ozdoba

IV WYPRAWA KRZYŻOWA
1202-1204

ozdoba

"...Na początku stycznia 1198 r. zmarł papież Celestyn III, a jego miejsce zajął Innocenty III. Już kilkanaście dni po wyborze papież wysłał list do patriarchy Jerozolimy zapowiadający chęć wyzwolenia Grobu Pańskiego. W połowie sierpnia Innocenty skierował list do wszystkich chrześcijan, wzywając ich do „wzięcia krzyża” i wyruszenia na krucjatę do Ziemi Świętej..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 11

"...Podczas turnieju zorganizowanego jesienią 1199 r. na zamku w Ecri-sur-Aisne w Ardenach krzyż przyjęli Tybald z Szampanii i jego kuzyn Ludwik, hrabia Blois i Chartres, co spowodowało prawdziwy entuzjazm wśród innych uczestników rycerskiego spotkania. Przez aklamację okrzyknęli oni Tybalda wodzem planowanej krucjaty. Religijną atmosferę podgrzał dodatkowo płomiennym przemówieniem wędrowny kaznodzieja Fulko z Neuilly-sur-Marne. Już rok wcześniej zaczął on przemierzać Francję i głosić potrzebę wyprawy do Ziemi Świętej. [...] Obdarzony był niezwykłą charyzmą i miał magiczny wprost wpływ na słuchaczy. Odziany we Włosienicę z wyszytym na plecach czerwonym krzyżem, podparty na kiju, przez wielu uznawany był za świętego. Wszędzie, gdzie się pojawił, rozdawał krzyże i nawoływał do walki z niewiernymi i wyzwolenia Jerozolimy z ich rąk. [...] Zapewne to właśnie obecność Fulka na zamku w Ecrisur-Aisne spowodowała wybuch aż tak wielkiego entuzjazmu. Dla czwartej krucjaty stał się on postacią równie ważną, jak dla pierwszej, Piotr Eremita, a dla drugiej, Bernard z Clairvaux..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 11-12

"...Tybald i Ludwik, choć obaj jeszcze bardzo młodzi — pierwszy z nich miał 22 lata, a drugi był od niego zaledwie o pięć lat starszy — byli postaciami znanymi i powszechnie szanowanymi jako kuzyni królów Ryszarda Lwie Serce (bratankowie) i Filipa Augusta (cioteczni bracia) oraz wnukowie króla Ludwika VII. [...] Ich przykład podziałał na innych wielkich baronów — Szymona z Montfort oraz Reginalda z Montmirail. Echo wydarzeń na zamku Ecri-sur-Aisne błyskawicznie rozeszło się po Francji oraz innych krajach Europy Zachodniej i coraz to nowi panowie feudalni, notable i rycerze zaczęli składać deklaracje uczestnictwa w krucjacie. W końcu lutego 1200 r. uczynił to hrabia Baldwin z Flandrii, małżonek siostry hrabiego Tybalda, a także jego brat Henryk, Mateusz z Montmorency i Gwidon z Coucy. Na udział w kolejnej już wyprawie do Jerozolimy zdecydował się również hrabia Hugon z Saint-Pol, wsławiony podczas walk pod Akką w latach 1189- 1191..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 12

"...W marcu 1200 r. w Soissons doszło do pierwszego spotkania baronów, na którym dyskutowano kwestie związane z organizacją wyprawy. Nie podjęto wówczas żadnych wiążących decyzji. ..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 13

"...Baronowie postanowili spotkać się ponownie dwa miesiące później, licząc na to, że w tym czasie zgłoszą się kolejni chętni. Na miejsce zjazdu wyznaczono Compiegne. Tym razem przyniósł on konkretne ustalenia. Punktem wyjścia do dalszych posunięć stało się ustalenie, że wyprawa odbędzie się drogą morską. Doświadczenia poprzednich krucjat wskazywały, że jest ona zdecydowanie bezpieczniejsza niż szlak lądowy. Zaokrętowanie i przewiezienie morzem do Palestyny tysięcy, a być może nawet dziesiątek tysięcy ludzi i koni wymagało jednak ogromnych nakładów finansowych. I to był bez wątpienia najsłabszy punkt dokonanego przez baronów wyboru. Było oczywiste, że przewoźnik — a zostać nim mogło jedynie któreś z miast włoskich dysponujące wystarczająco dużą flotą — zażyczy sobie za usługę pokaźnej zapłaty...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 13-14

"...Posłowie wyruszyli do Włoch w połowie stycznia 1201 r. i już w pierwszej dekadzie lutego przybyli do Wenecji. Tam przed Wielką Radą i sędziwym, dziewięćdziesięcioletnim dożą Enrico Dandolo złożyli ofertę zawarcia umowy na przewóz krzyżowców przez flotę republiki. Zabrakło w niej konkretów. Prawdopodobnie posłowie nie podali nawet przybliżonej liczby ludzi do przewiezienia, gdyż Villehardouin nic o tym nie wspomina. Nie wskazali również celu swojej wyprawy, choć było powszechnie wiadomo, że w grę może wchodzić jedynie Ziemia Święta lub Egipt...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 14-15

"...Do ponownego spotkania doszło kilka dni później i Dandolo z iście kupiecką precyzją przedstawił weneckie warunki. Za transport człowieka zażądał dwóch grzywien (marek), a za transport konia — czterech. Przyjmując, że pozostające w dyspozycji Wenecji statki i okręty będą mogły zabrać na swoje pokłady 33 000 ludzi, w tym 4500 rycerzy i tyleż wierzchowców oraz 29 000 pieszych, zaproponowana suma opiewała na 85 000 grzywien. W jej ramach mieściło się również zaprowiantowanie i pasza na dziewięć miesięcy. Była to kwota astronomiczna. Miała zostać wniesiona najpóźniej do kwietnia 1202 r., a transport rozpocząłby się z portu weneckiego tego samego roku, wraz z początkiem lata. Lecz doża w umowie nie poprzestał na podaniu kwoty i terminu realizacji. Rozszerzył ją o dodatkowe postanowienia, które w jeszcze większym stopniu miały zabezpieczyć interes Wenecji i dać jej nadzwyczajny bonus w przypadku powodzenia wyprawy. Miały one uczynić z Wenecji już nie tylko dobrze opłaconego przewoźnika, ale współuczestnika i współudziałowca krucjaty..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 16

"...Propozycja doży zaskoczyła delegację. Z dotychczasowej praktyki wynikało, że włoskie miasta każą sobie sowicie płacić za swoje usługi przy przewozie krzyżowców i pielgrzymów, ale współuczestnictwo w krucjacie było czymś zupełnie nowym...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 17

"...W kwietniu 1201 r. Villehardouin i jego towarzysze podpisali z władzami Republiki Świętego Marka stosowny układ, który kilka tygodni później został zatwierdzony przez papieża Innocentego III. Posłowie uzyskali w Wenecji pożyczkę w wysokości 2000 grzywien i sumę tę przekazali doży jako zaliczkę na poczet ustalonego w umowie wynagrodzenia..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 18

"...Po opuszczeniu Wenecji posłowie rozdzielili się. Do Francji powrócili jedynie Alard i Villehardouin, który w swojej kronice napisał, że reszta delegacji udała się do Pizy i Genui. Jest to informacja zadziwiająca. Skoro zawarto układ z Wenecją i misja została wykonana, dalsze poszukiwanie przewoźnika wydawało się niepotrzebne. Chyba że, pomimo sytuacji politycznej i sporu pomiędzy obu państwami, posłowie liczyli jednak na możliwość uzyskania dużo atrakcyjniejszych warunków. Wówczas opłacalna byłaby nawet utrata wniesionej już wcześniej zaliczki...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 18

"...W drodze powrotnej Villehardouin spotkał się z Walterem z Brienne i pozyskał hrabiego oraz wielu innych krzyżowców. Kiedy w drugiej połowie maja dotarł do Troyes, wraz z innymi przeżył szok. Hrabia Tybald był umierający. Zapewne marszałek zdołał mu jeszcze przedstawić relację z odbytej podróży, ale zaraz potem dwór Tybalda okrył się żałobą. Jego śmierć stanowiła niespodziewany i bolesny cios, mocno komplikując dalsze przygotowania do wyprawy...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 19

"...W końcu czerwca 1201 r. w Soissons spotkali się najznaczniejsi wielmoże, aby radzić na temat powstałej sytuacji i wybrać wodza.
Villehardouin, który przewodniczył obradom, wysunął kandydaturę markiza Bonifacego z Montferratu. Był on postacią powszechnie znaną. Należał do lombardzkiej rodziny zaangażowanej od dziesiątek lat w wyprawy krzyżowe. [...] Propozycja marszałka spotkała się z powszechną aprobatą. Żaden z baronów nie wysunął własnej kandydatury, uznając, że Bonifacy zasługuje na to, aby zastąpić hrabiego Tybalda. Markiz [...] przyjął dowództwo nad krucjatą. Przybył do Soissons, złożył śluby krzyżowe i odebrał od baronów stosowny hołd..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 19-20

"...Po objęciu dowództwa Bonifacy z energią przystąpił do przygotowań. Zabezpieczył fundusze pozostawione przez Tybalda i odwiedził Citeaux, gdzie udało mu się uzyskać dodatkowe środki i nakłonić kolejnych rycerzy do przyjęcia krzyża. Jego aktywność wzbudziła uznanie baronów i wojska. Na tle Tybalda, który przed śmiercią nie wykazał się niczym szczególnym, markiz jawił się jako zdecydowany i charyzmatyczny przywódca. Takiego właśnie wymagało planowane przedsięwzięcie...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 20

"...w marcu 1202 r. markiz przybył do Rzymu, aby uzyskać papieskie przyzwolenie na pokierowanie krucjatą i błogosławieństwo, Innocenty III, nie odmawiając im, przestrzegł jednocześnie Bonifacego przed podejmowaniem jakichkolwiek akcji przeciwko chrześcijanom i nakazał jak najszybsze wyruszenie wprost do Palestyny na pomoc rozpaczliwie walczącym o przetrwanie państewkom krzyżowym...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 21

"...W kwietniu 1202 roku minął kolejny ustalony wcześniej termin wymarszu. Burgundczycy i Prowansalczycy na miejsce zaokrętowania się wybrali położoną bliżej Marsylię, osłabiając przez to główną armię. Francuzi z północy i niewielki kontyngent niemiecki pod wodzą opata cystersów Marcina z Pairis pomaszerowali w kierunku Wenecji...."


Fragment książki: H. E. Mayer "HISTORIA WYPRAW KRZYŻOWYCH" s. 413

"...Pierwsi krzyżowcy pojawili się w Wenecji z końcem wiosny 1202 r. Nie mogli zaimponować liczbą. Część z tych, którzy uprzednio złożyli śluby krucjatowe, wykupiło się od zaszczytnego obowiązku, inni postanowili dotrzeć do Ziemi Świętej na własną rękę..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 22

"...Początkowo nie wszyscy zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji. Napływający z wolna pielgrzymi i zwykli żołnierze byli lokowani przez władze Republiki na Wyspie Świętego Mikołaja i początkowo na niczym im nie zbywało. Wenecjanie zadbali o ich wygodne rozmieszczenie i dostateczne zaprowiantowanie. Sytuacja zaczęła ulegać zmianie, kiedy stało się jasne, że przybędzie znacznie mniej krzyżowców, niż zakładała umowa. [...] W sierpniu w Wenecji przebywało zaledwie około 12 000 krzyżowców. Przedstawiciele doży zaczęli się coraz natarczywiej dopytywać o zapłatę, a dostawy zaopatrzenia na Wyspę Świętego Mikołaja nie docierały już z dotychczasową regularnością. Baronowie byli w stanie wyłożyć jedynie połowę umówionego wynagrodzenia i nie zamierzali wnosić opłaty za tłumy pielgrzymów. Ogromna ich część nie miała żadnego majątku i nie była w stanie zapłacić za przewóz. Pomoc ze strony papieża była zbyt mała. Zaczęły się pojawiać coraz liczniejsze głosy nawołujące do opuszczenia Wenecji i rezygnacji z wyprawy..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 23

"...Część baronów na czele z Bonifacym z Montferratu, Baldwinem z Flandrii i jego bratem Ludwikiem oraz Hugonem z Saint-Pol podjęła rozpaczliwą próbę zdobycia brakujących funduszy przez zaciągnięcie pożyczek i wyprzedaż swoich dóbr. Akcja ta nie przyniosła jednak spodziewanych efektów..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 23

"...Mimo wszelkich podejmowanych wysiłków do zapłacenia pozostał dług w wysokości 34 000 marek. Wówczas to doża zaproponował moratorium na jego spłatę, gdyby krzyżowcy okazali się gotowi odebrać królowi Węgier oderwane w 1186 roku od Wenecji miasto Zara na wybrzeżu dalmatyńskim...."


Fragment książki: H. E. Mayer "HISTORIA WYPRAW KRZYŻOWYCH" s. 413

"...Dandolo zwrócił się z nią jedynie do baronów i garści znaczniejszych rycerzy. Zaskoczyła ich i od samego początku szybko znalazła wielu przeciwników. Jej przyjęcie i realizacja musiały bowiem nieuchronnie doprowadzić do tego, przed czym przestrzegał papież — podjęcia działań zbrojnych przeciwko chrześcijanom. A tego znaczna część baronów i rycerzy czynić nie chciała. Dandolo kalkulował jednak na chłodno i z wyrachowaniem. Doskonale wyczuł moment i stan nastrojów panujących wśród krzyżowców. W gruncie rzeczy jego oferta była nie do odrzucenia. Z jednej strony brak pieniędzy, kurczące się dostawy, rosnąca frustracja i perspektywa zaprzepaszczenia krucjaty, z drugiej niespodziewana szansa wyjścia z finansowych kłopotów i kontynuowania przedsięwzięcia...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 24

"...Ostatecznie, pomimo oporu i licznych głosów sprzeciwu, baronowie przyjęli propozycję doży. On sam zaś postanowił wyruszyć na wyprawę u boku Bonifacego i złożył śluby krzyżowe. Znak krzyża przyszyto mu do wielkiego bawełnianego kapelusza. W ślady Enrica Dandolo poszli inni znaczący Wenecjanie, gremialnie deklarując swój udział w krucjacie..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 25

"...Zgoda na propozycję doży wywołała rozłam wśród krzyżowców. Część z nich postanowiła zrezygnować z wyprawy na Zadar i samodzielnie udać się do Ziemi Świętej. Uczynił tak m.in. Stefan z Perche, który w towarzystwie Rodryka z Montfort i Iwa z La Faille oraz „wielu innych, którzy zostali bardzo zganieni”, ruszył do Apulli, a tam zaokrętował się na statek do Syrii. Inni pozostali w Wenecji i uniknęli ekspedycji przeciwko chrześcijanom z powodu choroby. Można przyjąć, iż w wielu przypadkach stanowiła ona jedynie wymówkę...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 25

"...Zachwyty obu łacińskich kronikarzy nie były przesadzone. Współcześni nie mieli okazji oglądać równie licznej i potężnej floty, jak ta, która 8 października 1202 r. opuściła port w Wenecji. Można przyjąć, że wraz z wojennymi galerami służącymi eskorcie, liczyła ona ponad 200 jednostek. [...] Choć Villehardouin dość enigmatycznie napomknął o stawieniu się w Wenecji „większości” pielgrzymów z przewidzianej wcześniej liczby, to najprawdopodobniej wyruszyło z niej na wyprawę nie więcej niż 15 000 ludzi. Trudno także stwierdzić, jaki odsetek wśród nich stanowili rycerze, jaki zaś piesi wojownicy i zwykli pielgrzymi. Dokumenty milczą na ten temat. Poważnym wzmocnieniem dla krzyżowców mieli się okazać weneccy kusznicy; na każdej galerze było ich trzydziestu..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 26

Oblężenie Zary (Zadaru) listopad 1202

"...Pod Zadarem armia krzyżowa pojawiła się w nocy z 11 na 12 listopada 1202 r. Żegluga po wodach Adriatyku, z krótkim przystankiem w Puli na wybrzeżu Istrii, gdzie uzupełniono zapasy wody i prowiantu, trwała niemal pięć tygodni. [...] Nazajutrz rozpoczęło się oblężenie, które miało trwać zaledwie dwa tygodnie. Dandolo nawet nie usiłował przed baronami ukrywać swoich zamiarów. „Panowie, to miasto przyprawiło mnie i moich poddanych o wiele zła; chętnie zemściłbym się na nich. Proszę was, abyście mi pomogli”. Jego wystąpienie spotkało się z aprobatą zdecydowanej większości frankijskich dostojników. Jeszcze tego samego dnia do obozu krzyżowców przybyła z Zadaru delegacja, która zaproponowała doży wydanie miasta w zamian za gwarancję darowania życia jego mieszkańcom. Dandolo zwołał natychmiast naradę, aby przedyskutować powstałą sytuację. [...] Ogromna większość krzyżowców stanęła po stronie doży i nie bacząc na groźbę ekskomuniki, postanowiła przystąpić do oblężenia Zadaru. [...]
O samym oblężeniu Zadaru nie sposób wiele napisać. Robert z Clari poświęcił mu zaledwie jeden akapit, pisząc o rozstawieniu machin oblężniczych i zdaniu się mieszkańców na miłosierdzie krzyżowców. Jego relacja zdaje się wręcz sugerować, iż do działań oblężniczych faktycznie nie doszło, a mieszkańcy poddali się na widok samych przygotowań po stronie krzyżowców. Trochę więcej da się wyczytać z relacji Villehardouina. Dzięki niej wiemy, że krzyżowcy otoczyli Zadar zarówno od strony lądu, jak i od morza. Na statkach ustawiono pomosty, z których ciskano strzały i kamienne pociski. Pod mury Frankowie podsunęli „kamieniorzutnie i swoje mangonele, i inne machiny, których mieli dość”. Po pięciu dniach intensywnego ostrzału rozpoczęły się prace saperskie. Pod jedną z wież zaczęto drążyć podkop, aby w konsekwencji doprowadzić do jej zawalenia się. Prace te, budzące trwogę wśród obrońców, trwały przez tydzień. Wizja walącej się w gruzy wieży i wdzierającej się do miasta żołnierskiej tłuszczy, która bez pardonu wyrżnie jego mieszkańców, na tyle przemawiała do wyobraźni, że obrońcy postanowili się poddać. Stało się to prawdopodobnie 24 listopada. Taką datę wskazuje większość historyków; według Villehardouina do kapitulacji doszło tydzień wcześniej.
Oblegający przyjęli pierwotnie zaproponowane warunki. Mieszkańcy uratowali życie, ale ich miasto, zgodnie z obowiązującymi zasadami wojny, zostało wydane na bezlitosny rabunek. Trwał on przez trzy dni, a autor Devastatio Constantinopolitana, opisując jego przebieg z pozycji świadka, stwierdził, że „wojsko złupiło miasto bez litości”..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 69-72

ozdoba

"...Dokładnie splądrowany Zadar na wniosek doży został podzielony pomiędzy Wenecjan i Franków; pierwsi z nich zajęli portową część miasta. Postanowiono również przeczekać tam zimę i dopiero po Wielkanocy wyruszyć w dalszą drogę. Nie wszyscy jednak przystali na taki plan działania. Zaraz po zajęciu miasta obóz opuścili Szymon z Montfort i grupa jego zwolenników, na czele z braćmi Hugonem i Enguerrandem z Boves. Udali się oni na Węgry..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 72

"...Całe wojsko obłożone zostało teraz ekskomuniką. Jedynie z wielkim trudem Francuzi i Niemcy zdołali uzyskać zdjęcie przynajmniej z nich nałożonej klątwy. Wenecjanie pozostawali ekskomunikowani, jednak papież nie zakazał utrzymywania z nimi dalszych kontaktów międzyludzkich i politycznych. Innocenty chciał ratować krucjatę i dla tego celu poświęcił pewne zasady, tych zaś nie wolno mu było porzucać, gdyż napaść na miasto należące do chrześcijańskich Węgier, których król również szykował się do krucjaty, była niebezpiecznym precedensem. Wówczas to, a także później papieskie stanowisko wobec Czwartej Krucjaty okazało się mocno dwuznaczne. Papież, choć nie bez oporów, dał sobie narzucić wszystkie zwroty w przebiegu wyprawy, którą traktował jako swoją, i usiłował ratować w powstałej sytuacji, co się dało. W ten sposób sam wystawił się na zarzut, że to on ponosi faktyczną odpowiedzialność za wypaczenia krucjaty...."


Fragment książki: H. E. Mayer "HISTORIA WYPRAW KRZYŻOWYCH" s. 416

"...Zaledwie kilka dni po zdobyciu Zadaru doszło do krwawego zatargu pomiędzy Wenecjanami i Frankami. Prawdopodobnie jego przyczynę stanowił sposób podziału zagarniętych w mieście łupów. Doszło do zaciętych walk, obie strony poniosły dotkliwe straty. Ich opis pozostawili obaj kronikarze. „[...] a bijatyka była tak wielka, że mało było ulic, gdzieżby nie było wielkiej walki mieczami i włóczniami, i kuszami, i dzirytami, a było wielu rannych i zabitych ludzi”. Górę w walce zaczęli wyraźnie brać liczniejsi pielgrzymi i zaczęło się wręcz zanosić na rzeź Wenecjan. Uniknięto jej jedynie dzięki zdecydowanej interwencji baronów i rycerzy, którzy z narażeniem życia zaczęli wkraczać pomiędzy walczących i powstrzymywać ich przed dalszym rozlewem krwi...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 72

"...Niespodziewany upust krwi, który zafundowali sobie przymusowi sojusznicy, miał im jednak wyjść na dobre. Choć musiało minąć trochę czasu, aby wzburzenie ustąpiło miejsca rozsądkowi i refleksji, że jedynie ścisła i zgodna współpraca może zapewnić sukces wyprawie. Doża i baronowie aż przez tydzień godzili zwaśnione strony, ale ostatecznie udało im się wypracować trwałe porozumienie. Już nigdy w przyszłości pomiędzy Wenecjanami i pielgrzymami nie doszło do poważniejszych sporów, nie mówiąc już o zbrojnym starciu. Poczucie wspólnego interesu okazało się silniejsze od wzajemnej niechęci...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 73

"...Niedługo po zatargu do miasta przybył Bonifacy z Montferratu wraz z grupą możnych. Towarzyszyli mu m.in. Mateusz z Montmorency i Piotr z Bracieux. Być może to głównie za sprawą Bonifacego, który przyglądał się wydarzeniom z pewnej perspektywy, podjęto decyzję o wysłaniu do papieża Innocentego III posłów, aby wytłumaczyć się ze zbrojnego zajęcia Zadaru...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 70

"...Na początku lutego 1203 r. zawarto kompromisową umowę. Ekskomunika miała być odwołana pod warunkiem zwrotu wszystkich łupów zdobytych w Zadarze, wystosowania przez krzyżowców prośby o przebaczenie do króla Węgier i oszczędzenia przez nich wszystkich chrześcijańskich ziem w dalszej drodze do Palestyny. Ten ostatni warunek został natychmiast mocno nadwątlony stwierdzeniem, że atak przeciwko wyznawcom Chrystusa będzie jednak możliwy w nadzwyczajnych okolicznościach, „dla innej słusznej lub koniecznej przyczyny”...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 74

"...W Boże Narodzenie 1202 r. do Zadaru przybyli posłowie Filipa Szwabskiego i księcia Aleksego. Obaj władcy już od kilku miesięcy pozostawali w kontakcie z wodzami krucjaty i urabiali ich do swojej koncepcji. Nieustępliwe stanowisko papieża nie wpłynęło w najmniejszym stopniu na ich zabiegi. Mieli argumenty, dzięki którym majacząca z dalekiego Rzymu postać i rzucona przez nią ekskomunika musiały wydać się niezbyt groźne. W zamian za pomoc przy sięgnięciu po władzę bizantyjski książę był gotów do wielkich wyrzeczeń...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 77

"...Obietnice złożone zaocznie przez Aleksego mogły przyprawić o zawrót głowy. W zamian za pomoc w osadzeniu na tronie Konstantynopola zamierzał się odwdzięczyć z iście cesarską wspaniałomyślnością. Obok przyrzeczenia zapłaty ogromnej sumy 200 000 marek w srebrze i stałego zaopatrywania wojsk krzyżowych w czasie trwania wyprawy, zobowiązał się do wsparcia ich przez rok liczącym 10 000 żołnierzy korpusem, później zaś, do końca swego życia, miał na własny koszt stale utrzymywać w Ziemi Świętej oddział w sile 500 ludzi. Nie mniej ważna była deklaracja podporządkowania Bizancjum religijnemu zwierzchnictwu Rzymu. Perspektywa połączenia obu Kościołów mogła wpłynąć na złagodzenie stanowiska papieża...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 77

"...Propozycja Aleksego zdawała się usuwać wszystkie problemy finansowe i dawała szansę pozyskania oddanego sprzymierzeńca dla ratowania Królestwa Jerozolimskiego. Stwarzała ponadto perspektywę połączenia Kościołów. To były powody, które mogły spotkać się z akceptacją papieża. Ostatecznie zadecydowało stanowisko wodzów — Bonifacego z Montferrat, Ludwika z Blois, Baldwina z Flandrii i Hugona z SaintPol. Postanowili oni zawrzeć z Aleksym stosowną umowę...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 78

"...Niesnaski w obozie krzyżowców spowodowały osłabienie armii. Z obozu w Zadarze zaczęli się wymykać pojedynczy pielgrzymi i całe ich grupy. Głównie byli to przeciwnicy układu zawartego najpierw z Wenecją, a później z Aleksym. Odpływali na kupieckich statkach, które cumowały w porcie...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 79

"...Nie dość, że coraz liczniejsi uciekinierzy opuszczali Zadar, osłabiając zdecydowanie siłę militarną wyprawy, to na dodatek nie dotarła do niego flota flandryjska pod dowództwem Jana z Nesle, która okres zimowych sztormów przeczekała w Marsylii, a następnie wzięła kurs wprost ku wybrzeżu syryjskiemu..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 80

"...Flota krzyżowa zaczęła wypływać z Zadaru w poniedziałek 7 kwietnia 1203 r. Po 20 kwietnia, kiedy już wszystkie statki poza galerami opuściły port, w mieście została nieliczna grupa krzyżowców z Bonifacym z Montferratu i dożą Dandolo. Oczekiwali na Aleksego. Przybył on do Zadaru kilka dni później w otoczeniu doskonale wyekwipowanego zbrojnego orszaku, który stanowił dar Filipa Szwabskiego..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 81

"...Aleksy w towarzystwie markiza i doży wypłynęli w ślad za resztą armii, która miała oczekiwać na wyspie Korfu. Podróż wzdłuż wybrzeża wykorzystano w celach propagandowych. Galery wpłynęły do kilku portów, m.in. do Raguzy i Durazzo, gdzie ludność witała Aleksego jak nowego cesarza, zapewniając go o swojej wierności. Na Korfu krzyżowcy mieli przebywać około trzech tygodni, do trzeciej dekady maja...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 81

"...Z Korfu flota wypłynęła 24 maja. Po opłynięciu przylądka Malee (Males) na południu Peloponezu, statki dotarły do Negropontu na Cykladach, gdzie uzupełniono zaopatrzenie...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 83

"...Z Negropontu Bonifacy i Baldwin popłynęli wraz z Aleksym na wyspę Andre (Andros na Cykladach na wysokości Aten), gdzie „ludzie tej ziemi zdali się na łaskę syna cesarza z Konstantynopola i dali tyle ze swego [dobra], że zawarto z nimi pokój”. W tym czasie główne siły floty opuściły Negropont i na początku czerwca znalazły się niedaleko od Dardaneli w starożytnym Abydos po azjatyckiej stronie, gdzie oczekiwano na statki z Aleksym i baronami..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 83

"...Do połączenia floty doszło 8 czerwca. Dalsza żegluga przez cieśninę Świętego Jerzego (Dardanele i Bosfor) i następnie po wodach morza Marmara nie przyniosła żadnych niespodzianek...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 83

"...23 czerwca z pokładów dostrzeżono mury opactwa Świętego Stefana, położonego zaledwie kilka kilometrów na południe od Konstantynopola. [...] Po zejściu na ląd, przed powzięciem kolejnych kroków, baronowie i doża odbyli naradę w murach monastyru. Dandolo przekonał pozostałych uczestników, aby zrezygnować z wyokrętowania ludzi w poszukiwaniu żywności, gdyż spowoduje to ich rozproszenie się w nieznanym terenie i ewentualne ataki ze strony Greków. Jego zdaniem należało popłynąć na pobliskie Wyspy Książęce, leżące na południowy wschód od stolicy, gdzie wielu bizantyjskich notabli miało swoje pałace i posiadłości..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 84

"...Noc spędzono na statkach, a rankiem 24 czerwca [...] flota pokazała swoje groźne oblicze: „[...] podniesiono sztandary i chorągwie na kasztelach nef i zdjęto pokrowce z tarcz, i zawieszono je na burtach nef. [...] Krzyżowcy porzucili wcześniejsze ustalenia i nie pożeglowali na Wyspy Książęce. Nagłą zmianę planów Villehardouin uzasadnił wolą Boską..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 85

"...Flota krzyżowców wpłynęła do portu w Chalcedonie, położonego naprzeciw Konstantynopola na wschodnim brzegu Bosforu. [...] Na ląd zeszli również pielgrzymi i żołnierze. Oni także, czując twardy grunt pod nogami, poczuli się zdecydowanie lepiej. Na statkach pozostały jedynie załogi. Baronowie i znaczniejsi rycerze zamieszkali w mieście w miejscowym pałacu i sąsiadujących budynkach oraz w rozstawionych namiotach...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 85

"...Postój w Chalcedonie trwał jednak zaledwie kilkadziesiąt godzin. Trzeciego dnia od chwili lądowania flota krzyżowa podniosła żagle i pożeglowała powyżej Konstantynopola, zatrzymując się na wysokości należącego do Aleksego pałacu zbudowanego na azjatyckim brzegu. Lżejsze statki dobiły do nabrzeża, większe natomiast rzuciły kotwice na otwartym morzu..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 85-86

"...Pojawienie się krzyżowców w okolicy Skutari spotkało się z natychmiastową reakcją Greków. Po przeciwległej stronie zajęły stanowiska oddziały obserwacyjne wysłane z Konstantynopola. Nie podejmowały one jednak żadnych działań..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 86

"...Do pierwszej niewielkiej potyczki doszło natomiast na prawym brzegu. Ze strony krzyżowców wzięła w niej udział grupa 80 rycerzy i konnych wojowników z Manassesem z Lisie i Eudesem z Champlitte na czele, której zadanie polegało na osłonie pielgrzymów i żołnierzy przeczesujących okolicę w poszukiwaniu zaopatrzenia. Na południe od Skutari, kilka kilometrów od obozu, Frankowie natknęli się na ponad 500 bizantyjskich żołnierzy dowodzonych przez wielkiego admirała Michała Stryphnosa. Krzyżowcy uszykowali się w cztery oddziały i ruszyli do natarcia na wroga, który przyjął pozycję obronną. Pomimo wyraźnej dysproporcji sił Grecy szybko złamali szyk i poszli w rozsypkę. Krzyżowcy ścigali ich na dystansie ponad mili, a ich łupem padła duża liczba koni i mułów oraz namioty wraz z zawartością..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 86

"...Nazajutrz do obozu krzyżowców przybył poseł Aleksego III, niejaki Mikołaj Roux. [...] Po wypowiedzeniu kilku miłych formułek pod adresem baronów wyraził on zdziwienie pojawieniem się krzyżowców na ziemiach Bizancjum, skoro mieli oni płynąć z pomocą do Ziemi Świętej. Następnie wyraził gotowość cesarza do zaopatrzenia wyprawy w żywność i udzielenia jej innej niezbędnej pomocy, w zamian za opuszczenie terytorium Bizancjum. [...] W imieniu baronów i Wenecjan udzielił jej Konon z Béthune. Stwierdził, iż Aleksy III, jako uzurpator grzeszący przeciw Bogu i sprawiedliwości, nie powinien dziwić się obecności krzyżowców na swoich ziemiach, którzy ujęli się za synem Izaaka II; może jednak zapewnić sobie dostatnie życie, jeśli dobrowolnie odda tron swojemu bratankowi, w przeciwnym razie spotka go zasłużona kara...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 86-87

"...Już nazajutrz udowodnili cesarzowi, że nie poprzestaną na słownych deklaracjach i groźbach, ale obrócą je w czyny. Część statków popłynęła wzdłuż murów, demonstrując potęgę, z jaką ewentualnie przyjdzie zmierzyć się obrońcom Konstantynopola. Na jednym z nich, w otoczeniu frankijskich baronów, przebywał młody Aleksy, którego, tak jak wcześniej pod Durazzo, pokazywano mieszkańcom stolicy. Jednocześnie z pokładów heroldzi przypominali popełnione przez Aleksego III okrucieństwa i zapewniali, iż jedynym celem przybyszów jest usunięcie krwawego uzurpatora i oddanie tronu w ręce prawowitego władcy. Płynące w stronę murów nawoływania kończyły się twardym, całkowicie jednoznacznym stwierdzeniem: „Jeśli uznacie go za swego władcę, to uczynicie, jak powinniście, a jeśli tak nie uczynicie, to sprawimy wam najgorzej, jak będziemy mogli”..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 87-88

Oblężenie Konstantynopola 1203

"...Następnego dnia rozpoczęto przygotowania do oblężenia. Baronowie odbyli burzliwą naradę, podczas której ustalono podział armii. Spory wywołało utworzenie straży przedniej i tylnej. Było oczywiste, iż żołnierzom należącym do awangardy przypadnie najniebezpieczniejsze zadanie rozpoczęcia boju i to oni będą narażeni na największe straty. Ostatecznie udało się wyodrębnić siedem dużych oddziałów. Dowództwo nad awangardą przypadło Baldwinowi z Flandrii, „ponieważ posiadał wielkie mnóstwo dobrych ludzi [tj. dobrze wyszkolonych i uzbrojonych], a łuczników i kuszników było więcej, niż w całym wojsku”. Na czele drugiego z oddziałów stanął brat Baldwina, Henryk, a w kolejnych dowództwo objęli Hugon z Saint-Pol, Ludwik z Blois, Mateusz z Montmorency, u boku którego znalazł się marszałek Szampanii (Szampańczycy), oraz Eudes i Wilhelm z Champlitte (Burgundczycy). Ariergarda przypadła Bonifacemu z Montferratu; pod jego rozkazami znaleźli się Lombardczycy, Toskańczycy i Niemcy, i „wszyscy ludzie, którzy byli [z ziem] pomiędzy górą Mont Cenis a Lyonem nad Rodanem”. Z opisanego przez Villehardouina podziału jasno wynika, iż dokonano go w sposób niejako naturalny, oddając pod komendę poszczególnych baronów rycerstwo i żołnierzy, z którymi pociągnęli na wyprawę..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 89

"...Baronowie wyznaczyli atak na 5 lipca. [...] Wojownicy, którzy mieli uczestniczyć w walce, zebrali się wraz ze swoimi wierzchowcami na huissach, a reszta pielgrzymów zajęła miejsca na nefach. Odpowiednio uszeregowana flota ruszyła z przystani przy wtórze trąb, biciu w tarabany i zgiełku czynionym przez cymbały. [...] Jednocześnie cesarskie oddziały zajęły pozycje na nabrzeżu w sąsiedztwie umocnień, w miejscu, gdzie mogło nastąpić lądowanie krzyżowców. Dowództwo nad nimi przypadło Teodorowi Laskarysowi, zięciowi cesarza. Wydawało się, że łacinników czekać będzie trudne do wykonania zadanie. Tymczasem stało się inaczej. Kiedy okręty zbliżyły się do brzegu na tyle blisko, że można było z ich pokładów skoczyć do wody i bezpiecznie przebyć odcinek dzielący je od lądu, „rycerze wychodzili z huiss i wskakiwali do morza, brnąc w nim po pas, wszyscy uzbrojeni, w hełmach z przyłbicami i mieczami w rękach; i dobrzy łucznicy, i dobrzy żołnierze, i dobrzy kusznicy; każda kompania [lądowała] w miejscu, do którego przybyła”..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 95

"...Przeciwdziałania ze strony Greków nie było. „A Grecy bardzo wielce udawali opór. I kiedy nasi opuścili kopie [tj. przygotowali się do ataku], Grecy obrócili się do tyłu, pierzchnęli i opuścili brzeg”. Zachowanie cesarskich żołnierzy z pozoru jest trudne do zrozumienia. Tym bardziej że nie istnieje lepszy moment do powstrzymania najeźdźcy bądź chociażby do zadania mu dotkliwych strat, niż podczas jego lądowania na brzegu. [...] Niespodziewana rejterada przeciwnika pozwoliła krzyżowcom w niezakłócony sposób wyprowadzić na brzeg rycerską konnicę. [...] Cesarscy żołnierze, zachowując bezpieczny dystans w stosunku do goniących ich łacinników, którym przewodził hrabia Baldwin, uciekli do miasta przez most na rzece Barbissa. Sukces pokrzepił krzyżowców, ale w wymiarze czysto wojskowym nie miał większego znaczenia. Ich pozycja wyjściowa nie uległa większej zmianie. [...] Obrońcy, poza utratą części ekwipunku, nie ponieśli żadnych innych strat, chroniły ich potężne mury, a wejście do portu ciągle przegradzał masywny łańcuch. Baronowie postanowili opanować potężną wieżę w Galacie, do której był przymocowany łańcuch, i po jego rozerwaniu wprowadzić flotę do portu. Jedynie opanowanie Złotego Rogu pozwalało prowadzić szturm zarówno z lądu, jak i od strony morza, co zdecydowanie zwiększało szanse na zdobycie miasta..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 96

"...W nocy do Galaty przypłynęły barki z posiłkami z Konstantynopola i dopiero około godziny 9.00 cesarskie oddziały zaatakowały wroga. Niespodziewane uderzenie spadło na Jakuba z Avesnes i jego pieszych. [...] Narastające odgłosy walki zaalarmowały frankijski obóz, z którego na pole walki zaczęli nadbiegać coraz liczniejsi wojownicy. Minęło pierwsze zaskoczenie, a stosunek sił zmienił się na korzyść łacinników. Wykorzystując swoją zdecydowaną przewagę, zepchnęli wroga w stronę murów. [...] uciekali w stronę bramy, mając za sobą goniących ich krzyżowców. Dystans pomiędzy nimi był tak mały, że obrońcom nie udało się zamknąć wrót. W ich bezpośrednim sąsiedztwie doszło do krwawej, bezładnej walki, z której zwycięsko wyszli krzyżowcy. Rozgrzani bojem, na karku obrońców, wtargnęli do twierdzy i po krótkiej, zaciętej walce zdobyli ją..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 97

"...Nazajutrz po wdarciu się do Galaty Frankowie wprowadzili do portu flotę. [...] Walki o Galatę musiały być intensywne i przynieść krzyżowcom wymierne straty, gdyż przez kilka kolejnych dni nie podjęli żadnych aktywnych działań. W tym czasie w ich obozie trwały burzliwe rozmowy na temat sposobu prowadzenia dalszych działań. [...] W wyniku narad pomiędzy frankijskimi baronami i Wenecjanami ustalono, iż następny atak na miasto będzie prowadzony jednocześnie od strony morza i lądu..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 98

"...Krzyżowcy podjęli działania 10 lipca. Po przerwaniu łańcucha ich flota swobodnie wpłynęła do Złotego Rogu. Zdobyto nieliczne greckie okręty, galery i statki transportowe, a cała linia murów Konstantynopola aż po kraniec portu i pałac Blacherny została odsłonięta na uderzenia. Oddziały Franków, konne i piesze, pomaszerowały w górę portu wzdłuż brzegu po stronie Galaty. [...] Na drugą stronę można było się przedostać przez kamienny most na Barbissie. [...] Pierwszy z nich napisał, iż Grecy uszkodzili most, zaś „baronowie polecili całemu wojsku pracować dzień i noc, by naprawić most”, rankiem zaś następnego dnia wojsko przeszło na drugą stronę rzeki. Wedle drugiego z kronikarzy, Grecy obsadzili swoimi oddziałami przedmoście po zachodniej stronie Barbissy, zaś „Pielgrzymi siłą szturmu [zmusili] ich do ucieczki i przeszli”..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 99-100

"...krzyżowcy [...] rozbili obóz na rozległej płaszczyźnie pomiędzy monasterem Świętych Kośmy i Damiana a pałacem Blacherny. [...] Kronikarz ubolewał nad faktem, że szczupłość sił pozwala na zablokowanie jedynie Bramy Blacherneńskiej, a cały pozostały wielokilometrowy odcinek murów pozostanie wolny od oblężenia. Tej przykrej refleksji towarzyszyła jednak konstatacja, iż współdziałający w oblężeniu od strony morza Wenecjanie doskonale przygotowali się do natarcia. Zatrzymali oni swoje okręty na wysokości dzielnicy Petrion i bramy o tej samej nazwie. Zgromadzono na nich drabiny, mangonele i kamieniorzutnie wraz z odpowiednim zapasem pocisków. Burty i pokłady zostały okryte skórami w celu przeciwdziałania skutkom ognia greckiego..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 99-100

"...Problemem krzyżowców okazała się nie tylko niebywała rozległość umocnień Konstantynopola i szczupłość własnych sił. Zgromadzone przez nich zapasy żywności, jak oceniano, mogły wystarczyć jedynie na trzy tygodnie, a ich odtworzenie nie wchodziło w rachubę. Oblegający znaleźli się bowiem sami jakby w stanie oblężenia. Greckie oddziały, które swobodnie mogły opuszczać i powracać do miasta, krążyły wokół frankijskiego obozu i krzyżowcy „Nie mogli odejść od obozu dalej niż na cztery długości wystrzału z kuszy, aby szukać żywności [...]”„. Zmuszało to ich do utrzymywania stałej czujności i nierozstawania się z bronią...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 100

"...Grecy jednak konsekwentnie czynili kolejne wycieczki, nie dając chwili wytchnienia oblegającym. Podczas jednej z nich doszło do krwawego starcia w bezpośrednim pobliżu Bramy Blacherneńskiej. Grecy ponieśli w niej poważne straty, a ponadto do niewoli dostał się brat Teodora Laskarysa, Konstantyn...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 101

"...W czasie kiedy Frankowie prowadzili oblężenie w okolicy pałacu, Wenecjanie niepokoili obrońców stolicy od strony Złotego Rogu i portu. Ich działania nie były jednak dość ściśle skoordynowane z działaniami prowadzonymi na lądzie i nie przyniosły widocznych skutków. Działo się tak do 17 lipca. Tego dnia, po wcześniejszych ustaleniach pomiędzy wodzami wyprawy, postanowiono przeprowadzić jednoczesny zdecydowany szturm. Do bezpośredniego ataku na Bramę Blacherneńską [...] baronowie przeznaczyli cztery oddziały — hrabiów Baldwina, jego brata Henryka, Ludwika z Blois i Hugona z Saint-Pol. Pozostałe oddziały — ariergarda Bonifacego z Montferratu oraz Burgundczycy i Szampańczycy — pozostali do ochrony obozu. Jednocześnie Wenecjanie mieli uderzyć całością sił od strony portu...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 102

"...Zsynchronizowane w czasie uderzenie Wenecjan i Franków zostało przeprowadzone z dużym rozmachem. Flota w pewnym oddaleniu od umocnień, „dobrze o trzy wystrzały z kuszy”, uporządkowała swój szyk, ustawiając się w rzędzie jeden okręt obok drugiego. Następnie zbliżyła się możliwie najbliżej ku murom, a jej załogi zasypały obrońców gradem pocisków. Ku blankom leciały kamienie, strzały i bełty..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 102

"...W pobliżu pałacu Blacherny walka była nie mniej intensywna, choć toczono ją na mniejszej przestrzeni. Villehardouin wspomniał o dwóch przystawionych do muru drabinach i broniących go zawzięcie Anglach i Duńczykach z gwardii wareskiej cesarza. [...] Zdecydowana przewaga liczebna była jednak po stronie obrońców. Udało im się położyć część napastników trupem, a innych zepchnąć z muru, co przeważnie przynosiło ten sam skutek. [...] Ostatecznie krzyżowcy zostali odparci, ponosząc dotkliwe straty w zabitych i rannych, „z czego baronowie byli bardzo niekontenci”...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 103

"...Korzystniej przedstawiała się sytuacja na odcinku umocnień atakowanym przez Wenecjan. Front, na którym toczyła się walka, był zdecydowanie szerszy i obrona była bardziej rozproszona niż od strony Blacherny. Intuicyjnie można było wyczuć, iż jeżeli krzyżowcy mają osiągnąć sukces, to będzie on możliwy jedynie z tej właśnie strony umocnień. Pociski wyrzucane ze statków spowodowały za murami liczne pożary, zmuszając obrońców do wydzielenia części ludzi do ich gaszenia. Przed opuszczeniem statków powstrzymywał ich [...] gęsty ostrzał..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 103

"...O nagłej i całkowicie niespodziewanej zmianie sytuacji zadecydował jeden człowiek. Był nim ociemniały doża Enrico Dandolo. Podczas srożącej się bitwy zajmował on pozycję na dziobie swojej galery i wsłuchiwał się w jej odgłosy. Napływające do niego raporty wskazywały na impas w walkach. [...] Pod groźbą najsurowszych kar kazał swoim ludziom przybić do brzegu i zejść na ląd. Przyboczni doży uczynili to bez entuzjazmu, uważając, iż apodyktyczny starzec gotuje im niechybną zgubę. Doża, podtrzymywany przez żołnierzy i poprzedzany sztandarem świętego Marka, zszedł na brzeg jako pierwszy spośród znaczących Wenecjan. [...] Wenecjanie, zawstydzeni, ale jednocześnie nadzwyczajnie podbudowani postawą doży, z zapałem ruszyli do ponownego szturmu na mury miasta. [...] Znaczna część obrońców opuściła stanowiska ze względu na ogień. Wenecjanie, wykorzystując sprzyjającą okoliczność, zaczęli błyskawicznie opanowywać słabiej bronione odcinki murów i zdobywać kolejne wieże. [...] Wkrótce w rękach Wenecjan znalazło się aż 25 wież, a ich czołowe oddziały zdołały uchwycić przyczółki za murami, pozwalające na kontynuowanie ataku w głąb miasta..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 103-104

"...Oddziały bizantyjskie ruszyły do wściekłego kontrataku i zepchnęły Wenecjan na mury i do zdobytych przez nich wież. Aby powstrzymać uderzenie i odgrodzić się od przeciwnika, Dandolo wpadł na iście szatański pomysł. Wykorzystując mocno wiejący w stronę miasta wiatr, rozkazał wzniecić pożar, który zmusił atakujących żołnierzy Aleksego III do cofnięcia się. Wzrastający żar i gryzący oczy dym stały się doskonałą tarczą obronną dla Wenecjan, prawdopodobnie ratując ich przed pogromem. Ogień, podniecany porywistymi podmuchami, zaczął się błyskawicznie rozprzestrzeniać na kolejne rejony miasta [...] Jak obliczają historycy, ogień mógł wówczas pochłonąć obszar równy 50 hektarom. Niezależnie od ogromnych strat materialnych, jakie poczynił pożar, stał się on barierą, która nad wyraz skutecznie odgrodziła od siebie walczące strony..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 105

"...Patową sytuację, jaka powstała w rejonie portu, cesarz postanowił wykorzystać w celu rozprawienia się z Frankami zajmującymi stanowiska w okolicy Bramy Blacherneńskiej. [...] Aleksy zaczął wyprowadzać wojska, piesze i konne, przez usytuowaną po zachodniej stronie Bramę Romana (Wrota Romańskie) oraz kilka innych i szykować je do bitwy. [...] Wśród krzyżowców do walki stanęli wszyscy będący w stanie posługiwać się jakąkolwiek bronią. „A potem wzięli wszystkich giermków, który strzegli wierzchowców, i wszystkich kucharzy, którzy mogli nosić broń: i wszystkich uzbrojono, i obleczono w czapraki, nakryto siodłami, i [wręczono im] miedziane kociołki, i tłuczki, i młotki, że byli oni tak szpetni i szkaradni, że piesi ludzie cesarza, którzy stali po tej stronie murów, byli bardzo przestraszeni, i wielce przerażeni, kiedy ich ujrzeli”. [...] Poszczególni dowódcy sprawnie ustawili swoje oddziały na stanowiskach. W celu zyskania większej przestrzeni i swobody ruchów Frankowie opuścili obóz i stanęli na zewnątrz palisady. W pierwszej linii pozycje zajęli łucznicy i kusznicy, za nimi rozlokowała się konnica i piesi wojownicy. [...] Z jego opisu wynika, że wrogie armie zbliżyły się do siebie na tyle, iż mogły się zasypać pociskami. [...] Wspomniał także o pomocy nadesłanej przez dożę [...] do bezpośredniego starcia nie doszło i po pewnym czasie cesarz wycofał wszystkie swoje oddziały do miasta..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 106-108

"...Zdecydowanie bardziej rozbudowana, nasycona wieloma szczegółami, jest relacja Roberta z Clari. Według niego, ku zbliżającej się masie wojsk bizantyjskich jako pierwszy wysunął się Baldwin flandryjski ze swoim oddziałem, a zaraz za nim ruszyli Henryk z Hainaut i Niemcy oraz Hugon z Saint-Pol i Piotr z Amiens. [...] Kiedy wszystkie trzy oddziały połączyły się ze sobą, ruszyły w kierunku Bizantyjczyków, od których oddzielało je niewielkie wzgórze. Przeciwnik także postąpił do przodu z zamiarem dotarcia na jego szczyt. Odległość pomiędzy czołówką wojsk Aleksego III i Frankami stała się na tyle mała, że obie strony rozpoczęły intensywny ostrzał z kusz. Wobec ograniczonego kontaktu wzrokowego nie mógł on jednak wyrządzić większych szkód. Jako pierwsi na wzniesienie dotarli krzyżowcy i fakt ten zadecydował o dalszym przebiegu wydarzeń. [...] Mieli do wyboru atak, pozostanie na miejscu lub odwrót. Ich dowódcy szybko porozumieli się pomiędzy sobą i postanowili trwać na zajętych pozycjach. [...] Cofnięcie się nawet przed przeważającym liczbą wrogiem byłoby przejawem tchórzostwa, wdanie się natomiast w walkę z dala od obozu, poza wzgórzem przesłaniającym widok i bez szans na wsparcie, stanowiłoby w istocie samobójcze rozwiązanie. Ponadto istniała naturalna przeszkoda rozdzielająca Franków i Bizantyjczyków — niewielka rzeka Likos, której sforsowanie przez którąkolwiek ze stron musiało pociągnąć za sobą duże straty. Zapewne tak samo myślano i w dowództwie bizantyjskim. Aleksy i jego doradcy nie zdecydowali się na uderzenie na pozycje Franków. Ostatecznie, ku ich ogromnemu zdziwieniu, ale i uldze, cesarz zarządził odwrót swoich wojsk pod osłonę murów miasta..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 108-110

"...Wymieniając z Wenecjanami wrażenia z bitwy, wspólnie zastanawiali się nad planem przyszłych działań. Okazał się on jednak niepotrzebny. Przesądził o tym ten, który miał wszystko do zyskania i zarazem wszystko do stracenia. Nocą wraz z kilkoma członkami najbliższej rodziny i w niewielkiej asyście najwierniejszych wielmożów Aleksy III opuścił potajemnie stolicę. Ucieczka została postanowiona i przeprowadzona w ostatniej chwili i cesarz, z braku czasu i odpowiednich środków, mógł jedynie zabrać ze sobą niewielką część skarbca, co w niezbyt jasnych barwach rysowało jego dalszą przyszłość. Kiedy rankiem 18 lipca gruchnęła wieść o tchórzliwej ucieczce Aleksego, u jednych wywołała wściekłość i konsternację, u innych, radość...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 112

"...Nie było mowy o dalszej obronie miasta. Mieszkańcy, nie napotykając oporu ze strony żołnierzy pozbawionych dowódców, otworzyli bramy i wyszli na spotkanie Franków...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 113

ozdoba

"...Najprawdopodobniej również wtedy doszło do uwolnienia z więzienia okaleczonego Izaaka II Angelosa i jego żony Marii (Małgorzaty), córki króla węgierskiego Beli III..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 113

"...Do obozu krzyżowców przybyła wkrótce bizantyjska delegacja, której członkowie poprosili o spotkanie z Aleksym IV. Znaleźli go w namiocie Bonifacego z Montferattu. Padły tam jednoznacznie przyjazne i jakże wspaniale brzmiące deklaracje: „Kiedy przyszli tam, to odnaleźli go; jego przyjaciele urządzili bardzo wielkie święto i okazali bardzo wielką radość, i bardzo dziękowali baronom, i powiedzieli, że uczynili bardzo dobrze i bardzo godnie, że postąpili w taki sposób; i powiedzieli, że cesarz uciekł i niechaj wejdą do miasta, i do cesarskiego pałacu, jak do siebie”...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 113

"...Oczywiście krzyżowcy najbardziej nadstawili ucha na ostatnie z cytowanych słów. Dla baronów, wojska i całej reszty pielgrzymów oraz Wenecjan stanowiły one zapowiedź wspaniałej zapłaty za dotychczasowe trudy i przelaną krew. [...] W powstałej sytuacji, pomimo panującej euforii, baronowie zachowali jednak dużo rozsądku, nie tylko powstrzymując się przed wprowadzeniem armii w mury miasta, ale i nakazując wszystkim mieć się na baczności i trzymać w pogotowiu posiadany oręż. Wysłali natomiast czteroosobową delegację, w której składzie obok Villehardouina i Mateusza z Montmorency znalazło się dwóch nieznanych z imienia Wenecjan. Mieli się oni rozeznać w sytuacji i uzyskać od Izaaka II potwierdzenie warunków przyjętych przez Aleksego IV..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 113

"...Po ceremonialnych powitaniach i oddaniu wzajemnych honorów marszałek poprosił, aby rozmowa odbyła się w mniejszym gronie. Wówczas Izaak zaprosił posłów do mniejszej komnaty i w niej, jedynie w obecności cesarzowej i kanclerza, z udziałem tłumacza, wysłuchał ich propozycji. Posłowie stwierdzili, iż krzyżowcy oczekują jednoznacznego potwierdzenia i wypełnienia zobowiązań przyjętych przez Aleksego. Kiedy jednak ze wszystkimi szczegółowymi postanowieniami je przedstawili, Izaak wyraził swoje zdumienie ich nadzwyczaj szerokim zakresem i odpowiedział, iż nie widzi możliwości ich zrealizowania. Wtedy, jak to bywa zwykle w przypadku trudnych negocjacji, nastąpiło długie i męczące ucieranie stanowisk i dogadywanie się. Marszałek znów okazał się utalentowanym dyplomatą i ostatecznie osiągnął cel postawiony przed nim przez wodzów wyprawy: „Wiele w ten sposób wypowiedziano i powtórzono słów. Ale koniec był taki, że ojciec zatwierdził umowę, jaką syn potwierdził [wcześniej] przysięgą i wiszącymi pieczęciami na złotej bulli”..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 114-115

"...Wraz z Aleksym zwrócili się do baronów z prośbą o zrezygnowanie z wprowadzenia wojsk w mury miasta. Jedynie ich pozostawienie na zewnątrz mogło zapobiec zamieszkom i rabunkom. Cesarz zaproponował, aby krzyżowcy przenieśli się naprzeciw dzielnicy Estanor, gdzie już raz obozowali. Ze swej strony zapewnił im regularne dostawy zaopatrzenia i zezwolił na zwiedzanie miasta przez wydzielone, mniejsze grupy żołnierzy i pielgrzymów, nad którymi łatwiej było zachować kontrolę...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 115-116

"...Wszystko wskazywało na to, że Aleksy zdoła wywiązać się ze złożonych obietnic. Już w końcu lipca przystąpił do wypłacania należności w srebrze, pokrywając pielgrzymom część poniesionych przez nich kosztów transportu z Wenecji. Cesarzowi udało się zebrać 100 000 marek, z których 86 000 otrzymali Wenecjanie, a reszta została rozdysponowana wśród pielgrzymów. W tym czasie, na przełomie lipca i sierpnia, Aleksy wielokrotnie odwiedzał obóz krzyżowców, ucztował z nimi i grywał w kości. Takie zachowanie przyczyniało mu popularności i budziło zaufanie. Nie wszystkim przychodziło jednak do głowy, iż to niepewna atmosfera w mieście i dająca się wyczuć niechęć poddanych prowokuje Angelosa do opuszczania pałacu i szukania towarzystwa wśród Franków. W końcu sam współcesarz zwierzył się baronom i doży ze swoich niepokojów i odkrył przed nimi stan swego ducha: „panowie, zostałem cesarzem dzięki Bogu i wam, i wyświadczyliście mi największą pomoc, jakiej żadni ludzie nie okazali chrześcijaninowi. Wiedzcie, że dość jest ludzi dobrze udających przede mną, a nie kochających mnie; i wielu Greków jest w wielkim gniewie, że dzięki waszej sile wszedłem w moje dziedzictwo”..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 116-117

"...Podczas jednej z kolejnych rozmów Aleksy powiadomił baronów, iż nie będzie w stanie wypełnić warunków umowy do 29 września 1203 r. Jednocześnie zaproponował krzyżowcom pobyt w okolicach miasta do marca następnego roku, kiedy wedle swojej oceny będzie mógł wreszcie dokonać rozliczenia i razem z krucjatą podążyć do Ziemi Świętej. Do tego czasu, w zamian za pokrycie kosztów floty przez najbliższe dwa miesiące, zobowiązał się zapewnić krzyżowcom wszelkie wygody i nieograniczone dostawy żywności oraz osobno rozliczyć się z Wenecjanami, płacąc im stosowne odszkodowanie...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 118

"...Oświadczenie Aleksego, choć niektórzy baronowie od pewnego czasu się go spodziewali, postawiło ich w niezwykle trudnej sytuacji. O ile oni sami byli w stanie zrozumieć kłopoty cesarza, a przedstawione przez niego argumenty wydały im się sensowne, o tyle przekonanie do ich zrozumienia tłumów zwykłych krzyżowców mogło stanowić nie lada problem...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 118

"...Zwołano natychmiast naradę i baronowie postanowili najpierw porozumieć się z dowódcami i częścią rycerstwa, a podczas czekających ich rozmów raz jeszcze sięgnąć po perswazję przemieszaną z zawoalowaną groźbą. Metoda ta, jak dotychczas, sprawdzała się, a żaden inny sposób nie przychodził im do głowy. Reakcja, jaką wywołało przekazanie informacji o stanowisku Aleksego, nie była niespodzianką. Doszło do awantur, złorzeczeń i wzajemnych oskarżeń. Padły mocne słowa. Zarzucano sobie brak honoru, nielojalność, złamanie danego słowa. Tonując wzburzone nastroje, baronowie wskazywali na brak winy cesarza i obiektywne trudności, niezależne od czyjejkolwiek woli. Przedstawiali także mało zachęcającą wizję przeprawy do Syrii podczas zimowej pory i wszelkich związanych z tym kłopotów...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 119

"...Sytuacje uratowali Wenecjanie, stając po stronie baronów i deklarując udostępnienie swojej floty nie tylko do marca, ale aż do końca września 1204 r. [...] Ostatecznie raz jeszcze doprowadzono do pojednania i zapanowała pozorna zgoda. Jednak niemal dla wszystkich było jasne, że naciągnięta do granic możliwości struna może jednak przy następnej okazji pęknąć...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 119-120

"...Podczas nieobecności cesarza i baronów w stolicy doszło do dramatycznych wydarzeń, które w konsekwencji jeszcze bardziej pogłębiły wrogość pomiędzy Grekami i łacinnikami. Zaczęło się od burd z udziałem mieszkańców oraz Flamandów i członków włoskich kolonii przebywających na stałe na terenie Konstantynopola. Zamieszkiwali oni rejon wzdłuż murów łączących się ze Złotym Rogiem, naprzeciw Galaty. W czasie zamieszek wzniecono pożar, który rozprzestrzenił się na znaczne obszary miasta. Trwał on ponad tydzień. [...] Spośród wszystkich pożarów, które wybuchły w mieście podczas obecności łacinników, ten spowodował największe zniszczenia. [...] Po ugaszeniu pożaru wszyscy łacinnicy wraz z rodzinami wynieśli się poza mury w obawie przed zemstą ze strony miejscowych Greków. Stopień ich wzburzenia nie wróżył niczego dobrego przybyszom z Zachodu, którzy zdecydowaliby się pozostać w stolicy. Liczba uciekinierów sięgała kilkunastu tysięcy. Przepłynęli oni na barkach i łodziach Złoty Róg i przedostali się do obozu pielgrzymów. Przyjęto ich z otwartymi rękami, zdając sobie sprawę, iż wobec zaistniałych zdarzeń już niebawem każda para rąk mogąca podźwignąć oręż może stać się bezcenna. Nawet dla zwykłych pielgrzymów było jasne, że sytuacja wymyka się spod kontroli i trudno liczyć na pokojowe rozwiązanie ponownie nabrzmiewającego konfliktu...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 120-121

"...Na chwilową poprawę nastrojów po obu stronach murów wpłynął powrót Aleksego IV i towarzyszących mu oddziałów krzyżowców. Stało się to na początku listopada. Zarówno powitanie cesarza, jak i baronów, odbyło się wśród oznak radości. Wkrótce jednak atmosfera wrogości zaczęła znów gęstnieć...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 121

"...Cesarz ograniczył wizyty w obozie krzyżowców, wyraźnie ich unikając. Powodem był brak pieniędzy, który ciążył mu coraz bardziej. W takim samym również stopniu narastało zniecierpliwienie i zawód krzyżowców wobec jego osoby...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 121-122

"...We frankońskim dowództwie ustalono, że należy wysłać delegację do cesarza i zażądać od niego jasnego stanowiska w kwestii umówionego wynagrodzenia. Gdyby nie spełniało ono oczekiwań krzyżowców, Aleksy miał usłyszeć, że przestaną go traktować jak przyjaciela i seniora oraz że, dochodząc swoich słusznych praw, „zabezpieczą to, co im przynależne, jak będą mogli”. [...] Posłanie od baronów zawieźli do cesarskiego pałacu Konon z Béthune, Emilian Brabantczyk z Prowansji, Villehardouin oraz trzech znacznych Wenecjan wybranych przez dożę. [...] Dla wielu z nich zachowanie cudzoziemców było obrazoburcze. Stosunek, jaki do nich mieli, dobrze charakteryzują słowa jednego z dworskich dostojników, Nikeforosa Chryzobergesa, skierowane do Aleksego IV: „Tylko dlatego, że przywieźli cię, cesarzu, zgodnie z wolą Bożą, nie pozwól im na arogancję. Ponieważ zwracając tron prawowitemu cesarzowi, odegrali oni rolę sług, niech teraz będą ulegli jak przystoi sługom”. Stanowią one nie tylko wyraz odczuwanej przez Bizantyjczyków wyższości nad łacinnikami i pobrzmiewa w nich nuta buty i arogancji, ale są również dowodem braku zrozumienia istniejącej sytuacji...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 122-123

"...Posłowie, opuszczając pałac, drżeli nie tylko o własną wolność, ale wręcz o życie. Puszczono ich jednak wolno i zdali dokładną relację ze swojej misji baronom. Od tego momentu nie było już mowy o żadnych pokojowych rozmowach. Konflikt wszedł w nową fazę. „Tak rozpoczęła się wojna; i szkodzili każdy jak mógł, i na lądzie, i na morzu. W wielu miejscach potykali się Frankowie i Grecy: [i] nigdy, dzięki Bogu, Frankowie, walcząc, nie tracili więcej niż Grecy. Tak wojna trwała długo, aż do serca zimy”...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 123-124

"...co takiego spowodowało, że krzyżowcy radykalnie zmienili swój stosunek do Aleksego i już w listopadzie, a zatem 4-5 miesięcy przed nowym terminem zapłaty ustalonym w sierpniu, postawili sprawę na ostrzu noża, żądając od cesarza dodatkowych deklaracji i zapewne wcześniejszego uregulowania długu. [...] Gdyby za jego murami znajdowała się silna armia, mieszkańcy zdecydowani na wszelkie wyrzeczenia i cesarz mający ich poparcie, krzyżowcom byłoby zapewne trudniej oswoić się z taką koncepcją i uznać za możliwą jej realizację. Jednak niedawne oblężenie i późniejsza kilkumiesięczna obserwacja coraz bardziej rzucających się w oczy przejawów słabości władzy cesarskiej i rozdźwięku pomiędzy nią i społeczeństwem zradykalizowały ich żądania i rozzuchwaliły. ..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 124

"...Walki w grudniu 1203 r. i styczniu 1204 r. nie przybrały charakteru starć sprzed kilku miesięcy. Były chaotyczne i nie angażowały wszystkich sił. Działania Greków, poza niegroźnymi wypadami z miasta, skoncentrowały się głównie na usiłowaniu zniszczenia floty weneckiej. Pierwsza taka próba odbyła się 20 grudnia, ale nie przyniosła namacalnych efektów. Druga omal nie zakończyła się pełnym sukcesem. W Nowy Rok Bizantyjczycy przeprowadzili dobrze przygotowany atak liczną flotyllą branderów: [...] wzięli siedemnaście nef, napełnili je wszystkie wielkimi kawałkami drewna i palnymi materiałami i pakułami, i smołą, i beczkami i oczekiwali, aż powieje bardzo silny wiatr z ich strony. I tej nocy, o północy podłożyli ogień na nefach i opuścili żagle na wiatr, a ogień rozpalił się bardzo wysoko, aż wydawało się, że cała ziemia płonie”. Nadpływające brandery stanowiły wielkie zagrożenie dla skupionej na niewielkiej przestrzeni floty krzyżowców. W ich obozie podniosła się wrzawa, kto mógł spieszył na okręty, aby je wyprowadzić na otwartą przestrzeń i tym samym zminimalizować skutki ataku. Frankowie i Wenecjanie doskonale zdawali sobie sprawę, o co toczy się gra. Stawką w niej mogła się stać utrata floty oznaczająca w praktyce zagładę armii. Niektóre okręty ściągano z toru wodnego, po którym płynęły brandery, używając do tego szalup i haków osadzonych na długich żerdziach. Podziw kronikarza wzbudziła nadzwyczajna sprawność i odwaga Wenecjan. Nie wszyscy mogli jednak uczestniczyć w bezpośrednim ratowaniu floty. Część ludzi musiała odpowiadać na ostrzał ze strony nieprzyjaciela. Grecy prowadzili go nie tylko z murów, ale również z pokładów łodzi i statków pozostających jeszcze w ich dyspozycji. Walka trwała do rana i zakończyła się całkowitym powodzeniem krzyżowców...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 125-126

"...Pomimo uchronienia floty przed spaleniem sytuacja krzyżowców nie była godna pozazdroszczenia. Pora roku nie sprzyjała oblężeniu, a kurczące się zapasy mogły skazać ich na głód i zdziesiątkować armię. W takim stanie nie byłaby ona w stanie trwać pod murami przez kilka miesięcy...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 126

"...Oto na początku stycznia do miasta przybył protowestarius (szambelan) Aleksy Dukas zwany Murzuflosem. Zresztą przy tej okazji o mały włos nie wpadł w ręce wroga, a podczas stoczonej u wrót jednej z bram potyczki stracił wielu ludzi. Niepowodzenie nie zmniejszyło jednak jego popularności. W oczach mieszkańców i dworskiej opozycji uchodził on za człowieka, którego głównym celem, w przeciwieństwie do obu cesarzy, było usunięcie łacinników z greckiej ziemi. Lecz wcześniej pozbycie się ich samych....."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 126

"...Prawdopodobnie 25 lub 26 stycznia doszło do zamachu pałacowego, w którego wyniku Aleksego IV wtrącono do więzienia. Dziesięć dni później Aleksy Dukas został koronowany cesarzem. ...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 127

"...Los Aleksego IV, opuszczonego przez wszystkich, także był przesądzony. Najpierw próbowano go otruć, a następnie uduszono. Murzuflos doskonale odegrał swoją rolę i publicznie wyraził wielki żal z powodu niespodziewanej śmierci Aleksego. Jednocześnie kazał go pochować z wszelkimi honorami należnymi władcy....."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 127

"...Niemal nikt po obu stronach murów Konstantynopola nie uwierzył w naturalną śmierć Aleksego IV i dobre intencje Murzuflosa. Krzyżowcom jego postępek dostarczył dobrego pretekstu do prowadzenia dalszej wojny w imię szczytnych haseł. Zabójca i uzurpator nie miał prawa rządzić i należało go pozbawić tronu. Zdaniem Zdzisława Pentka: „Hipokryzja dowódców wojsk krzyżowych zaczęła sięgać zenitu. Choć przedtem negatywnie wyrażali się o Aleksym IV, to jego odsunięcie od tronu w wyniku działań Murzuflosa uznano za najgorszą zdradę, bo targnięcie się na panującego”. [...] W obozie Franków szybko padły słowa trafiające do przekonania pielgrzymów i wojska. „Dlatego mówimy wam, rzekli duchowni, wojna jest zgodna z prawem i sprawiedliwa. A jeśli macie zgodne z prawem intencje, by zdobyć tę ziemię i oddać ją w obediencję Rzymu, otrzymacie apostolskie rozgrzeszenie, takie, jakiego już wam udzielono, dla tych którzy wyspowiadali się, a zginęliby”. Oznaczało to ni mniej, ni więcej tylko potraktowanie Bizantyjczyków jak wrogów chrześcijaństwa i zrównanie walki z nimi z walką przeciwko muzułmanom...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 128

"...od chwili objęcia tronu przez Murzuflosa działania wojenne nasiliły się i „było niewiele dni, by nie walczyli na lądzie albo na morzu”. Frankowie przeprowadzili wypad w kierunku miasta Filée, gdzie udało im się zdobyć wiele bydła i zapasów żywności. [...] Powracające oddziały Henryka z Hainaut wpadły natomiast w zasadzkę przygotowaną przez Murzuflosa, ale przebieg walki był bardzo niekorzystny dla Greków. Stracili oni cesarski sztandar i świętą ikonę Hodegetrię namalowaną zgodnie z tradycją przez świętego Łukasza, sam zaś Aleksy omal nie dostał się do niewoli. Jak niepyszny, z mocno uszczuplonym oddziałem, wrócił do Konstantynopola, gdzie z niego jawnie kpiono i krytykowano jako wodza...."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 128-129

"...Rozpoczęcie walk o miasto poprzedziła wielka narada wodzów krucjaty, podczas której zawarto umowę ustalającą sposób podziału przyszłych łupów, w tym również ziem Bizancjum, oraz wyboru cesarza. To ostatnie zadanie powierzono elektorom w liczbie 12, po sześciu spośród Franków i Wenecjan. Przyszłemu cesarzowi zagwarantowano czwartą część Cesarstwa, reszta terytoriów miała zostać podzielona zgodnie ze szczegółowymi zapisami pomiędzy Franków i Wenecjan. Nadania miały być „wolne i absolutne”, ograniczone jedynie prawami cesarza jako suzerena. Ustalono także, że patriarcha zostanie wybrany przez tę z partii, która przegra w wyborach kandydata na cesarza. Ponadto komisja złożona z 24 członków, po 12 delegatów spośród pielgrzymów i Wenecjan, miała się zająć rozdziałem zaszczytów, urzędów i stanowisk..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 129-130

Oblężenie Konstantynopola 1204

"...Wraz z początkiem wielkiego postu, który rozpoczął się 10 marca, krzyżowcy rozpoczęli przygotowania do szturmu Konstantynopola. Miały one trwać aż do pierwszych dni kwietnia. Ruszyła budowa machin oblężniczych, przygotowywano również do walki flotę. [...] Choć liczba krzyżowców znacznie się zmniejszyła w wyniku bitewnych strat, chorób i dezercji, ci, którzy pozostali, święcie wierzyli w sens i powodzenie podjętych działań. Ich atutem było zdobyte dotychczas doświadczenie i znajomość słabych punktów po stronie nieprzyjaciela..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 129-130

"...Czasu nie tracili także obrońcy stolicy. Murzuflos, któremu wojenne szczęście nie dopisało w polu, okazał się niezłym organizatorem i z energią zabrał się do przygotowywania miasta do czekających je walk. Remontowano mury i bramy. W wielu miejscach, tam gdzie fortyfikacje uległy zniszczeniu podczas poprzednich ataków lub rozebrano je z rozkazu krzyżowców po opanowaniu przez nich miasta latem poprzedniego roku, łatano i podnoszono obwałowania na niezbędną wysokość. Wieże zostały podwyższone za pomocą drewnianych konstrukcji. Cesarz zagonił mieszkańców i wojsko do pracy, ale nie zdołał wlać w jednych i drugich ducha walki. Ich morale zostało złamane i Aleksy nie znalazł sposobu, aby je podnieść chociażby do poziomu sprzed pojawienia się krzyżowców pod Konstantynopolem..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 129-130

"...Wczesnym rankiem 9 kwietnia flota krzyżowców zbliżyła się do murów Konstantynopola i na wielu ich odcinkach „rozpoczął się bardzo silny i bardzo ciężki atak”. Atakowano północno-wschodni odcinek umocnień pomiędzy pałacem i kościołem w Blachernach a łańcuchem zabezpieczającym Złoty Róg. Kronikarz wspomniał o stu miejscach, w których doszło do bezpośredniej walki. Opis Villehardouina zdaje się sugerować, że stało się to wszędzie tam, gdzie z pokładów barek przystawiano do murów drabiny i po nich oblegający usiłowali dostać się na blanki. Ponadto część krzyżowców zdołała opuścić statki i atakowała z lądu. [...] W swoim dziele wspomniał on jedynie o pięciu statkach, którym udało się na tyle zbliżyć do murów, aby z ich pokładów możliwe było przystawienie drabin..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 132

"...Starcia wzdłuż murów z różnym natężeniem trwały aż do zmroku, Villehardouin stwierdził, że walka wygasła o godzinie dziewiątej. Obie strony zasypywały swoje stanowiska strzałami i kamiennymi pociskami. Krzyżowcy ciskali je ze statków i skrawków zajętego lądu, używając wszystkich rodzajów machin oblężniczych. [...] Ci spośród atakujących, którym udało się wspiąć po drabinach na wysokość blanków, walczyli twarzą w twarz z obrońcami na miecze. W żadnym punkcie krzyżowcom nie udało się jednak przełamać twardej obrony i nigdzie nie zdobyli przyczółka pozwalającego na rozwinięcie ataku za murami. Ponieśli przy tym bolesne straty w ludziach i sprzęcie. „Kiedy Grecy zobaczyli, że Francuzi oblegają, zrzucali w dół na machiny Franków ogromne głazy, wielkie, że aż dziw; tak zaczęli miażdżyć i druzgotać w kawałki i zamieniać w szczapy wszystkie te machiny, że nikt nie odważył się przebywać wewnątrz ani na zewnątrz tych machin, a z drugiej strony Wenecjanie nie mogli dotrzeć ani do murów, ani do wież, tak były one wysokie; tego dnia ani Wenecjanie i Francuzi nie mogli osiągnąć żadnego sukcesu, ani na murach, ani w mieście”..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 132-133

"...Wydaje się, iż straty krzyżowców, co potwierdza Villehardouin, były większe niż straty obrońców. Porażka wpłynęła na ostudzenie zbyt optymistycznych nastrojów i zmusiła wodzów do naradzenia się przed podjęciem kolejnych działań. [...] Ostatecznie postanowiono nie zmieniać dotychczas zajmowanych pozycji i uderzyć w tym samym miejscu, ale dopiero po trzech dniach, w poniedziałek 12 kwietnia. W opinii większości dowódców atakowany dotychczas odcinek murów pomiędzy kościołem św. Teodozji a pałacem Blacherny został już znacznie osłabiony i fakt ten należało wykorzystać w dalszej walce. Sobotę i niedzielę postanowiono przeznaczyć na odpoczynek i przygotowania do szturmu..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 134

"...Z nieudanego pierwszego ataku krzyżowcy wyciągnęli ten wniosek, że należy przede wszystkim zapewnić większą liczbę drabin i rzucić do walki przeciwko wieżom więcej żołnierzy. Aby to osiągnąć, zadecydowano, że nefy trzeba połączyć ze sobą w pary. Takie pływające jednostki, na kształt dzisiejszych katamaranów, zwiększając swoją stabilność i powierzchnię pokładu, na którym zamiast jednej można było ustawić dwie drabiny, zdaniem pomysłodawców musiały mieć wyższą zdolność bojową. Innowacja ta bez wątpienia dawała możliwość jednoczesnego ataku większej liczby ludzi, a przez to prowadziła do rozproszenia wysiłku obrońców..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 135

"...Powtórny szturm na miasto został poprzedzony kazaniem i powszechną komunią. [...] Biskupi powiedzieli, że w imieniu Boga i papieża odpuszczają grzechy wszystkim, którzy szturmowali, i biskupi rozkazali pielgrzymom, by wszyscy bardzo dobrze wyspowiadali się i przyjęli komunię, i aby nie lękali się atakować Greków, ponieważ są oni wrogami Pana”.


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 136

"...Atak wyznaczony na poniedziałek rozpoczął się z samego rana. Po stronie oblegających wzięli w nim udział wszyscy zdolni do walki mężczyźni. [...] Od początku walczący bili się z największym poświęceniem, a wrzawa towarzysząca szturmowi była tak duża, iż „zdawało się, iż ziemia drży”. Połączone w pary nefy i towarzyszące im huissy, i galery podpłynęły możliwie najbliżej murów obronnych i rzuciły kotwice. „A kiedy zakotwiczyli, to rozpoczęli mocno atakować i strzelać, i miotać, i rzucać na wieże grecki ogień, ale ogień nie mógł ich opanować, dlatego że były one pokryte skórami. A ci wewnątrz mocno bronili się i dobrze wyrzucali pociski z 60 kamieniomiotów [...]”. Wielkie kamienie, niemożliwe do podniesienia przez jednego człowieka, spadały na okręty, jednak dzięki poczynionym zabezpieczeniom, nie czyniły im większej szkody. Krzaki winorośli i drewno doskonale amortyzowały uderzenia. Ginęli natomiast lub odnosili ciężkie rany ludzie. Większość nef nie była w stanie zagrozić wieżom. Ich konstrukcje zostały na tyle podniesione, że tylko niewiele drabin sięgało szczytu, ponadto statki pozostawały jednak w zbyt dużym oddaleniu od murów obronnych. [...] Było oczywiste, że w takiej sytuacji atakującym będzie niezmiernie trudno dokonać jakiegokolwiek wyłomu w obronie, a każda godzina upływająca jedynie na wymianie pocisków przybliża ich do kolejnego niepowodzenia. Zdawali sobie z tego sprawę obrońcy Konstantynopola, walcząc z największym poświęceniem. Zachęcał ich do walki cesarz, który jednak czynił to z pewnego oddalenia. Jego stanowisko znajdowało się w bezpiecznym miejscu na wzgórzu w nieznacznym oddaleniu od fortyfikacji, gdzie rozstawiono wielkie, kolorowe namioty i skąd Murzuflos w obecności dworskich dostojników i adiutantów obserwował wzmagający się bój..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 138-139

"...O wszystkim zadecydował przypadek, jakich wiele zna historia wojen. Kiedy po wielu godzinach walki wydawało się, że wysiłki łacinników i ich floty, szamocącej się bezsilnie wzdłuż majestatycznych murów, nie przyniosą efektów, stało się coś, co później w obozie Franków uznano za cud. Raz jeszcze oddajmy głos kronikarzowi: „A pielgrzymi atakowali dotąd, dopóty zniesiona nefa biskupa Soissons nie uderzyła o jedną z tych baszt, dzięki cudowi boskiemu, gdyż morze nigdy nie jest spokojne; a na mostku nefy był pewien Wenecjanin i dwaj uzbrojeni rycerze; gdy nefa uderzyła o tę wieżę, Wenecjanin uchwycił się nogami i rękami i wykręcając się, jak mógł, dostał się doń. Kiedy w niej był, a żołnierze, którzy byli na tym piętrze, Anglowie, Duńczycy i Grecy, zobaczyli go, doskoczyli doń z siekierami i mieczami, i całego rozsiekali na kawałki”. Wenecjaninem, który jako pierwszy wdarł się na basztę i również jako pierwszy okupił ten wyczyn śmiercią, był Piotr Albertini. Zaś podwójna nefa, tak szczęśliwie rzucona przez fale na wieżę, składała się z dwóch okrętów — Raju i Pielgrzyma. Wspomniani przez Clariego dwaj rycerze nazywali się Andrzej Dureboise i Jan z Choisy. I właśnie na pierwszego z nich czekała niezmierzona sława zdobywcy baszty. Kiedy nefa powtórnie w nią uderzyła, frankoński rycerz uczepił się drewnianej konstrukcji i po krótkiej chwili dostał się do środka. Ku niemu natychmiast rzucili się obrońcy, wymierzając śmiałkowi ciosy mieczami i siekierami. Stała się jednak rzecz zdumiewająca. Osamotniony Dureboise nie dał się powalić wrogom ani zepchnąć ze szczytu wieży. Życie uratowała mu zapewne w równym stopniu doskonała zbroja, jak i konsternacja załogi wywołana jego pojawieniem się na górnym piętrze baszty. Ogarnięci paniką obrońcy popełnili niewybaczalny błąd. Zamiast za wszelką cenę pozbyć się intruza, zbiegli na niższe piętro. Dureboise stał się panem najwyższej platformy i to okazało się wstępem do zdobycia Konstantynopola. Po chwili dołączył do niego Jan z Choisy i obaj, przez nikogo nie niepokojeni, za pomocą grubych lin przywiązali nefę do wieży. Teraz kolejni rycerze mogli bez większych problemów przedostać się do baszty..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 139-141

"...Do jednej z sąsiednich baszt przybił okręt Piotra z Bracieux i jego załodze po krwawym szturmie powiodła się podobna sztuka. Zdobycie dwóch pierwszych wież, a następnie opanowanie dwóch kolejnych sąsiednich baszt przyjęte zostało przez oblegających z ogromną radością. Nie oznaczało jednak jeszcze zdobycia miasta, jedynie je przybliżało. Frankowie, którzy znaleźli się w opanowanych basztach, nie byli w stanie ich opuścić i kontynuować natarcia..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 141

"...Irytujący pat został niespodziewanie przezwyciężony za sprawą brata kronikarza, kleryka, niejakiego Alaume'a de Clari. Znalazł się on w grupie 10 rycerzy i ponad 60 żołnierzy, który wraz z Piotrem z Amiens wyszli z okrętu na skrawek lądu oddzielający mur od wód zatoki. [...] Któryś z jego ludzi dostrzegł w murze niewielkie, zamurowane wejście stanowiące kiedyś zapewne sekretną furtkę. Zbliżenie się do niego nie było łatwe, gdyż ze szczytu murów i sąsiednich wież sypała się ulewa kamieni i strzał. Pomimo to Frankowie, chroniąc się pod tarczami, dopadli do ściany i toporami, mieczami, drągami i kopiami zaczęli rozbijać słabszą w tym miejscu konstrukcję. Na ich głowy polały się wrzątek, gorąca smoła i ogień grecki. Część ludzi zginęła, wielu odniosło rany. Nie powstrzymało to jednak pozostałych i niebawem udało im się wybić w murze duży wyłom..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 141-142

"...Śmiałość odnalazł w sobie jeden z nich, wspomniany już Alaume de Clari. Odrzucił stanowczo rady towarzyszy, w tym również brata, aby nie wstępować w wyłom, i sam jeden, odpychając od siebie Roberta, który siłą usiłował go zatrzymać po drugiej stronie, przez wybity otwór ruszył ku miastu. Było absolutnie oczywiste, iż jego czyn zakrawa na czyste szaleństwo i pojedynczy człowiek, wynurzający się po drugiej stronie muru, nie może w niczym zagrozić obrońcom. [...] większości krzyżowców mające znamiona cudu. Widząc grupę kilkudziesięciu napastników wyłaniających się po wewnętrznej stronie muru, obrońcy gremialnie zaczęli się cofać i opuszczać swoje stanowiska w sąsiedztwie wyłomu..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 142

"...Frankowie nie tracili czasu na roztrząsanie przyczyn niepojętego zachowania Greków. Ich dowódca wysłał część ludzi do najbliższej bramy z rozkazem rozbicia ryglujących ją zamków i otwarcia wrót dla oczekujących po drugiej stronie murów krzyżowców. [...] Kiedy ich dwa skrzydła zostały z hukiem rozsunięte, los Konstantynopola był ostatecznie przesądzony. [...] Wkrótce dwie kolejne bramy zostały otwarte na oścież i fala łacinników zaczęła wdzierać się do miasta. Teraz panika, która wcześniej udzieliła się jedynie części obrońców, objęła niemal wszystkich, zarówno żołnierzy, jak i mieszkańców. Pospołu zaczęli uciekać w głąb miasta, wielu z nich padło pod mieczami zdobywców, którzy bez pardonu wyrzynali wszystkich napotkanych Greków..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 143-144

"...Jednak krzyżowcy nie od razu ruszyli ku centralnym dzielnicom i nie od razu rozpoczęli rabunek Konstantynopola. Ich oddziały, po wkroczeniu w obręb murów obronnych, zatrzymały się nieopodal nich. Stało się tak na wyraźny rozkaz baronów, którzy odbyli krótką naradę i uznali, iż nieprzygotowana pogoń za cofającymi się obrońcami może przynieść fatalne konsekwencje..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 144-145

"...Noc z 12 na 13 kwietnia oddziały łacinników spędziły na gołej ziemi po obu stronach murów, w najbliższej okolicy zdobytych wież i bram. Część ludzi biwakowało prawdopodobnie na pogorzelisku po lipcowym pożarze miasta, wznieconym przez Wenecjan. Baldwin flandryjski i jego oddziały skorzystały ze zdobytych cesarskich namiotów, ludzie jego brata natomiast rozłożyli się obozem przed pałacem Blacherny. [...] Istniejąca ciągle olbrzymia dysproporcja sił wpływała na wyobraźnię i kazała się liczyć z koniecznością długotrwałych, uporczywych bojów o kolejne dzielnice stolicy. Jednak do nich nie doszło. Nic nie wskazywało także na to, że kolejny raz zostanie podpalone miasto, aby ogniem odgrodzić się od wroga. Jednak pożar wybuchł, a jego sprawcy pozostali nieznani. „Tej nocy, od strony leży Bonifacego, markiza z Montferrat, nie wiadomo jacy ludzie, obawiając się, by nie zaatakowali ich Grecy, podłożyli ogień pomiędzy nimi a Grekami. I miasto zaczęło płonąć, a ogień był bardzo silny i gorzał całą noc, i nazajutrz aż do wieczora. I to był trzeci pożar w Konstantynopolu, od kiedy Frankowie weszli w tę ziemię..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 145-146

"...Murzuflos, nie czekając ranka, potajemnie zbiegł z miasta. Poza strażą przyboczną i grupą dostojników zabrał ze sobą żonę cesarza Aleksego III, Eufrozynę, a także jej córki. [...] Ucieczka cesarza spowodowała dodatkowe zamieszanie, ale również próbę ratowania sytuacji przez powołanie na tron kolejnego basileusa. W kościele Mądrości Bożej purpurę wręczono Teodorowi Laskarysowi, wbrew jego woli. Nie mogło być większego pożytku z takiego władcy. Podobnie jak Murzuflos, on również nie widział szans na uratowanie miasta przed łacinnikami i podobnie jak poprzednik, czym prędzej je opuścił. [...] W ślady Murzuflosa i Laskarysa poszła ogromna rzesza dostojników dworskich i arystokratów.


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 146-147

"...Kiedy 13 kwietnia obudził się dzień, stolica wiekowego Cesarstwa Wschodniorzymskiego, miasto szczycące się potężnymi murami, które w swoich długich dziejach powstrzymało hordy nadchodzące od strony Europy i z Azji, niezdobyty dotychczas Konstantynopol stał otworem przed łacinnikami. Oni sami nie od razu zdali sobie z tego sprawę. Oczekiwali nadchodzących w ordynku oddziałów wroga, rosnących odgłosów wrzawy wojennej, tymczasem przywitała ich cisza i naprzeciw nie wyszedł nikt, kto zamierzałby się z nimi bić. Krzyżowcy zaczęli przeczesywać najbliższy teren, ale nigdzie żaden z wysłanych przez nich oddziałów nie natknął się na wroga. Grecy nie zamierzali walczyć. Wkrótce fakt ten znalazł oficjalne potwierdzenie. Do obozu Franków przybyła wiernopoddańcza delegacja gwardii wareskiej i mieszkańców Konstantynopola, w licznej asyście miejscowych kapłanów. Wedle Gunthera z Pairis, Grecy zwrócili się do Bonifacego z Montferratu jak do przyszłego cesarza; w ich proklamacji pojawiła się formuła: „Aiios Phasilieos marchio” — Święty Cesarz Markiz..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 147-148

"...Bonifacy z Montferratu ruszył z mocnym podjazdem w kierunku pałacu Bukoleon. Jego wnętrze wypełniał tłum przerażonych kobiet spośród najwyższych sfer Konstantynopola. [...] Potem ludzie markiza zajęli także Hagię Sophię. Niemal jednocześnie w ręce Henryka z Flandrii wpadł pałac Blacherny, w którym poza gromadą wystraszonych greckich notabli również znaleziono wielkie skarby..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 148

"...Inni baronowie i rycerze zaczęli zajmować wszystkie większe i wystawniejsze pałace stolicy i zostawiać w nich swoje załogi. Robert z Clari ubolewał, że wodzowie wyprawy oszukali pielgrzymów, zakazując im ruszania w głąb miasta i zajmowania odpowiednich siedzib, podczas gdy sami weszli w posiadanie wszystkich najwygodniejszych i najbogatszych miejsc. Jednak i oni doczekali się satysfakcji: „A kiedy biedni ludzie dowiedzieli się o tym, to ruszyli, czym prędzej, wzięli to, co mogli wziąć; znaleźli wiele [mieszkań] i wiele ich zajęli, a wiele pozostało, ponieważ miasto było bardzo wielkie i wielce ludne”. Dość niewinnie brzmiące zdanie skrywa w rzeczywistości tragedię Konstantynopola. Stanowi kwintesencję trzydniowej grabieży, na jaką zostało wydane nieszczęsne miasto..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 149

ozdoba

"...Francuzów i Flamandów natomiast ogarnął szał niszczenia. Rozpasany motłoch rozbiegł się po ulicach, rabując wszystko, co błyszczało, niszcząc wszystko, czego nie można było zabrać, zatrzymując się tylko po to, aby mordować i gwałcić lub włamywać się do piwnic z winem. Nie oszczędzono ani klasztorów, ani kościołów, ani bibliotek. W kościele Bożej Mądrości pijani żołnierze zdzierali jedwabne zasłony, rozbili na kawałki srebrny ikonostas, deptali po świętych księgach i ikonach. Kiedy rozpasani żołnierze zaczęli popijać z naczyń liturgicznych, jedna z ladacznic zasiadła na tronie patriarszym i zaśpiewała karczemną piosenkę francuską. W klasztorach gwałcono zakonnice. Wdzierano się zarówno do pałaców, jak i ruder, niszcząc je doszczętnie. Na ulicach konały od ran kobiety i dzieci. Ów bestialski rozlew krwi i grabieży trwał całe trzy dni, aż w końcu to piękne, ogromne miasto obróciło się w ruinę”. Runciman, doskonały historyk o wyrazistych poglądach i świetnym piórze, bez wątpienia mocno przesadził. Szczególnie fragment o ekscesach w Hagii Sophii, czyniący z grupy zezwierzęconych żołdaków i pijanej prostytutki reprezentację krzyżowców w ogólności i nadający ich haniebnemu wybrykowi rangę symbolu obudowanego zbyt ideologiczną interpretacją, stanowi nadużycie..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 153

"...Jako najwspanialszy swój łup Wenecjanie przywieźli do rodzinnego miasta sławną kwadrygę z VI wieku przed Chrystusem, która dziś zdobi fasadę katedry św. Marka. Teraz wybiła też godzina łowców relikwii. Gunther z Pairis z naiwną szczerością opisuje, jak to jego opat, Marcin, w kościele Pantokratora groził miejscowemu greckiemu kapłanowi śmiercią, póki ten nie wskazał mu zbioru relikwii, który na opacie wywarł wrażenie większe niż wszystkie skarby Grecji: „Pospiesznie i chciwie zanurzył w nich obie ręce, a podkasawszy habit, napełnił jego poły kościelnym świętym łupem”, by następnie, śmiejąc się radośnie, zanieść swą zdobycz na statek. Spisana przez Gunthera lista owych relikwii dowodzi, że Marcin był w rzeczy samej rosłym mężczyzną, albowiem na trofea te złożyły się ślad Krwi Pańskiej, kawałek prawdziwego krzyża Chrystusowego, niemała część św. Jana, ramię św. Jakuba, stopa św. Kośmy, ząb św. Laurentego, relikwie dalszych 28 świętych płci męskiej i ośmiu żeńskiej oraz pamiątki, głównie okruchy kamienne, z szesnastu miejsc świętych. Także we Francji znanych jest jeszcze mnóstwo relikwii, które zrabowano wówczas w Konstantynopolu..."


Fragment książki: H. E. Mayer "HISTORIA WYPRAW KRZYŻOWYCH" s. 326-327

"...Precyzyjne określenie wartości łupów zagarniętych przez krzyżowców nie jest możliwe. Wszystkie relacje naocznych świadków różnią się ze sobą, podobnie jak oceny dokonywane przez historyków. Często pojawia się w nich liczba 800 000 lub 900 000 marek, co ma związek z zapiskiem pozostawionym przez Villehardouina: „Dobrze możecie wiedzieć, że wielka była zdobycz; gdyż bez tego, co ukradziono, i bez części Wenecjan, zostało dobrze czterysta tysięcy marek srebra, i dobrze dziesięć tysięcy uprzęży, takich i innych”. Część badaczy sądzi jednak, że wartość zdobyczy była dużo niższa, pisząc o sumie 300 000 marek do podziału pomiędzy krzyżowców i Wenecjan. Oznaczałoby to, iż Frankowie uzyskali 150 000 marek, z czego 50 000 zostało zwrócone Wenecjanom z tytułu zaległych rozliczeń. Pozostałość rozdzielono pomiędzy poszczególnych krzyżowców i nie były to bynajmniej kwoty, które mogłyby uczynić z nich bogaczy. W ręce rycerzy dostało się po 20 marek, a duchowni i konni wojownicy otrzymali połowę tej sumy. Najniżej, co zrozumiałe, wycenione zostały zasługi zwykłych piechurów, którzy dostali po 5 marek..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 159

"...Po zdobyciu stolicy Bizancjum najdonioślejszym wydarzeniem o charakterze polityczno-prawnym stał się wybór cesarza. Dokonano go w pałacu na placu Augustaion 9 maja 1204 r. [...] Cesarzem został wybrany Baldwin IX hrabia Flandrii i Hainaut. Do ostatniej chwili o wybór zabiegał Bonifacy z Montferratu, który wydawał się naturalnym kandydatem do tronu. Przemawiało za nim stanowisko wodza wyprawy, dotychczasowe dokonania, historia rodu zaangażowanego w ruch krucjatowy oraz stosunek Greków i gwardii wareskiej, widzących w nim następcę rodzimych władców. Teoretycznie jeszcze bardziej podniósł on swoje i tak duże szanse przez małżeństwo z wdową po Izaaku, Małgorzatą węgierską. W praktyce energiczny i ambitny hrabia Bonifacy był nie do zaakceptowania przez Wenecjan, którzy na cesarskim tronie woleli widzieć człowieka mniejszego kalibru i słabszego charakteru. Baldwin spełniał te warunki..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 161

"...Koronację wyznaczono na 16 maja. Odbyła się ona w Hagii Sophii i w pojęciu prawnym zapoczątkowała byt nowego tworu — Romanii (Cesarstwa Łacińskiego). Ceremonii towarzyszyła wielka pompa i przepych. Stawili się wszyscy łacińscy wielmoże i całe rycerstwo. Baldwin wystąpił w przepysznym stroju tkanym złotem i przyozdobionym szlachetnymi kamieniami. Kiedy wprowadzono go przed ołtarz, Ludwik z Blois podał mu cesarski sztandar, a Hugon z Saint-Pol wręczył miecz. Najważniejsze zadanie miał jednak Bonifacy z Montferratu, trzymający w swoich rękach koronę, oraz dwaj towarzyszący mu biskupi. Baldwin ukląkł i wówczas zdjęto mu z ramion pelerynę i palium, rozpięto chiton, a następnie został pomazany na cesarza. Bonifacy przekazał duchownym koronę, a oni ją pobłogosławili i zaraz potem włożyli na skronie Baldwina. Na jego szyi biskupi zawiesili pokaźnych rozmiarów drogocenny kamień, należący kiedyś do cesarza Manuela I. Cesarz zasiadł na tronie, trzymając w rękach wręczone mu insygnia władzy — berło i złotą kulę z krzyżem. Odbyła się msza. Po niej w otoczeniu baronów, wśród wiwatów, siedząc na białym rumaku, Baldwin przemieścił się do pałacu Bukoleon, aby odbyć koronację według tradycyjnego ceremoniału bizantyjskiego. Fakt ten miał przekonać szczególnie Greków do intencji kontynuowania dotychczasowego Cesarstwa..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 161-162

"...Tak zwana „krucjata” dobiegła końca i nikt już nie wspominał nawet o pomocy dla Ziemi Świętej. Zdobywcy na trwałe usadowili się w kraju. Papież i Zachód byli początkowo zachwyceni upadkiem znienawidzonego Konstantynopola, owej civitas diu profana („od dawna sprofanowanego miasta”). Gdy jednak papież dowiedział się o okrucieństwach lej napaści, był skrajnie przerażony. Mimo to pogodził się z zaistniałą sytuacją, albowiem miał w sobie dość optymizmu, by od silnego frankijskiego państwa w Grecji oczekiwać wydatnej pomocy dla Terra Sancta, u ponadto ustanowienia od dawna upragnionej unii Kościołów greckoprawosławnego i rzymskiego..."


Fragment książki: H. E. Mayer "HISTORIA WYPRAW KRZYŻOWYCH" s. 331

Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości