Antiochia 1097-1098

Oblężenie potężnej twierdzy Antiochii stało się kolejnym etapem I wyprawy krzyżowej.

"...Po dojściu do Antiochii krzyżowcy zajęli pozycje jedynie od strony północno-wschodniej, co dla Jaghi Sijana stanowiło niespodziankę. Od blokady wolna była więc nie tylko południowa część murów, co było łatwe do przewidzenia, ale także ich cała północno-zachodnia strona. Najsilniejsze siły rozlokowały się naprzeciwko bram Sw. Pawła i Psiej. Rozłożyli tam obozy Boemund i Rajmund z Tuluzy. Bardziej na prawo od nich zajął pozycje Gotfryd, blokując wyjście z Bramy Książęcej. Pozostałe bramy pozostały chwilowo wolne od oblężenia. Krzyżowcy przystąpili jednak natychmiast do wznoszenia mostu łyżwowego przez Orontes. Połączyć miał on obóz Gotfryda ze wsią Talenki oraz umożliwić korzystanie z dróg prowadzących do Aleksandretty i portu Saint-Simeon. Po wybudowaniu mostu na północny brzeg Orontesu przeszła część oddziałów z wojsk Gotfryda oraz tych dowódców, którzy początkowo zajmowali pozycje w drugim rzucie na tyłach wojsk Boemunda..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 108

Na naradzie dowódców, do której niebawem doszło, zrezygnowano z natychmiastowego szturmu potężnej twierdzy i podjęto decyzję o oczekiwaniu na posiłki oraz na ekipę inżynierów, niezbędnych do montażu machin i nadzorowania innych prac oblężniczych.

Niebawem pod murami Antiochii pojawił się Tankred i zajął pozycję w ufortyfikowanym kasztelu naprzeciwko Baszty Dwóch Sióstr, po zachodniej stronie fortyfikacji.

Początkowo Antiochia dla cywilów była miastem otwartym. Pozwalano im wchodzić i wychodzić bez przeszkód. Władca Antiochii Jaghi Sijan, próbując wykorzystać ten militarny zastój, wysyłał oddziały, które dokuczały krzyżowcom.

"...Pierwszy większy sukces krzyżowcy odnieśli w połowie listopada. Udało się im doszczętnie zniszczyć załogę niewielkiej fortecy Harenc (Hareg, Harim) położonej około 10 kilometrów od Antiochii na drodze do Aleppo. I znów oddajmy głos świadkowi tych wydarzeń: „Niedaleko leżał gród Haregu, gdzie zamknęły się liczne i bardzo mocne siły tureckie stale naszych ludzi niepokojące. Gdy o tym dowiedziała się nasza starszyzna, bolejąc nad tym wysłali znaczny oddział rycerzy, aby rozpoznali miejsce, gdzie przebywali Turcy. Dowiedziawszy się miejsca ich schronienia, nasi rycerze szukając ich starli się z nimi. Potem cofali się stopniowo aż do miejsca, gdzie wiedzieli, że znajduje się Boemund ze swym wojskiem. Dwóch z nich zginęło w owej potyczce. Na wiadomość o tym Boemund ruszył wraz ze swymi niczym potężny atleta Chrystusowy, a barbarzyńcy uderzyli na nich, tym bardziej że naszych było niewielu. Wtedy rozpoczęła się bitwa. Wielu z wrogów zginęło, a inni zostali pochwyceni i zaprowadzeni przed bramę miasta, gdzie ich ścięto, aby oblężonych porazić tym większym bólem"..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 111

Niedługo potem do portu Saint-Simeon przybiło trzynaście genueńskich okrętów z zaopatrzeniem. Fakt, że Europa nie zapomniała o krzyżowcach, wysoce podniósł morale uczestników pielgrzymki.

Po wyczerpaniu zapasów żywności nastał bardzo trudny okres, w którym głównym zajęciem, tak krzyżowców jak i oblężonych, stało się zdobywanie pożywienia. W krótkim czasie okoliczne przestrzenie zostały doszczętnie opróżnione z zapasów. Nawet w wigilię Świąt Bożego Narodzenia stoły nie uginały się od rozmaitości kulinarnych. Sztab dowodzenia błyskawicznie musiał podjąć decyzję, co robić dalej.

"...Ostatecznie na wielką wyprawę po żywność miało wyruszyć około 20 000 ludzi pod wodzą Boemunda i Roberta z Flandrii. Marszrutę wyznaczono wzdłuż biegu Orontesu w kierunku miasta Hama. W tamtejszych okolicach spodziewano się znaleźć zasobne wsie, co dla ich mieszkańców w praktyce oznaczało wyrok śmierci.
Boemund z Flandryjczykiem opuścili obóz zaraz po świętach 28 grudnia. Pierwszemu z nich ani przyszło do głowy, że już nazajutrz Antiochia omal nie wpadnie w ręce jego największego osobistego wroga - Rajmunda z Tuluzy. Wobec ciężkiej choroby Gotfryda właśnie Rajmund, wspomagany jak zwykle przez biskupa Le Puy, miał dowodzić oblężeniem. Jagni Sijan, który przez swoich szpiegów został natychmiast powiadomiony o ekspedycji Boemunda i Roberta z Flandrii, odczekał, aż ich oddziały oddalą się wystarczająco daleko od twierdzy i nocą z 29 na 30 grudnia dokonał potężnego wypadu z miasta. Korzystając i ciemności Turcy wyszli z twierdzy przez most i z furią uderzyli na najbliżej obozujących Franków. Były to oddziały hrabiego Saint-Gilles8. Rajmund po raz kolejny udowodnił, jaki wyśmienity jest z niego wojownik. Gwałtowny i niespodziewany atak nie zdołał go zaskoczyć. Turcy tylko przez chwilę mieli inicjatywę. Hrabia osobiście poprowadził szarżę na następującego przeciwnika i zmusił go do panicznej ucieczki. Rozgrzany walką nie poprzestał jednak na powstrzymaniu i wyparciu wroga, ale na jego karku przebiegł ze swoimi ludźmi most, nim zdołano zamknąć przed nim bramę. Doszło przy niej do kotłowaniny. Turcy zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Gdyby Frankom udało się zdobyć wejście do miasta choćby na krótki czas, ale wystarczający do nadejścia posiłków, los Antiochii byłby przesądzony. Jednakże od krzyżowców tym razem odwróciło się szczęście. Jeden z koni zrzucił z siebie jeźdźca i zaczął się cofać, spychając z mostu inne wierzchowce. Zamieszanie dosięgło szczytu. Atakujący stracili orientację i zdezorientowani poczęli się wycofywać. Teraz Turcy rzucili się w pościg. Podkomendni Rajmunda oparli się dopiero w pobliżu mostu łyżwowego..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 113-114

W tym czasie Boemund i Robert, nieświadomi wydarzeń rozgrywających się pod Antiochią, przemieszczali się dalej na południe. 30 grudnia 1097 roku zostali zaatakowani przez armię Dukaka z Damaszku, któremu towarzyszyli atabeg Tughtakin oraz syn Jaghi Sijana - Szams ad-Daula.

"...Do spotkania doszło we wsi Albara. Awangarda Franków wpadła w panikę, zaskoczona nagłym pojawieniem się muzułmanów. Czołowymi oddziałami dowodził Robert z Flandrii, który nieopatrznie wysforował się przed główne siły. Turcy z łatwością otoczyli jego poczet i rozpoczęli rzeź stłoczonych na małej przestrzeni rycerzy. Dufni w swoją wielokrotną przewagę i wykorzystując czynnik zaskoczenia zbyt szybko uwierzyli jednak w zwycięstwo. Dukak sądząc, że ma do czynienia z całą armią wroga, zaangażował w walkę większość swoich sił. Na to zaś czekał Boemund, trzymając gros oddziałów w odwodzie i zwlekając najdłużej jak to było możliwe z wydaniem rozkazu do kontruderzenia. Nagły atak w momencie, gdy Turcy byli już przekonani o swoim triumfie, przesądził losy bitwy. Robert został uratowany przed niecbybnym pogromem, a Dukak z mocno przetrzebionym wojskiem cofnął się w kierunku Hamy rezygnując z odsieczy dla Antiochii. Dla krzyżowców była to jedyna korz yść odniesiona z wygranego starcia. Powstrzymanie Dukaka przyniosło im tak duże straty, że obaj wodzowie krótko po bitwie zarządzili odwrót do głównego obozu. Decyzję tę podjęli w obawie przed nowym atakiem wroga, którego sił do końca nie byli w stanie rozpoznać; armia Dukaka nie musiała bowiem być jedyną śpieszącą z pomocą dla obleganej twierdzy..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 115-116

Problemu głodu nie udało się rozwiązać. Styczniowe deszcze i chłody zaczęły zbierać swoje żniwo. Pielgrzymi chorowali i umierali lub uciekali z obozu, by na własną rękę szukać pożywienia. Liczebność armii z dnia na dzień kurczyła się, a utrapienie nie znikało, lecz działo się wręcz odwrotnie: pogłębiało się.

"...któregoś dnia po obozie rozeszła się lotem błyskawicy szokująca wieść o ucieczce samego Piotra Pustelnika oraz Wilhelma Cieśli. To już nie była zwykła rejterada ludzi małego ducha porzucających towarzyszy w biedzie. Wszyscy znali Piotra i wiedzieli, jaką rolę odegrał w propagowaniu i organizowaniu krucjaty. Dla wielu był wręcz jej żywym symbolem. Baronowie nie mogli dopuścić do tego, aby ów symbol w niesławie runął z pomnika, na który wyniosły go wcześniejsze dokonania. Jego fatalny przykład mógł zdruzgotać morale tysięcy innych pielgrzymów i popchnąć ich do podobnego postępku. Za uciekinierami ruszył w pościg Tankred i przyprowadził ich z powrotem do obozu. Ucieczce Piotra ze zrozumiałych względów nie nadano rozgłosu. Starano się wręcz racjonalnie wytłumaczyć jego - by użyć eufemizmu - chwilową słabość..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 117

W pierwszych dniach lutego 1098 roku obóz opuścił Tatikios i powrócił do Konstantynopola, a pod Antiochię zaczęła się zbliżać armia Ridwana z Aleppo. Niebawem Turcy odbili z rąk krzyżowców Harenc. Na naradzie wojennej triumfował pomysł wysunięty przez Boemunda, który zaproponował, aby całą masę ludzką podzielić na dwie grupy. Jedna, piesza, miała pilnować obozu i odpierać ataki Jaghi Sijana, druga zaś podążyła na bitwę z wojskiem Ridwana.

"...Krzyżowcy z oddziału uderzeniowego 8 lutego wieczorem przeszli mostem łyżwowym na drugi brzeg Orontesu skierowali się na zachód i zapadli w zasadzce w pobliżu mostu Żelaznego pomiędzy rzeką a Jeziorem Antiocheńskim. Uderzyli wczesnym świtem, gdy wojska nieprzyjacielskie znajdowały się w pełnym marszu. Zaskoczenie powiodło się im równie dobrze, jak niedawno Dukakowi w stosunku do oddziału Roberta z Flandrii.
Pierwszy wściekły atak nie zdołał rozerwać szyków nieprzyjaciela. Turcy zostali jednak mocno zmieszani, a nagłość szarży nie pozwoliła im zastosować ich ulubionego manewru; łucznicy nie zdołali sformować dość zwartego szeregu i w kierunku Franków poleciały pojedyncze strzały, które nie wyrządziły im większej szkody. Rycerze cofnęli się w porządku na miejsce, gdzie warunki terenowe wykluczały możliwość oskrzydlenia przez wroga. Przegrupowanie nie trwało długo. Nie dość długo, aby Turcy zdołali otrząsnąć się z szoku wywołanego pierwszym atakiem. W czasie gdy w ich szeregach oficerowie próbowali wprowadzić jako taki porządek, krzyżowcy uderzyli powtórnie, z jeszcze większym niż poprzednio impetem i wszystkimi siłami Ziemia zadrżała, wydawało się, że narastające dudnienie kilku tysięcy końskich kopyt zwiastuje straszliwe trzęsienie. Ława zakutych w żelazo rycerzy niczym pancerny taran uderzyła w masę nieprzyjacielskich żołnierzy. By opisać skutek szarży, posłużę się słowami Waldemara Łysiaka: „Wbili się w tę zgraję z impetem, powodując znany artylerzystom »efekt ulicy« - tak nazywa się skutki wielkokalibrowego strzału z bliskiej odległości w gęstwę ludzką: w tłumie powstaje wówczas krwawy korytarz zwany »ulicą«".
„Ulica" wyrąbana przez Franków w stłoczonych masach piechoty i jazdy tureckiej upodobniła się raczej do szerokiej autostrady. Konnica krzyżowców przetoczyła się przez wroga niczym walec. Cofający się w panice wojownicy z pierwszych linii, którym jakimś cudem udało się uniknąć stratowania, wprowadzili zamieszanie w tylnych szeregach. Ridwan ani żaden z podległych mu emirów nie mógł powstrzymać narastającego z każdą chwilą zamętu. Armia turecka, choć tak bardzo górująca liczbą nad przeciwnikiem, nie była w stanie przedstawić się jego miażdżącej szarży i zaczęła w bezładzie cofać się na Aleppo. Do uciekających obok Harencu grup przyłączyła się jego załoga, nie chcąc ryzykować oblężenia przez rozgrzanych bojem Franków.
Tego dnia zwycięstwo odniosła nie tylko jazda. Podczas gdy rycerze skutecznie walczyli z armią Ridwana, piechota zgromadzona w obozach wokół Antiochii musiała stoczyć twardy bój z potężną wycieczką z twierdzy. Jaghi Sijan zaangażował w nią niemal wszystkie siły, pozostawiając na murach minimalną liczbę ludzi. Losy bitwy bardzo długo się ważyły. Turkom udało się zdobyć sporo terenu, spychając Franków do obrony. Przełom nastąpił w momencie, gdy w godzinach popołudniowych walczący ujrzeli w oddali powracających w uporządkowanych szykach rycerzy. Jaghi Sijan nie musiał czekać na oficjalne wiadomości, aby pojąć, iż następna armia podążająca na odsiecz Antiochii została pokonana. W tej sytuacji kontynuowanie walki byłoby szaleństwem. Turecki wódz, zapewne z przekleństwem na ustach pod adresem Franków, bez wątpienia wspomaganych znów przez szejtana, wydał swoim żołnierzom rozkaz do odwrotu..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 121-122

W marcu 1098 roku cesarz Aleksy I Komnen wysłał flotę, która zawiozła do portu Saint-Simeon w okolicach Antiochii pielgrzymów z Anglii i Italii oraz sprzęt oblężniczy. Dowódcą wyprawy był Edgar II Atheling, przegrany pretendent do angielskiego tronu, od niedawna stacjonujący w Konstantynopolu.

Ładunek odebrali na wyścigi Rajmund z Tuluzy oraz Boemund. Rozdzielili pomiędzy siebie zapasy i pielgrzymów oraz cieśli, przysłanych do montażu sprzętu oblężniczego. 6 marca 1098 roku powracających krzyżowców zaatakowali Turcy Jaghi Sijana.

"...Klęska była druzgocąca. Oddział Rajmunda, na który spadł główny impet wroga został niemal do nogi wybity. Nieliczni uciekinierzy dotarli do obozu z hiobową wieścią 0 klęsce i śmierci obu baronów. Powiadomiony o tragicznych wydarzeniach Gotfryd z Bouillon wydał natychmiast niezbędne zarządzenia. Na jego rozkaz sformował się oddział, który miał pośpieszyć z odsieczą dla niedobitków Rajmunda i Boemunda. Nim jednak opuścił obóz, z Antiochii uderzyli wojownicy Jaghi Sijana. Chciał on w ten sposób ułatwić powrót do twierdzy oddziału uczestniczącego w zasadzce. Turków spotkał srogi zawód. Krzyżowcy powitali ich w pełni przygotowani do walki. Bój nie zdołał się jeszcze rozpalić na dobre, gdy z resztkami swych żołnierzy nadciągnęli Rajmund i Boemund. Ich pojawienie się wzbudziło prawdziwy entuzjazm. Teraz krzyżowcom z łatwością udało się zepchnąć przeciwnika do twierdzy ..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 123-124

W połowie marca 1098 roku krzyżowcy wznieśli warowny kasztel. Powstał on naprzeciwko mostu prowadzącego do twierdzy. Tym sposobem oblężeni utracili swobodny kontakt ze światem zewnętrznym. Fortyfikację, którą początkowo nazywano La Mahomerie, przemianowano wkrótce na Kasztel Rajmunda na cześć pomysłodawcy jego wzniesienia. Zamek ten został później obsadzony załogą hrabiego Tuluzy. Z wielkich wrót Antiochii bez blokady pozostała tylko Brama św. Jerzego, przez którą Turcy z użyciem większych sił nadal mogli napadać oblegających. W kwietniu 1098 roku powstał kasztel Tankreda, który zablokował dostęp do Wrót św. Jerzego. W tym momencie poza blokadą pozostała tylko wąska Brama Żelazna.

"...Od pewnego czasu Boemund pozostawał w kontakcie z jednym z dowódców Jaghi Sijana, niejakim Firuzem (Pirrusem), który dowodził załogami trzech baszt, wśród nich Baszty Dwóch Sióstr. Firuz był z pochodzenia Ormianinem, który zmienił wyznanie i jako muzułmanin zrobił karierę w administracji Jaghi Sijana. Nigdy nie zerwał jednak związków z rodakami i dawnymi współwyznawcami. W sytuacji gdy pomiędzy nim a Jaghi Sijanem doszło do poważnego nieporozumienia na tle ukrycia zapasów zboża, Firuz stał się wręcz idealnym „materiałem na zdrajcę". Należało go jedynie odpowiednio „urobić" Dla przebiegłego Boemunda nie było to zadanie trudne Jedynie brak czasu mógł pokrzyżować jego plany. Na szczęście Kerboga, zbyt pewny siebie, a przez to nierozważny, nie śpieszył się pod Antiochię i dał krzyżowcom dodatkowe, bezcenne trzy tygodnie, tracąc je niepotrzebnie na bezskuteczne oblężenie Baldwina w Edessie.
Rokowania z Firuzem Boemund zdołał utrzymać w zupełnej tajemnicy. Nie dopuścił do niej nawet swoich najbliższych.[...]
Przełomowym dniem okazał się 2 czerwca. Najpierw zdezerterował Stefan z Blois zabierając ze sobą silny oddział rycerzy, a kilka godzin później do Boemunda przybył syn Firuza z informacją, iż ojciec jest gotów wpuścić Franków do miasta przez Basztę Dwóch Sióstr, położoną na wprost kasztelu Tankreda. W celu uśpienia czujności obrońców twierdzy Firuz zalecił krzyżowcom upozorowanie wyprawy przeciwko nadciągającej armii Kerbogi. Za dnia powinni oni wymaszerować na wschód, pod osłoną nocy zawrócić i podejść skrycie pod zachodni odcinek murów w bezpośrednie pobliże Baszty Dwóch Sióstr. Dowodem ostatecznego przypieczętowania umowy pomiędzy Boemundem a Firuzem oraz zgody na jego plan miał być syn tureckiego dowódcy przysłany w charakterze zakładnika.
Boemund przyjął sugestie Firuza. Ostatnie godziny, decydujące o losie zarówno jego, krzyżowców, jak i Antiochii, przeżył w nerwowym podnieceniu. Udzieliło się ono także pozostałym dowódcom, gdy książę Tarentu powiadomił ich o swoich zamiarach. Zebranym na naradzie baronom oraz biskupowi Le Puy oświadczył krótko: „Tej nocy, jeżeli Pan Bóg pobłogosławi, Antiochia będzie w naszych rękach".
Pozorowaną wyprawę przeciwko Kerbodze poprzedziło obejście całego obozu przez herolda, który głośno nawoływał do przygotowania się do wymarszu. Oczywiście nie mogło to ujść uwagi obrońców Antiochii. Po zachodzie słońca krzyżowcy ruszyli na wschód. Na czele znajdował się silny oddział rycerzy, pochód zamykała piechota. Odejście wielotysięcznych sił spod murów twierdzy musiało przekonać żołnierzy Jaghi Sijana, że w ciągu najbliższych dni nie grozi im większe niebezpieczeństwo ze strony Franków. Owo fałszywe przekonanie miało ich srogo kosztować.
W tym samym czasie, gdy twierdza zapadała w sen, a nieliczne i niczego nie spodziewające się straże rozpoczynały nocną wartę, krzyżowcy zawrócili w stronę Antiochii. Oddziały kierowały się w stronę północnych i północno- zachodnich murów. Boemund z pocztem rycerzy i piechurami podszedł pod Basztę Dwóch Sióstr. Po wymianie uzgodnionych wcześniej znaków przystawiono do niej drabinę, po której zaczęli się wspinać rycerze Fulka z Chartres. Boemund pozostał na dole wydając ostatnie dyspozycje. Na górne piętro wieży, w której przebywał Firuz, weszło 60 ludzi. Firuz nie potrafił ukryć wielkiego zaskoczenia i podszytego strachem niepokoju, widząc zaledwie kilkudziesięciu Franków. Wydawało mu się, że powinno ich być kilkakrotnie więcej, aby całe przedsięwzięcie się powiodło. Najbardziej zaskoczył go brak Boemunda. Zrozpaczony Ormianin wpadł w lament, krzycząc: „Mało mamy Franków! Gdzie jest dzielny Boemund? Gdzie ten niezwyciężony?!".
Niecodzienni goście Baszty Dwóch Sióstr nie dali Firuzowi długo rozpaczać. Rycerze błyskawicznie rozbiegli się do dwóch pozostałych wież pozostających pod jego komendą. Teraz pozostali pod murem żołnierze Boemunda mogli przystawić do niego drabiny i bez przeszkód dostać się na górę. Drabina, po której wszedł książę, zaraz potem się złamała, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Frankowie w tym czasie zdołali już opanować kilka sąsiednich baszt mordując zaskoczonych, nielicznych tureckich żołnierzy. W powstałym zamieszaniu stracił życie brat Firuza. Część krzyżowców zbiegła ze szczytów wież do miasta. Wkrótce przyłączyły się do nich wyrosłe niczym spod ziemi grupy miejscowych chrześcijan. Wspólnymi siłami wysieczono Turków broniących dostępu do bram Mostowej i Św. Jerzego, a także otworzono wrota dla głównych sił oczekujących po drugiej stronie. Tak długo opierająca się oblężeniu Antiochia stanęła dla Franków otworem.
Przez otwarte bramy wpadły konnica i piechota. Bitewny zamęt i zgiełk zaczął się przesuwać spod murów w głąb miasta. Setki Greków i Ormian przyłączyły się do krzyżowców, uczestnicząc z zapałem w wycinaniu muzułmanów. Nikt nie otrzymywał pardonu. Ginęli mężczyźni, kobiety i dzieci. Wąskie ulice miasta spłynęły krwią. W zamieszaniu zginęło także wielu chrześcijan. Zbudzony odgłosami bitwy Jagni Sijan szybko się zorientował, że nie ma szans na uratowanie miasta. Mógł jedynie spróbować ocalić własną głowę, pokładając nadzieję w wierności przybocznej gwardii i rączości koni. Udało mu się wymknąć przez Bramę Żelazną. Na razie zdołał zachować życie. [...]
Boemund bezskutecznie szturmował cytadelę mając nadzieję, że zdoła ją opanować, nim wróg ochłonie po szoku wywołanym nocnym atakiem i nadzwyczaj łatwym zdobyciem miasta. Szams al-Daula okazał się jednak trudnym przeciwnikiem. Żelazną ręką ujął załogę cytadeli i odparł Franków zadając im przy tym bolesne straty. Boemund został ranny, a jego podkomendni woleli raczej rabować i wyrzynać cywilną ludność, niż narażać się po raz kolejny na pociski nadlatujące z górującej nad okolicą cytadeli. Poza tym jej garnizon w niczym nie mógł przeszkodzić rzezi, jaka przez wiele godzin trwała w całej Antiochii. Tylko nielicznym Turkom udało się ujść z życiem. Wieczorem w mieście pośród żywych byli już tylko chrześcijanie..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 128-132

W walkach 3 czerwca 1098 roku stracił życie Jaghi Sijan. Zdobycie Antiochii stało się szczęśliwym triumfem krzyżowców. Bez opanowania tej twierdzy kontynuowanie pielgrzymki prawdopodobnie byłoby niemożliwe. Ogromne mury dały armii krzyżowców schronienie, co stało się dobrym prognostykiem w obliczu zbliżającej się ogromnej armii Kerbogi.

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości