Łuck 1431

"...Na wezwanie do poddania zamku, dnia następnego wysłane, dał tenże hardą odpowiedź: musiano więc przystąpić do regularnego oblężenia. Nie brakło machin oblężniczych: król, wybierając się na wyprawę, kazał je sprowadzić z Krakowa. W dniach następnych osaczono wtedy zamek ze wszystkich stron, zamknięto mu dowóz wody i żywności. Sam król rozbił swoje namioty po drugiej stronie Styru, w dolinie koło drewnianego kościoła św. Krzyża naprzeciw zamku. Pierwsze dni zajęte były samymi tylko „przygrywkami", tj. niezawodnie harcami luźnych ochotników, walczących ze sobą przed murami miasta w obliczu obu stron. Przyprowadzono do obozu na wpół nagiego Andrzeja biskupa łuckiego, który jako Polak udał się do obozu królewskiego, lecz w drodze przez własnych ziomków Polaków napadnięty i obdarty, znalazł się w obozie w takim stanie, iż go na rozkaz królewski marszałek Jan z Oleśnicy przyodziewać musiał. Przybyli w tym czasie pod Łuck, z wycieczki swojej do ziemi bełskiej, Kazimierz ks. mazowiecki i Mężyk z Dąbrowy, weseli, zwycięzcy; nie zdołali zająć tylko Oleska, lecz na staroście tamtejszym Bohdanie Rohatyńskim, który, chociaż znaczne dobra od króla posiadał, potajemnie do Swidrygiełły uciekł, wymusili przyrzeczenie, że Olesko zwróci, skoro Łuck się podda królowi. Tymczasem przystawiono machiny „bombardy" do murów i zaczęto bić w nie z wielkim skutkiem: już kilka wież leżało w gruzach, znaczny wyłom zrobiono w murze. Lecz król, powiada Długosz, niechętny był temu i dał się słyszeć wobec niektórych rycerzy z życzeniem, aby zaniechano rzucania pocisków. Zdarzało się też, że w nocy potajemnie niektórzy Polacy przekradali się do zamku i tu naradzali się z oblężonymi, zachęcali ich do wytrwania i zaopatrywali w żywność, której wielki brak już dawał się odczuć. A chociaż niektórzy z nich przez warty pochwyceni zostali, wyszli jednak bez kary, co dało powód do posądzania króla, jakoby i to się działo za jego wiedzą. Lecz cóż Swidrygiełło? W wojsku sądzono z początku, że on w bitwie pod Łuckiem zginął, mówiono, że znalazła się jego odzież skrwawiona, że go już król opłakał; nagle jednak dnia 6 sierpnia gruchnęła wieść, że on żyje, że w Stepaniu niedaleko od Łucka gromadzi wojsko i nazajutrz rano przybędzie z odsieczą. Wielki był stąd ruch w obozie przez całą noc, a ze świtem cale wojsko wyszło z namiotów i ustawiło się do bitwy. Ale wielki książę się nie pokazał. Przybył tylko poseł jego Czata i przyniósł list od chana tatarskiego z wezwaniem do króla i panów polskich, żeby odstąpili od wojny z Litwą a Podole oddali Swidrygielle, gdyż on, chan, jako jej właściciel, ziemię tę Swidrygielle na wieczne czasy podarował. Wzbudziło to tylko śmiech w obozie, gdyż wszyscy byli przekonani, że list ten sam wielki książę napisał. Czy tak było rzeczywiście, trudno powiedzieć, choć zauważyć można, że nie było w tym liście nic nieprawdopodobnego, gdy, jak wiemy, Swidrygiełło pozostawał w bliskich stosunkach z Tatarami, a owa darowizna Podola przypomina zupełnie styl listów chanów tatarskich, którzy zwykle rozdarowywali kraje, które nie były ich. Lecz w każdym razie zajście to jest charakterystyczne, że, kiedy się od Swidrygiełły odsieczy spodziewano, on tymczasem listami tatarskimi straszyć usiłował.

Dnia 13 sierpnia, w poniedziałek, postanowiono szturm ogólny. Już mury były dość roztrącone i obnażone, w wielu miejscach zrobiono wyłomy. Całe wojsko równo ze świtem rzuciło się ku zamkowi, pod murami i na murach zawrzała walka zawzięta; już wielu było na częstokołach, wielu wyłomami wdarło się do zamku; atoli nie było stąd pożytku, bo brakło kierownictwa; walczono silą tylko, dzidami, mieczami i strzałami, nie sztuką i pomysłem; nikt muru nie podkopywał ani siekierami nie rozrąbywał parkanu; nie było nikogo, kto zachęciłby, zarządził i doglądał, świeżych ludzi na miejsce rannych dostawił, nieprzyjaciela swoim głosem odstraszył; lecz każdy walczył za siebie i ustępował nie pytając nikogo: nabiera więc strwożony nieprzyjaciel otuchy, kuszami, procami, kafarami, strzałami, kamieniami, odpędza szturmujących z murów i z drabin, bije, kładzie i rani i do haniebnego ustąpienia przynagla. Mówili pobożni w wojsku, że to kara Boża za to, że Polacy jak poganie nie poszanowali w tej wojnie Kościołów i sług Bożych. Szturm został wtedy odparty. Lecz wieczorem po zachodzie słońca Jursza przysłał parlamentarzy z prośbą o trzydniowe zawieszenie broni i o glejt dla swoich wysłańców do Swidrygiełły: jeżeli w tym czasie żądanej od wielkiego księcia odsieczy nie otrzyma, przyrzeka zamek oddać królowi. Nikt nie wątpił, powiada Długosz, że to podstęp, lecz trudno było opierać się królowi: zawieszenie broni zostało zawarte do wieczora dnia trzeciego. Skoro jednak na drugi dzień Jursza mury naprawił, oświadczył krnąbrnie królowi, że mu już zawieszenia nie potrzeba; niech robi, co chce, on zamku nie odda. W dzień szturmu, tj. 13 sierpnia, przybyli także posłowie Swidrygiełły, Andruszko Niemirowicz i Bahoza, z listami wierzytelnymi wielkiego księcia i innych książąt, tudzież bojarów litewskich i ruskich, z żądaniem, iżby z obu stron wyznaczono po dwunastu pełnomocników i tym oddano spór do rozstrzygnięcia. Król po mowie posłów poznał, jak sam o tym pisał, że tym razem zamiary są szczere: po naradzie z panami przystał więc na to żądanie; zjazd, chociaż posłowie dłuższego terminu żądali, miał się odbyć w przyszły piątek, tj. 17 sierpnia, w obozie królewskim, na który posłowie litewscy otrzymali glejty polskie; do tego dnia miano zachowywać zawieszenie broni. Jakoż odtąd rzeczywiście Świdrygiełło zdawał się mieć szczerą chęć zawarcia, na razie wprawdzie nie pokoju, ale dłuższego rozejmu.

Walki pod Łuckiem jednak wnet uległy wznowieniu. Jeszcze nie skończyło się przyzwolone zawieszenie broni, gdy Jursza w dzień ostatni zawieszenia, w piątek 17 sierpnia, wypadł nagle na spokojnie grające w szachy placówki polskie i o mało nie położył trupem znakomitego rycerza Mikołaja Slankę z Łapsowa, którego tylko sługa Stefan, poświęceniem własnego życia, od śmierci uratował. Równocześnie zamek królewski Ratno, który trzymał w tenucie bawiący przy wojsku Hryćko Kierdejowicz, dostał się, przez zdradę mieszkańców Rusinów, nieprzyjaciołom. Mała ich garstka, tym powodzeniem zachęcona, wtargnęła następnie do ziemi chełmskiej, na tyły wojska królewskiego; lecz przez burgrabię chełmskiego, Ciołka, z garstką 130 ludzi niespodziewanie napadnięta, prawie zupełnie zniesiona została. Szczęśliwą była wycieczka czterech rycerzy polskich, Piotra Szafrańca, Piotra Miedzuskiego, Dziersława Włostowskiego i Hryćka Kierdejowicza z 2000 ludzi w okolice Krzemieńca. Kiedy bawili na wyspie koło wsi Tywanie, kniaziowie Wasyl i Bałaban, mając ich za drobny oddział pikowników, wyszedłszy z Krzemieńca we wtorek, 21 sierpnia, o świcie ich napadli, lecz ponieśli taką klęskę, że prawie wszyscy polegli. Z wielką zdobyczą wrócili zwycięzcy do obozu; bydło, które z sobą przypędzili, wystarczyło na sprawienie uczty całemu wojsku.

Tymczasem posłowie Swidrygiełły, jak twierdzi Długosz, któremu jedynie zawdzięczamy tę relację, przybyli do obozu, o dzień później, niż mieli przybyć, bo dopiero w sobotę 18 sierpnia, nie w piątek, i nie było ich dwunastu, lecz tylko ośmiu, między nimi książęta Olelko i Wasyl, tudzież Gedigold. Rokowano przez trzy dni i nie doprowadzono sprawy do końca; w poniedziałek stanęło na tym, że w przyszły czwartek, tj. 23 sierpnia, pełnomocnicy obu stron mieli się zjechać ponownie, w miejscu wskazanym tym razem przez wielkiego księcia; ułożono nowe zawieszenie broni, od poniedziałku do niedzieli, tj. od 20 do sierpnia trwać mające; obiecano sobie wzajemnie ogłosić to zawieszenie obu wojskom; królewskim wojskom miało być wolno w czasie rozejmu zbierać furaż, siano i żywność dla koni, wyjąwszy dobytki i sprzężaje, i bawić się w rzekach rybołówstwem; oblężeni natomiast nie mogli w czasie rozejmu wychodzić z zamku, sprowadzać siana, drzewa, wody i żywności, choć złamanie tego postanowienia miało być tylko karane, ale zawieszenia broni nie zrywało. Król wystawił z powodu tej umowy nowy glejt dla Litwinów, co i wielki książę miał uczynić. Niezawodnie odbył się ten drugi zjazd, choć zresztą nie mamy o nim

wiadomości, albowiem w piątek 24 sierpnia przybyli do króla książęta Jerzy, Siemion i Wasyl, tudzież pięciu jeszcze panów litewskich, aby sprawę ostatecznie załatwić. Ze zdumieniem, powiada Długosz, usłyszano teraz nowe żądanie Świdrygiełły, aby mianowicie do rozejmu wciągnięci byli także Krzyżacy i Wołosi; dopiero teraz zaczęto się domyślać, co to się knowało w ukryciu. Lecz był to jeden powód więcej do spiesznego zawarcia choć tymczasowej zgody ze Swidrygiełłą: król przystał i na to ostatnie żądanie, a tak w niedzielę 26 sierpnia gruchnęła po obozie wiadomość, że został zawarty pokój tymczasowy. Odzywały się wprawdzie głosy z powątpiewaniem i podejrzeniem, że to znowu podstęp, iżby tymczasem można było zebrać wojsko z Tatarów i Wołochów i wytrzymać króla pod Łuckiem do jesieni i zimy; lecz wiadomość była prawdziwą, król rzeczywiście dnia 26 sierpnia wystawił swój dokument zawartego rozejmu. Z dokumentem tym wybrali się z powrotem pełnomocnicy litewscy, z nimi dwaj panowie polscy, Sędziwój z Ostroroga, wojewoda poznański, i Wawrzyniec Zaręba, kasztelan sieradzki, w celu wymiany dokumentów.

Ale w walce mimo wszystko nie ustawano: skoro upłynęło zawieszenie broni, przystawiono ponownie do murów straże i puszczono w ruch machiny; ku powszechnemu podziwowi bronili się oblężeni z największą wytrwałością i najlepszym skutkiem, tak, że i tym razem, jak to bywa najczęściej, zaczęto się podejrzewać o zdradę. Podejrzewano nawet takich ludzi, jak Zaręba, który właśnie z dokumentem rozejmu udał się do wielkiego księcia; wiele z tego powodu było później hałasu i kłótni; Stanisław Ćwikła z Konina wezwał Zarębę na rękę, głosząc wszem wobec, że on jest sprawcą niepowodzeń, zdrajcą względem króla i narodu. Oczywiście, że i król był winien. Starzec to już był więcej jak osiemdziesięcioletni, zgrzybiały i prawie niewidomy, nie mogło być o tym mowy, żeby sam osobiście wszystkim kierował: dlatego sam wyznaczył w tym celu swoich zastępców, Ziemowita, księcia mazowieckiego, i dziesięciu panów. Ustawiono teraz z drugiej strony Styru nową machinę oblężniczą, nader zmyślnie i sztucznie z drzewa zbudowaną a nazwaną Prok, która zaczęła ciskać niezmiernej wielkości kamienie i padlinę końską do zamku. Rzecz nowa i niezwykła rzuciła postrach na oblężonych, prosili czym prędzej o zawieszenie broni, a król poczciwy zgodził się, „nie bez goryczy i wstydu Polaków", bo teraz, jak twierdzono, można było i zamek wziąć i wojnę skończyć zaszczytnie.

Nowa w tym czasie wieść rozeszła się w obozie. Oto wojewoda mołdawski, Aleksander, lennik Polski, który, jak wiemy, zawarł sojusz ze Swidrygiełłą, wypowiedział wojnę królowi, podając za jedyną przyczynę usiłowania króla, aby zniszczyć wiarę grecką; zarazem zebrawszy wszystkie swoje siły, wpadł na Podole i na Ruś, zniszczył okropnie powiaty śniatyński, halicki i kamieniecki, uprowadzając ze sobą wielką zdobycz w ludziach, bydle i dobytku. Natychmiast wysłał król z obozu braci Buczackich, Teodoryka, Michała i Mużyłę, z inną szlachtą podolską i ruską, którzy z największym pośpiechem udali się na Podole; tu napadli niespodziewanie rozrzucone za łupami wojsko mołdawskie i krwawą wywarli zemstę na łupieżcach, a wojewoda, zaledwie zdołał się uratować ucieczką. W tym czasie, od 28 sierpnia, łupili już i Krzyżacy ziemie dobrzyńską i kujawską: trudno, żeby jakaś wieść o tym pod Łuck nie dotarła. Powszechne zresztą już w obozie polskim było pragnienie pokoju. Pospolite ruszenie nigdy długo pod murami miast wytrwać nie zdołało; zbliżała się teraz jesień, której się powszechnie obawiano; padały setkami konie od ościstej pszenicy, jaką wydaje bujna ziemia wołyńska. Z gorączkową niecierpliwością oczekiwano wtedy rezultatu prowadzonych ze Swidrygiełłą rokowań, i ze zdumieniem, lecz i z największym zadowoleniem, przyjęto dnia 2 września wiadomość, że wielki książę dzień przedtem wystawił dokument rozejmu, że zaraz potem wymiana dokumentów nastąpiła. Kamień spadł z serca Polakom: raczej wszystkiego można się było spodziewać, niż zgodności Swidrygiełły w tej chwili, kiedy jego sprzymierzeńcy właśnie rozpoczynali wojnę. [...]

Długosz wyraźnie podnosi wielkie okrucieństwa, jakich się podczas walk pod Łuckiem z obu stron dopuszczano. Rusini i Litwini dali według niego początek. Jeńców polskich na murach w obliczu wojska nieraz rąbano na kawałki lub innymi męczono wyszukanymi sposobami. Pięciu dominikanom Polakom, z miasta uciekającym, sromotną śmierć zadano. Haniebnym zabobonem rozwścieczeni, Jursza i oblężeni mieszkańcy łuccy, za radą Żydów, dymem z rzuconych na ogień wnętrzności zabitego młodzieńca polskiego okadzali ściany i kąty zamku przy śpiewie jakichś guseł, aby zamek uczynić niezdobytym. Skoro zaś wojsko królewskie odeszło od Łucka, miano Polaków tam pozostałych pojmać lub wymordować, a kościół św. Krzyża w Łucku, tudzież wszystkie prawie kościoły katolickie w ziemi łuckiej, zamieniono w zgliszcza i perzynę. Wszystko to są rysy, właściwe ruchowi religijno-narodowemu, który tu objął ziemie ruskie, nie tylko litewskie, ale i koronne. Ale zauważyć przy tym należy, że ruch ten mimo wszystko był bardzo słaby i nie objął ogółu narodu ruskiego. Ruchawki w ziemi bełskiej i chełmskiej bez najmniejszej trudności zostały stłumione: Ciołkowi, burgrabi chełmskiemu, wystarczyło 130 ludzi, aby zgnieść cale powstanie; mało wówczas kto uszedł, ale zabitych i jeńców było wszystkiego 340; Hryćko Kierdejowicz, Rusin, jak samo imię jego niewątpliwie wskazuje, jest wojewodą koronnym, jednym z najwierniejszych sług królewskich, i walczy w jego obozie; podobnie książę Feduszko, synowiec Jagiełły, schizmatyk ruskiego obrządku, zachowuje do zgonu wierność królowi, otrzymuje od niego Włodzimierz z powiatem, a gdy przyszło mu umierać pod Łuckiem, wszystkie swoje skarby, klejnoty, konie, suknie, dobra dziedziczne i cały majątek królowi zapisuje, który je między żołnierzy rozdziela. Nie widać też zaciętej nienawiści między stronami, takiej na przykład, jaką współcześnie Czesi przeciw Niemcom żywili. Bez okrucieństw wyszukanych żadna wojna ówczesna się nie obeszła; Polacy odpłacali Rusinom jednakową monetą, biskupa łuckiego nie Rusini, ale Polacy obdarli do naga. W obozie królewskim wietrzono wówczas nieustannie zdradę. Według opowiadania Długosza, ten i ów z obozu królewskiego wymykał się potajemnie do zamku, znosił się z oblężonymi, zachęcał ich do oporu, zaopatrywał potajemnie w żywność. Palcami wskazywano znakomitych Polaków, jak mianowicie kasztelana Zarębę, którzy potajemnie sprzyjali oblężonym. Były z tego powodu pojedynki a później procesy sadowe. A co więcej - samego króla, jak widzieliśmy, miano o to w podejrzeniu. Skoro zaś tylko ogłoszono w wojsku zawarcie rozejmu, wszelka nieprzyjaźń, powiada Długosz, między wojskiem a oblężonymi od razu zupełnie ustała; Polacy, co mieli żywności, wystawili na sprzedaż, i takie powstało gorszące wspólnictwo, że aż król musiał dalszej sprzedaży zakazać. Od samego zresztą początku występowania Swidrygiełły, jak to wielokrotnie świadectwa, stwierdzają, miał ten książę zwolenników nie tylko między Litwinami i Rusinami, ale też i Polakami. Jeżeli chciano w tym widzieć zdradę, to zauważyć trzeba, że zdrada rzeczywista jest możliwa tylko wobec zewnętrznego nieprzyjaciela; tu była wojna domowa, a w takiej wojnie pojęcie zdrady jest subiektywne, tu zdrajcą się nazywa inaczej myślącego, który jednak mimo to może być najlepszym synem ojczyzny a tylko inaczej jej dobra przysporzyć pragnie..."


Fragment książki: Anatol Lewicki "POWSTANIE ŚWIDRYGIEŁŁY" s. 132-138

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości