Świecie 1309

Po zdobyciu Gdańska, Tczewa, Nowego i Chojnic na przełomie lipca i sierpnia 1309 roku wojska krzyżackie przystąpiły do oblężenia Świecia.

"...Gród świecki ze względu na swoje usytuowanie znakomicie nadawał się do obrony. Leżał on na dość znacznej wyniosłości, a z każdej strony oblewany był przez wodę: od północnego zachodu przez Czarną Wodę (Wdę), od wschodu przez Wisłę i przez dodatkowy kanał od południowego wschodu, przekopany między Czarną Wodą a Wisłą jeszcze na rozkaz księcia Świętopełka. Fortyfikacje były drewniane, a chroniły je wał i częstokół. Słusznie zauważa H. Kobzianka, że nie mogli Krzyżacy pozostawić Świecia w rękach Polaków, gdyż mieliby wówczas wrogiego stróża granic pod bokiem i już prawdopodobnie na przełomie marca i kwietnia, a więc tuż po rokowaniach w Grabiach, podjęli pierwsze, jeszcze bezskuteczne, próby szturmowania grodu..."


Fragment książki: Piotr W. Lech "Pierwsza wojna polsko-krzyżacka 1308-1343" s. 26-27

"...Po zerwaniu rozmów z Zakonem strona polska podjęła jednak kroki zabezpieczające gród w Świeciu. Znajdował się on (od 1245 r.) na cyplu półwyspu, położonego u zbiegu wód Wisły i Wdy. Od strony wschodniej chroniony był rowem wypełnionym wodami obu tych rzek; osada handlowo-rzemieślnicza, pełniąca rolę miasta, leżała wówczas jeszcze na lewym brzegu Wisły. Walory obronne grodu świeckiego zostały wzmocnione silną załogą, którą Łokietek ulokował tam przed latem 1309 r. Były to oddziały zarówno rycerstwa pomorskiego, jak i dostanego z Kujaw i z ziemi łęczyckiej. Ich dowódcą został Kujawianin Bogumił z Pakości z rodu Leszczyców, który objął też funkcję kasztelana świeckiego.

Zakon podjął działania wojenne, które zmierzały do zdobycia Świecia - ostatniego punktu oporu polskiego nad dolną Wisłą. Został on oblężony zapewne na przełomie lipca i sierpnia 1309 r. przez oddziały krzyżackie, ponownie pod dowództwem komtura krajowego Henryka von Plötzkau..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 21

"...Liczebność sił polskich w grodzie świeckim nie jest znana, ale nie ulega wątpliwości, iż mogły one stawiać poważny opór oblegającym oddziałom Henryka von Plötzkau. Krzyżacy mieli wprawdzie sprzęt oblężniczy (tj. machiny), jednak bez wątpienia naturalne warunki obronne Świecia nie pozwoliły na jego pełne zastosowanie. Oblężenie przeciągało się przez dwa miesiące. Oddziały krzyżackie, zwłaszcza pod dowództwem komtura gniewskiego Zygfryda, próbowały metodą gróźb skłonić załogę polską do kapitulacji. Dla postrachu nakazał on wieszać schwytanych w okolicy chłopów pomorskich na szubienicach wzniesionych przed grodem świeckim..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 21-22

"...Wedle opowiadania Długosza Krzyżacy czterema wielkimi taranami bili w niskie i drewniane obwarowania zamku i krzyczeli, że ks. Przemysława i Kazimierza na szubienicy powieszą, o ile zamku nie poddadzą. Przekupili oni nadto jednego z rycerzy zamkowych, Jędrzeja Cedrowicza z rodu Gryfitów, który z jakimś towarzyszem w nocy popsuł i poniszczył sprężyny u kusz i inne urządzenia wojenne, po czym obaj zbiegli do Krzyżaków. Wówczas przypuścili Krzyżacy szturm. Oblężeni kilka dni jeszcze bronili się dzielnie, lecz potem widząc, że grozi zdobycie zamku, zawarli zawieszenie broni z Krzyżakami z tym, że wolno im będzie porozumieć się z Łokietkiem, czy im przyśle pomoc, czy nie. Gdyby w ciągu zawieszenia broni posiłki Łokietka nie nadeszły, poddadzą zamek Krzyżakom, a sami bezpiecznie ze swymi rzeczami odejdą. Łokietek wysłał niewystarczającą pomoc pod wodzą Jędrzeja, kasztelana rozperskiego, który nie zaczepiwszy nawet nieprzyjaciela opuścił Pomorze. Wtedy po ośmio- lub dziesięciotygodniowym oblężeniu zamek w Świeciu w kwietniu 1309 r. poddał się Krzyżakom, a załoga swobodnie odeszła..."


Fragment książki: Edmund Długopolski "WŁADYSŁAW ŁOKIETEK NA TLE SWOICH CZASÓW" s. 140

"...Warto w tym miejscu zatrzymać się, aby właśnie teraz przyjrzeć się ówczesnej technice oblężniczej. Według badań znawców tematu (np. J. Szymczaka czy A. Nadolskiego), wynika że technika ta nie wykazywała wyraźnych zmian w porównaniu z sytuacją znanej na naszych ziemiach we wczesnym średniowieczu. Można podzielić ją na dwie podstawowe kategorie. Pierwsza z nich obejmuje machiny do wyrzucania pocisków, stosowane zarówno przez oblegających, jak i obleganych. Druga natomiast obejmuje wszelkie urządzenia przeznaczone do bezpośredniego burzenia umocnień łub ułatwiające ich forsowanie, a także mające zapewnić walczącym dodatkową ochronę. Używano więc ruchomych wież, niekiedy wyższych niż obwarowania zdobywanego grodu, taranów „okutych" żelazem, ruchomych szop z desek umożliwiających względnie bezpieczny dostęp "do podnóża szturmowanych wałów, a także drabin, po których wdzierano się na wały. Większość machin budowano na miejscu, po przybyciu pod oblegany gród. Materiałem budulcowym było drewno, dlatego też obie walczące strony robiły użytek z ognia, chcąc zapalić konstrukcję przeciwnika. Czyniono to zarówno w ataku bezpośrednim, jak i za pomocą zapalających pocisków, czy to wypuszczanych z łuków i kusz czy też machin miotających wielkie płonące strzały lub naczynia z płonącą smołą. Znanym sposobem chroniącym przed ogniem było zastosowanie surowych skór zwierzęcych, jako warstwy wierzchniej machin, wież, czy też drewnianych umocnień.

Przy walkach o gród jazda rycerska nie odgrywała tak wielkiej roli, jak w otwartym polu, chyba że bój toczono w formie starć u podnóża twierdzy. Czyniono to jednak tylko wtedy, gdy obrońcy byli wystarczająco pewni swych sił. Główny jednak ciężar zdobywania grodu przypadał piechocie..."


Fragment książki: Piotr W. Lech "Pierwsza wojna polsko-krzyżacka 1308-1343" s. 27

"...Krzyżacy ustawili cztery machiny oblężnicze i za ich pomocą miotali w stronę grodu pociski, chcąc spowodować wyłomy w murach lub przynajmniej odjęcie załodze ducha do obrony. Ale i Polacy dysponowali jakimiś machinami, którymi także skutecznie ostrzeliwali krzyżackie pozycje. Bronili się twardo i oblężenie przeciągało się, trwając ogółem około czterdziestu dni. Czas działał na korzyść załogi, która z pewnością spodziewała się skutecznej odsieczy. Opór ten rozdrażnił Krzyżaków, którzy zaczęli mścić się na okolicznej ludności, chcąc w ten sposób zastraszyć obrońców. Szczególnym okrucieństwem miał odznaczyć się komtur Gniewa Zygfryd. Długosz na podstawie zeznań świadków z procesu warszawskiego barwnie opisał obronę Świecia. Przytoczmy więc fragment Długoszowej opowieści, dotyczącej właśnie wspomnianego komtura Zygfryda:

„Nadto w czasie oblężenia pewien Krzyżak Zygfryd, którego tytułowano komturem Gniewu, najzawziętszy wróg Polaków, stosował wobec nas następujący, najokrutniejszy sposób postępowania. Wyjeżdżał rankiem z obozu objuczony linami przywiązanymi do konia, na którym siedział, i przysięgał, że nie tknie tego dnia jedzenia wcześniej, aż zużyje wszystkie te liny na wieszanie Polaków. Tym bardzo nieludzkim, zbrodniczym postępowaniem doprowadził do tego, że nieszczęśni wieśniacy, ludzie chorzy, którzy nie schronili się do warownych miast, ponosili wśród straszliwych mąk śmierć z ręki wspomnianego komtura Zygfryda przez niezasłużone powieszenie, godne potępienia u najokrutniej szych barbarzyńców. Kiedy więc wspomniany Zygfryd dzięki tym występkom ponieważ mistrz bynajmniej ich nie zabraniał, ale raczej udawał, że ich nie dostrzega, albo je pochwalał — cieszył się uznaniem w wojsku mistrza pruskiego, wśród żołnierzy, którzy, jak to bywa u wojowników, skłonnych do pochwał dla okrucieństw, sławili i wynosili w pochwałach jego haniebne czyny, nagle dosięgła go zasłużona kara Boża. Kiedy bowiem pewnego dnia grzał przy ognisku zmarznięte członki, nagle chwycił go diabeł, udusił i wrzucił do ognia"


Fragment książki: Piotr W. Lech "Pierwsza wojna polsko-krzyżacka 1308-1343" s. 28-30

"...Wróćmy jednak pod wały. Obrona trwa już drugi miesiąc i Krzyżacy nie są w stanie rzucić na kolana Świecia. Świst strzał łuczników, głuche uderzenia o tarcze bełtów wypuszczonych z kusz, zgrzyty mechanizmów olbrzymich katapult i huk z jakim wielkie kilkusetkilogramowe głazy musiały trafiać w drewniane umocnienia. Trzask płomieni i nawoływania czeladzi, a pewnie i przebywających w grodzie kobiet, biegnących z wiadrami, aby ugasić ogień, zanim na dobre obejmie zabudowania. A podczas szturmów dźwięczne uderzenia mieczy, toporów, tasaków i kordów o tarcze, hełmy i pancerze. Krzyki rannych i walczących. W przerwach zaś pomiędzy starciami szept indywidualnych modlitw i śpiewy księży odprawiających msze za powodzenie. Po obu stronach modlono się do tego samego Syna Bożego..."


Fragment książki: Piotr W. Lech "Pierwsza wojna polsko-krzyżacka 1308-1343" s. 30

"...Łokietek tymczasem zwrócił się o pomoc do swego sprzymierzeńca Bolesława II płockiego, który mu jej udzielił. To także ważna wiadomość, jeśli weźmiemy pod uwagę późniejszy sojusz z Zakonem następcy Bolesława, księcia Wacława, który doprowadzi do wojny Mazowszan z królem połskim. Ponadto Władysław Łokietek wysłał z pomocą załodze Świecia oddziały wojskowe pod dowództwem sędziego sandomierskiego Michała i kasztelana rozpierskiego Andrzeja. Michał był Małopolaninem, zaś Andrzej sieradzaninem, stąd można przypuszczać, że oddziały, którymi dowodzili, składały się w przeważającej liczbie z rycerzy pochodzących z tych właśnie dzielnic. Krzyżacy musieli być dobrze poinformowani o zbliżaniu się posiłków i wiązali walką poszczególne oddziały, aby te nie mogły dotrzeć do Świecia. Wiemy z całą pewnością, że poza Wielkopolanami Piotra Drogosławicza, starli się z Krzyżakami Mazowszanie, którzy stoczyli bój już niedaleko wałów Świecia. Sieradzanie pod wodzą Andrzeja, wysłani zbyt późno, w ogóle nie dotarli na Pomorze. Natomiast o Małopolanach Michała nic pewnego powiedzieć nie możemy.[...]

Według zeznań świadka z procesu warszawskiego Krzyżacy zgodzili się zawrzeć z obleganą załogą rozejm na cztery tygodnie. W ich trakcie miał swobodnie udać się do Łokietka posłaniec z grodu z prośbą o pomoc. Jeżeli zaś książę nie przybyłby w tym czasie, załoga miała poddać się bez dalszej walki, otrzymując prawo swobodnego wyjścia z twierdzy. Ten rycerski gest Krzyżaków prawdopodobnie był spowodowany ich świadomością, że Łokietek nie jest w stanie udzielić pomocy. I rzeczywiście po ponad dwumiesięcznym oblężeniu Świecie musiało skapitulować. „ Widziałem wielu rannych i pokrwawionych, przybywających z Pomorza" - opowiadał potem jeden ze świadków, mieszczanin brzeski..."


Fragment książki: Piotr W. Lech "Pierwsza wojna polsko-krzyżacka 1308-1343" s. 31-32

"...Załoga polska w Świeciu w końcu września 1309 r. zmuszona została do kapitulacji (być może z powodu braku żywności i nadziei na skuteczną odsiecz), z prawem swobodnego odejścia. Wojska krzyżackie zajęły ostatni punkt oporu polskiego nad dolną Wisłą..."


Fragment książki: Marian Biskup "Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521" s. 22

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości