W tej sytuacji palatyn Arnulf i Ludolf zamknięci w Ratyzbonie zdecydowali się na rozwiązanie ofensywne i postanowili zaatakować Ottona zmasowanym wypadem, dopóki jeszcze czuli się na siłach. Ponieważ armia królewska była o wiele liczniejsza, zaplanowano atak koncentryczny wszystkimi wojskami na jeden królewski obóz. Miał to być precyzyjnie przygotowany atak z dwóch stron naraz.
Za cel wybrano obóz położony naprzeciwko zachodniej bramy. Jedna grupa, złożona z jazdy, miała natrzeć na obóz od czoła wypadem z bramy. W tym czasie od strony rzeki mieli uderzyć wojownicy, którzy uprzednio przemieściliby się statkiem po Dunaju na tyły obozu. Plan nie był zły, ale trafił na świetnego stratega — Ottona. Król, jakby przewidziawszy podstęp, na widok wojsk buntowników gromadzących się pod bramą wyprowadził, co prawda, w pole całą jazdę, ale w obozie zostawił garnizon. Nacierający od strony rzeki niespodziewanie napotkali twardy opór, co wywołało w ich szeregach panikę. Rycerze Ottona zaatakowali ze wszystkich stron i wybili niemal kompletnie ten niefortunny rzeczny desant.
Niepowodzenie nie załamało Arnulfa i Ludolfa, którzy zarządzili nowy wypad, tym razem na drugi obóz królewski znajdujący się po przeciwnej stronie miasta, naprzeciwko wschodniej bramy, i dowodzony przez margrabiego Gerona. Wywiązała się bardzo zażarta i krwawa walka. Gero z wielkim poświęceniem walczył w pierwszym szeregu, kładąc pokotem mnóstwo przeciwników. Bój trwał ponad trzy godziny, do południa, po obu stronach padło wielu rycerzy, wśród nich palatyn Arnulf. W końcu obrońcy wycofali się do miasta. Ludolf zgodził się ostatecznie na warunki ojca i opuścił Ratyzbonę, później pokajał się przed nim i uzyskał przebaczenie. Mimo to w Ratyzbonie wciąż tliły się resztki rebelii, z tym że buntownicy opuścili nowe miasto i zabarykadowali się w starej części warowni, chronionej rzymskimi murami, niewątpliwe dobrej jeszcze jakości. Epilogiem zmagań z Ratyzboną było ponowne nadejście Ottona w kwietniu 955 roku, tym razem z całym sprzętem oblężniczym. Oblężenie nie trwało długo i bombardowana Ratyzbona padła po poważnym uszkodzeniu murów obronnych. Z obrońcami król obszedł się łaskawie, skazując przywódców na łagodne kary i oszczędzając szeregowych wojowników — chodziło przecież o jego poddanych, których mógł wkrótce potrzebować..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 83-84

"...Ostatni akt wojny domowej rozegrał się 1 maja 955 roku pod Mühldorfem, gdzie siły rebeliantów dowodzone przez arcybiskupa Salzburga Herholda stoczyły krwawą bitwę z wojskami królewskimi prowadzonymi przez Henryka. Bój zakończył się zwycięstwem księcia Bawarii, który oślepił wziętego do niewoli Herholda i zesłał go na banicję do jakiegoś zapadłego zakątka Bawarii. Ten jednak mimo ślepoty nie zaprzestał odprawiania mszy i innych czynności kapłańskich, czym z kolei naraził się papieżowi. Gdy nie pomogły kolejne ostrzeżenia i nagany nadchodzące z kurii papieskiej, Herholdowi zagrożono klątwą. Nie wiadomo, czy miało to związek z jego uczestnictwem w rebelii przeciw Ottonowi, oficjalnym stawianym mu przez papieża zarzutem była kolaboracja z Węgrami w latach 954-955..."


Fragment książki: Robert F. Barkowski "LECHOWE POLE 955" s. 85

Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości