Konstantynopol 1204

Już w listopadzie 1203 roku Aleksemu IV zaczęło brakować środków na wypłacenie zobowiązań krzyżowcom. Relacje pomiędzy dwoma obozami bardzo się zepsuły. Prawdopodobnie już wtedy w głowach przywódców IV krucjaty urodził się pomysł zdobycia Konstantynopola i przyłączenia go do Kościoła zachodniego. Na domiar złego pod koniec stycznia 1204 roku w stolicy Bizancjum miał miejsce zamach pałacowy, w wyniku którego Aleksy IV został uwięziony i niedługo potem zamordowany. Nowym cesarzem ogłosił się Aleksy V Murzuflos, który próbował negocjować z Krzyżowcami, lecz do porozumienia nie doszło. W związku z tym nie pozostało nic innego, jak swoich racji dowieść w walce.

"...Wraz z początkiem wielkiego postu, który rozpoczął się 10 marca, krzyżowcy rozpoczęli przygotowania do szturmu Konstantynopola. Miały one trwać aż do pierwszych dni kwietnia. Ruszyła budowa machin oblężniczych, przygotowywano również do walki flotę. [...] Choć liczba krzyżowców znacznie się zmniejszyła w wyniku bitewnych strat, chorób i dezercji, ci, którzy pozostali, święcie wierzyli w sens i powodzenie podjętych działań. Ich atutem było zdobyte dotychczas doświadczenie i znajomość słabych punktów po stronie nieprzyjaciela..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 129-130

"...Czasu nie tracili także obrońcy stolicy. Murzuflos, któremu wojenne szczęście nie dopisało w polu, okazał się niezłym organizatorem i z energią zabrał się do przygotowywania miasta do czekających je walk. Remontowano mury i bramy. W wielu miejscach, tam gdzie fortyfikacje uległy zniszczeniu podczas poprzednich ataków lub rozebrano je z rozkazu krzyżowców po opanowaniu przez nich miasta latem poprzedniego roku, łatano i podnoszono obwałowania na niezbędną wysokość. Wieże zostały podwyższone za pomocą drewnianych konstrukcji. Cesarz zagonił mieszkańców i wojsko do pracy, ale nie zdołał wlać w jednych i drugich ducha walki. Ich morale zostało złamane i Aleksy nie znalazł sposobu, aby je podnieść chociażby do poziomu sprzed pojawienia się krzyżowców pod Konstantynopolem..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 129-130

"...Wczesnym rankiem 9 kwietnia flota krzyżowców zbliżyła się do murów Konstantynopola i na wielu ich odcinkach „rozpoczął się bardzo silny i bardzo ciężki atak”. Atakowano północno-wschodni odcinek umocnień pomiędzy pałacem i kościołem w Blachernach a łańcuchem zabezpieczającym Złoty Róg. Kronikarz wspomniał o stu miejscach, w których doszło do bezpośredniej walki. Opis Villehardouina zdaje się sugerować, że stało się to wszędzie tam, gdzie z pokładów barek przystawiano do murów drabiny i po nich oblegający usiłowali dostać się na blanki. Ponadto część krzyżowców zdołała opuścić statki i atakowała z lądu. [...] W swoim dziele wspomniał on jedynie o pięciu statkach, którym udało się na tyle zbliżyć do murów, aby z ich pokładów możliwe było przystawienie drabin..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 132

"...Starcia wzdłuż murów z różnym natężeniem trwały aż do zmroku, Villehardouin stwierdził, że walka wygasła o godzinie dziewiątej. Obie strony zasypywały swoje stanowiska strzałami i kamiennymi pociskami. Krzyżowcy ciskali je ze statków i skrawków zajętego lądu, używając wszystkich rodzajów machin oblężniczych. [...] Ci spośród atakujących, którym udało się wspiąć po drabinach na wysokość blanków, walczyli twarzą w twarz z obrońcami na miecze. W żadnym punkcie krzyżowcom nie udało się jednak przełamać twardej obrony i nigdzie nie zdobyli przyczółka pozwalającego na rozwinięcie ataku za murami. Ponieśli przy tym bolesne straty w ludziach i sprzęcie. „Kiedy Grecy zobaczyli, że Francuzi oblegają, zrzucali w dół na machiny Franków ogromne głazy, wielkie, że aż dziw; tak zaczęli miażdżyć i druzgotać w kawałki i zamieniać w szczapy wszystkie te machiny, że nikt nie odważył się przebywać wewnątrz ani na zewnątrz tych machin, a z drugiej strony Wenecjanie nie mogli dotrzeć ani do murów, ani do wież, tak były one wysokie; tego dnia ani Wenecjanie i Francuzi nie mogli osiągnąć żadnego sukcesu, ani na murach, ani w mieście”..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 132-133

"...Wydaje się, iż straty krzyżowców, co potwierdza Villehardouin, były większe niż straty obrońców. Porażka wpłynęła na ostudzenie zbyt optymistycznych nastrojów i zmusiła wodzów do naradzenia się przed podjęciem kolejnych działań. [...] Ostatecznie postanowiono nie zmieniać dotychczas zajmowanych pozycji i uderzyć w tym samym miejscu, ale dopiero po trzech dniach, w poniedziałek 12 kwietnia. W opinii większości dowódców atakowany dotychczas odcinek murów pomiędzy kościołem św. Teodozji a pałacem Blacherny został już znacznie osłabiony i fakt ten należało wykorzystać w dalszej walce. Sobotę i niedzielę postanowiono przeznaczyć na odpoczynek i przygotowania do szturmu..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 134

"...Z nieudanego pierwszego ataku krzyżowcy wyciągnęli ten wniosek, że należy przede wszystkim zapewnić większą liczbę drabin i rzucić do walki przeciwko wieżom więcej żołnierzy. Aby to osiągnąć, zadecydowano, że nefy trzeba połączyć ze sobą w pary. Takie pływające jednostki, na kształt dzisiejszych katamaranów, zwiększając swoją stabilność i powierzchnię pokładu, na którym zamiast jednej można było ustawić dwie drabiny, zdaniem pomysłodawców musiały mieć wyższą zdolność bojową. Innowacja ta bez wątpienia dawała możliwość jednoczesnego ataku większej liczby ludzi, a przez to prowadziła do rozproszenia wysiłku obrońców..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 135

"...Powtórny szturm na miasto został poprzedzony kazaniem i powszechną komunią. [...] Biskupi powiedzieli, że w imieniu Boga i papieża odpuszczają grzechy wszystkim, którzy szturmowali, i biskupi rozkazali pielgrzymom, by wszyscy bardzo dobrze wyspowiadali się i przyjęli komunię, i aby nie lękali się atakować Greków, ponieważ są oni wrogami Pana”.


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 136

"...Atak wyznaczony na poniedziałek rozpoczął się z samego rana. Po stronie oblegających wzięli w nim udział wszyscy zdolni do walki mężczyźni. [...] Od początku walczący bili się z największym poświęceniem, a wrzawa towarzysząca szturmowi była tak duża, iż „zdawało się, iż ziemia drży”. Połączone w pary nefy i towarzyszące im huissy, i galery podpłynęły możliwie najbliżej murów obronnych i rzuciły kotwice. „A kiedy zakotwiczyli, to rozpoczęli mocno atakować i strzelać, i miotać, i rzucać na wieże grecki ogień, ale ogień nie mógł ich opanować, dlatego że były one pokryte skórami. A ci wewnątrz mocno bronili się i dobrze wyrzucali pociski z 60 kamieniomiotów [...]”. Wielkie kamienie, niemożliwe do podniesienia przez jednego człowieka, spadały na okręty, jednak dzięki poczynionym zabezpieczeniom, nie czyniły im większej szkody. Krzaki winorośli i drewno doskonale amortyzowały uderzenia. Ginęli natomiast lub odnosili ciężkie rany ludzie. Większość nef nie była w stanie zagrozić wieżom. Ich konstrukcje zostały na tyle podniesione, że tylko niewiele drabin sięgało szczytu, ponadto statki pozostawały jednak w zbyt dużym oddaleniu od murów obronnych. [...] Było oczywiste, że w takiej sytuacji atakującym będzie niezmiernie trudno dokonać jakiegokolwiek wyłomu w obronie, a każda godzina upływająca jedynie na wymianie pocisków przybliża ich do kolejnego niepowodzenia. Zdawali sobie z tego sprawę obrońcy Konstantynopola, walcząc z największym poświęceniem. Zachęcał ich do walki cesarz, który jednak czynił to z pewnego oddalenia. Jego stanowisko znajdowało się w bezpiecznym miejscu na wzgórzu w nieznacznym oddaleniu od fortyfikacji, gdzie rozstawiono wielkie, kolorowe namioty i skąd Murzuflos w obecności dworskich dostojników i adiutantów obserwował wzmagający się bój..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 138-139

"...O wszystkim zadecydował przypadek, jakich wiele zna historia wojen. Kiedy po wielu godzinach walki wydawało się, że wysiłki łacinników i ich floty, szamocącej się bezsilnie wzdłuż majestatycznych murów, nie przyniosą efektów, stało się coś, co później w obozie Franków uznano za cud. Raz jeszcze oddajmy głos kronikarzowi: „A pielgrzymi atakowali dotąd, dopóty zniesiona nefa biskupa Soissons nie uderzyła o jedną z tych baszt, dzięki cudowi boskiemu, gdyż morze nigdy nie jest spokojne; a na mostku nefy był pewien Wenecjanin i dwaj uzbrojeni rycerze; gdy nefa uderzyła o tę wieżę, Wenecjanin uchwycił się nogami i rękami i wykręcając się, jak mógł, dostał się doń. Kiedy w niej był, a żołnierze, którzy byli na tym piętrze, Anglowie, Duńczycy i Grecy, zobaczyli go, doskoczyli doń z siekierami i mieczami, i całego rozsiekali na kawałki”. Wenecjaninem, który jako pierwszy wdarł się na basztę i również jako pierwszy okupił ten wyczyn śmiercią, był Piotr Albertini. Zaś podwójna nefa, tak szczęśliwie rzucona przez fale na wieżę, składała się z dwóch okrętów — Raju i Pielgrzyma. Wspomniani przez Clariego dwaj rycerze nazywali się Andrzej Dureboise i Jan z Choisy. I właśnie na pierwszego z nich czekała niezmierzona sława zdobywcy baszty. Kiedy nefa powtórnie w nią uderzyła, frankoński rycerz uczepił się drewnianej konstrukcji i po krótkiej chwili dostał się do środka. Ku niemu natychmiast rzucili się obrońcy, wymierzając śmiałkowi ciosy mieczami i siekierami. Stała się jednak rzecz zdumiewająca. Osamotniony Dureboise nie dał się powalić wrogom ani zepchnąć ze szczytu wieży. Życie uratowała mu zapewne w równym stopniu doskonała zbroja, jak i konsternacja załogi wywołana jego pojawieniem się na górnym piętrze baszty. Ogarnięci paniką obrońcy popełnili niewybaczalny błąd. Zamiast za wszelką cenę pozbyć się intruza, zbiegli na niższe piętro. Dureboise stał się panem najwyższej platformy i to okazało się wstępem do zdobycia Konstantynopola. Po chwili dołączył do niego Jan z Choisy i obaj, przez nikogo nie niepokojeni, za pomocą grubych lin przywiązali nefę do wieży. Teraz kolejni rycerze mogli bez większych problemów przedostać się do baszty..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 139-141

"...Do jednej z sąsiednich baszt przybił okręt Piotra z Bracieux i jego załodze po krwawym szturmie powiodła się podobna sztuka. Zdobycie dwóch pierwszych wież, a następnie opanowanie dwóch kolejnych sąsiednich baszt przyjęte zostało przez oblegających z ogromną radością. Nie oznaczało jednak jeszcze zdobycia miasta, jedynie je przybliżało. Frankowie, którzy znaleźli się w opanowanych basztach, nie byli w stanie ich opuścić i kontynuować natarcia..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 141

"...Irytujący pat został niespodziewanie przezwyciężony za sprawą brata kronikarza, kleryka, niejakiego Alaume'a de Clari. Znalazł się on w grupie 10 rycerzy i ponad 60 żołnierzy, który wraz z Piotrem z Amiens wyszli z okrętu na skrawek lądu oddzielający mur od wód zatoki. [...] Któryś z jego ludzi dostrzegł w murze niewielkie, zamurowane wejście stanowiące kiedyś zapewne sekretną furtkę. Zbliżenie się do niego nie było łatwe, gdyż ze szczytu murów i sąsiednich wież sypała się ulewa kamieni i strzał. Pomimo to Frankowie, chroniąc się pod tarczami, dopadli do ściany i toporami, mieczami, drągami i kopiami zaczęli rozbijać słabszą w tym miejscu konstrukcję. Na ich głowy polały się wrzątek, gorąca smoła i ogień grecki. Część ludzi zginęła, wielu odniosło rany. Nie powstrzymało to jednak pozostałych i niebawem udało im się wybić w murze duży wyłom..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 141-142

"...Śmiałość odnalazł w sobie jeden z nich, wspomniany już Alaume de Clari. Odrzucił stanowczo rady towarzyszy, w tym również brata, aby nie wstępować w wyłom, i sam jeden, odpychając od siebie Roberta, który siłą usiłował go zatrzymać po drugiej stronie, przez wybity otwór ruszył ku miastu. Było absolutnie oczywiste, iż jego czyn zakrawa na czyste szaleństwo i pojedynczy człowiek, wynurzający się po drugiej stronie muru, nie może w niczym zagrozić obrońcom. [...] większości krzyżowców mające znamiona cudu. Widząc grupę kilkudziesięciu napastników wyłaniających się po wewnętrznej stronie muru, obrońcy gremialnie zaczęli się cofać i opuszczać swoje stanowiska w sąsiedztwie wyłomu..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 142

"...Frankowie nie tracili czasu na roztrząsanie przyczyn niepojętego zachowania Greków. Ich dowódca wysłał część ludzi do najbliższej bramy z rozkazem rozbicia ryglujących ją zamków i otwarcia wrót dla oczekujących po drugiej stronie murów krzyżowców. [...] Kiedy ich dwa skrzydła zostały z hukiem rozsunięte, los Konstantynopola był ostatecznie przesądzony. [...] Wkrótce dwie kolejne bramy zostały otwarte na oścież i fala łacinników zaczęła wdzierać się do miasta. Teraz panika, która wcześniej udzieliła się jedynie części obrońców, objęła niemal wszystkich, zarówno żołnierzy, jak i mieszkańców. Pospołu zaczęli uciekać w głąb miasta, wielu z nich padło pod mieczami zdobywców, którzy bez pardonu wyrzynali wszystkich napotkanych Greków..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 143-144

"...Jednak krzyżowcy nie od razu ruszyli ku centralnym dzielnicom i nie od razu rozpoczęli rabunek Konstantynopola. Ich oddziały, po wkroczeniu w obręb murów obronnych, zatrzymały się nieopodal nich. Stało się tak na wyraźny rozkaz baronów, którzy odbyli krótką naradę i uznali, iż nieprzygotowana pogoń za cofającymi się obrońcami może przynieść fatalne konsekwencje..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 144-145

"...Noc z 12 na 13 kwietnia oddziały łacinników spędziły na gołej ziemi po obu stronach murów, w najbliższej okolicy zdobytych wież i bram. Część ludzi biwakowało prawdopodobnie na pogorzelisku po lipcowym pożarze miasta, wznieconym przez Wenecjan. Baldwin flandryjski i jego oddziały skorzystały ze zdobytych cesarskich namiotów, ludzie jego brata natomiast rozłożyli się obozem przed pałacem Blacherny. [...] Istniejąca ciągle olbrzymia dysproporcja sił wpływała na wyobraźnię i kazała się liczyć z koniecznością długotrwałych, uporczywych bojów o kolejne dzielnice stolicy. Jednak do nich nie doszło. Nic nie wskazywało także na to, że kolejny raz zostanie podpalone miasto, aby ogniem odgrodzić się od wroga. Jednak pożar wybuchł, a jego sprawcy pozostali nieznani. „Tej nocy, od strony leży Bonifacego, markiza z Montferrat, nie wiadomo jacy ludzie, obawiając się, by nie zaatakowali ich Grecy, podłożyli ogień pomiędzy nimi a Grekami. I miasto zaczęło płonąć, a ogień był bardzo silny i gorzał całą noc, i nazajutrz aż do wieczora. I to był trzeci pożar w Konstantynopolu, od kiedy Frankowie weszli w tę ziemię..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 145-146

"...Murzuflos, nie czekając ranka, potajemnie zbiegł z miasta. Poza strażą przyboczną i grupą dostojników zabrał ze sobą żonę cesarza Aleksego III, Eufrozynę, a także jej córki. [...] Ucieczka cesarza spowodowała dodatkowe zamieszanie, ale również próbę ratowania sytuacji przez powołanie na tron kolejnego basileusa. W kościele Mądrości Bożej purpurę wręczono Teodorowi Laskarysowi, wbrew jego woli. Nie mogło być większego pożytku z takiego władcy. Podobnie jak Murzuflos, on również nie widział szans na uratowanie miasta przed łacinnikami i podobnie jak poprzednik, czym prędzej je opuścił. [...] W ślady Murzuflosa i Laskarysa poszła ogromna rzesza dostojników dworskich i arystokratów.


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 146-147

"...Kiedy 13 kwietnia obudził się dzień, stolica wiekowego Cesarstwa Wschodniorzymskiego, miasto szczycące się potężnymi murami, które w swoich długich dziejach powstrzymało hordy nadchodzące od strony Europy i z Azji, niezdobyty dotychczas Konstantynopol stał otworem przed łacinnikami. Oni sami nie od razu zdali sobie z tego sprawę. Oczekiwali nadchodzących w ordynku oddziałów wroga, rosnących odgłosów wrzawy wojennej, tymczasem przywitała ich cisza i naprzeciw nie wyszedł nikt, kto zamierzałby się z nimi bić. Krzyżowcy zaczęli przeczesywać najbliższy teren, ale nigdzie żaden z wysłanych przez nich oddziałów nie natknął się na wroga. Grecy nie zamierzali walczyć. Wkrótce fakt ten znalazł oficjalne potwierdzenie. Do obozu Franków przybyła wiernopoddańcza delegacja gwardii wareskiej i mieszkańców Konstantynopola, w licznej asyście miejscowych kapłanów. Wedle Gunthera z Pairis, Grecy zwrócili się do Bonifacego z Montferratu jak do przyszłego cesarza; w ich proklamacji pojawiła się formuła: „Aiios Phasilieos marchio” — Święty Cesarz Markiz..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 147-148

"...Bonifacy z Montferratu ruszył z mocnym podjazdem w kierunku pałacu Bukoleon. Jego wnętrze wypełniał tłum przerażonych kobiet spośród najwyższych sfer Konstantynopola. [...] Potem ludzie markiza zajęli także Hagię Sophię. Niemal jednocześnie w ręce Henryka z Flandrii wpadł pałac Blacherny, w którym poza gromadą wystraszonych greckich notabli również znaleziono wielkie skarby..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 148

"...Inni baronowie i rycerze zaczęli zajmować wszystkie większe i wystawniejsze pałace stolicy i zostawiać w nich swoje załogi. Robert z Clari ubolewał, że wodzowie wyprawy oszukali pielgrzymów, zakazując im ruszania w głąb miasta i zajmowania odpowiednich siedzib, podczas gdy sami weszli w posiadanie wszystkich najwygodniejszych i najbogatszych miejsc. Jednak i oni doczekali się satysfakcji: „A kiedy biedni ludzie dowiedzieli się o tym, to ruszyli, czym prędzej, wzięli to, co mogli wziąć; znaleźli wiele [mieszkań] i wiele ich zajęli, a wiele pozostało, ponieważ miasto było bardzo wielkie i wielce ludne”. Dość niewinnie brzmiące zdanie skrywa w rzeczywistości tragedię Konstantynopola. Stanowi kwintesencję trzydniowej grabieży, na jaką zostało wydane nieszczęsne miasto..."


Fragment książki: S. Leśniewski "KONSTANTYNOPOL 1204" s. 149

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości