Mons-en-Pevele 1304

Bitwa pod Mons-en-Pevele stoczona 13 sierpnia 1304 roku była jedną z potyczek wojny francusko-flamandzkiej.

"...W tym czasie król wkroczył do zbuntowanej prowincji i zatrzymał się pod miejscowością Mons-en-Pevele. Armia francuska była liczna. [...] J. F. Vcrburggen określa jej liczebność na 3000 rycerzy i 10 000 piechoty. Francuzi mieli ponadto katapulty [...] oraz średniej wielkości kusze na kolach (esprignolle). Kelly De Vries pisze nawet, że Filip Piękny miał także kilka dział, co jest wiadomością niezbyt prawdopodobną, gdyby przyjąć, że ma on na myśli działa prochowe [...]. Co do jednego wszystkie źródła są zgodne podają, że artyleria francuska nie odegrała żadnej roli w bitw ie, gdyż została zniszczona przez Flamandów przed decydującym starciem.

Nieco później pod Mons-en-Pévele nadciągnęła armia flamandzka i stanęła obozem naprzeciwko Francuzów, w zasięgu wzroku. Liczebność tych wojsk [...] J. F. Verburggcn przyjmuje, że było ich 12 000 - 15 000, w olbrzymiej większości piechota uzbrojona w piki i „goedendagi". Morale Flamandów było wysokie. Chcieli walczyć przeciwko królowi i wierzyli, że mogą go pokonać. [...]

13 sierpnia 1304 r. o godzinie 6.00 dowódcy flamandzcy wyprowadzili swoje oddziały z obozu usytuowanego na wzgórzu. Po śniadaniu ustawili je w szyku bojowym. Mieszczanie i nieliczni rycerze wysłuchali mszy, wyspowiadali się i przyjęli komunię.

Flamandowie ustawili swoją linię bojową naprzeciwko Francuzów , tak że kusznicy z obu stron mogli ostrzeliwać się wzajemnie. Ich linia bojowa była podobna do szyku obronnego, który im przyniósł zwycięstwo pod Courtrai. Prawe skrzydło tworzyli mieszczanie z Brugii i Wolnego Okręgu Brugii pod dowództwem Filipa z Chieti. Na lewym skrzydle stanęli mieszczanie z Gandawy i jej okolic dowodzeni przez Jana z Namur. Natomiast w centrum uszykowani byli ludzie z Ypres i Courtrai, którymi dowodził William z Jülich oraz oddziały z Lille dowodzone przez Roberta z Nevers.Tym razem dowódcy flamandzcy nie wydzielili oddziału odwodowego (rezerwowego). Aby zabezpieczyć swoje tyły. ustawili za falangą wozy taborowe. [...]

Według Verbruggcna ich linia bojowa liczyła 1000-1200 metrów długości, a jej lewe skrzydło opierało się o ogrodzenia wsi Mons-en-Pevele, a prawe o brzegi niewielkiego potoku „courant de Coutiches".

Pomiędzy obu wrogimi armiami znajdowało się bagniste pole, poprzecinane licznymi rowami. Prawdopodobnie były to naturalne przeszkody, gdyż żadna z kronik nie wspomina o wcześniejszych pracach przy ich kopaniu. Tym niemniej Flamandowie wiedzieli o ich istnieniu i stosownie ustawili swój szyk. Guillamc Guiart pisze, że dowódcy flamandzcy zwrócili się do swych żołnierzy, mówiąc, iż rowy osłonią ich, tak jak to miało miejsce pod Courtrai.

Wkrótce kusznicy flamandzcy zostali wysunięci do przodu i zasypali gradem bełtów przeciwnika. W ten sposób Flamandowie chcieli sprowokować Francuzów do bitwy. Rzeczywiście rycerze francuscy przywdziali zbroje i ustawili się do szarży. Przed linię kawalerii francuskiej król Filip wysunął swoich kuszników i oddziały „bidauts", a sam pasował na rycerzy 300 giermków. Czy doszło do szarży rycerzy francuskich, jest sprawą dyskusyjną. Tylko anonimowy autor Annales Gandenses pisze, że kawaleria francuska zaatakowała. Ale nawet on stwierdza, że rycerze francuscy powstrzymali swoje szarżujące konie, zanim dotarli do zwartej linii flamandzkiej piechoty. Według pozostałych źródeł skończyło się jedynie na ostrzale Flamandów z katapult, wymianie "ognia" pomiędzy kusznikami i niewielkich potyczkach, powodujących wzajemne straty.[...]

Ponieważ działania te nie przyniosły żadnego rozstrzygnięcia, przystąpiono do rozmów pokojowych toczonych na polu bitwy. Z czyjej strony wyszła propozycja tych negocjacji, jest sprawą niejasną i dyskusyjną. Niektórzy twierdza, że z prośbą taka zwrócili się Flamandowie, który zaczynali chwiać się na polu bitwy (Chronique Normande i Jean Desnouelles) i poprosili hrabiego Sabaudii, ich dawnego przyjaciela. aby pośredniczył w rozmowach pokojowych. Flamandowie proponowali w zamian za zawarcie pokoju oprawienie w stu kaplicach mszy żałobnych za zabitych Francuzów w Brugii i "gdzie indziej". Jednakże takie warunki były nie do zaakceptowania dla króla Filipa.

Inne źródła podają, że to Francuzi tego dnia życzyli sobie zawarcia pokoju. „Ze strony królewskiej z najwyższym żalem poproszono o zawarcie traktatu pokojowego. Zatem Flamandowie, którzy miłują pokój, zgodzili się na układy". Głód, pragnienie i brud. jakie panowały na polu bitwy demoralizowały francuskie oddziały, które domagały się rozmów pokojowych. Żar w godzinach południowych dręczył francuskich żołnierzy i wytrącał im broń z ręki, dezorganizował oddziały. Gorąco i pragnienie było nie do zniesienia. Francuscy żołnierze byli w tak złym stanie, że - jak pisze Jean de Paris - „wielu zmarło w obozie z wielkiego pragnienia, w tym hrabia Auxerre i inni". Wszyscy ci autorzy ganią Flamandów. że nie zaatakowali zdemoralizowanych Francuzów, których mogli z łatwością pobić.

18 sierpnia 1304 r.. po zerwaniu rozmów pokojowych, prawdopodobnie Francuzi rozpoczęli bitwę szarżą kawalerii - prowadzoną na wzór tej spod Courtrai - na zwartą linię Flamandów. Straszna i okrutna walka trwała aż do południa, ale Flamandowie utrzymali swe pozycje. Obie strony poniosły ciężkie straty, ale to Flamandowie byli bliscy zwycięstwa. Panika ogarnęła francuską armię i wielu z ich żołnierzy zaczęto uciekać z pola bitwy. Chronographia regum Francorum pisze: Osobliwy przebieg miała bitwa dla obli stron. Kiedy od dawna już trwała najbardziej gorąca walka, Flamandowie zdobyli przewagę tak stanowczą. Że Francuzi zawrócili i uciekli z pola, wpół zwyciężeni.

Wówczas dowódcy francuscy postanowili zaatakować obie flanki przeciwnika. Być może liczono, że nieoczekiwany atak na skrzydła i tyły Flamandów powstrzyma natarcie nieprzyjacielskiej falangi, a nawet złamie ją. „Król [Filip Piękny], który miał pod dostatkiem jazdy, jeden oddział konnych z mnóstwem pieszych wysłał przeciwko lewemu skrzydłu wojsk flandryjskich. a drugi przeciw prawemu, aby Flamandom szkodziły od tyłu".

Z francuskiego prawego skrzydła szarżę poprowadził Gaucher de Chatillon. z lewego Tybald z Chapoix. Atak ten powiódł się. Francuzi dotarli do wozów taborowych chroniących z tyłu linię bojową Flamandów i powywracali wozy (zapewne uczyniła to piechota francuska). Szarża jazdy francuskiej sforsowała, zapewne za pomocą piechoty, barykadę złożoną z wozów taborowych. Jednakże dowódcy flamandzcy panowali nad sytuacją, natychmiast wysłali do tylu kilka oddziałów piechoty. W ruch znowu poszły piki i „goedendagi". Francuzi zostali nie tylko pobici, ale także wyparci poza linię wozów, w której wyłomy bezzwłocznie zostały załatane. Pokonane hufce francuskie wycofały się do sił głównych, które podjęły walkę z nacierającą falangą nieprzyjaciela.

Walka w skwarze sierpniowego dnia data się we znaki obu stronom, ale to Francuzi zaczęli pierwsi opuszczać pole bitwy. Mieli oni lepsze, ale i cięższe uzbrojenie ochronne. Wielu z nich zmarło wskutek ran, dusząc się „pod ciężarem zbroi i w letnim żarze".

Kiedy wynik bitwy zdawał się przechylić na stronę Flamandów, ich dowódcy zwołali radę wojenną. Postanowiono, że Jan i Henryk z Namur. oraz kilku innych dowódców. ma odejść ze swymi zmęczonymi oddziałami do Lille, natomiast Williama z Jülich, Robert z Namur i Filip z Chieti mieli kontynuować walkę. Wydawało się bowiem, że atak zwartej falangi piechoty zmiecie nieprzyjaciela z pola bitwy.

Rozpoczęty, prowadzony z niespotykaną zaciętością atak flamandzkiej piechoty przyniósł początkowo powodzenie. Zniechęcone dotychczasową walką hufce francuskie. stojące naprzeciwko atakującej linii piechoty zostały zaskoczone i uciekły: „Duża część wojsk królewskich zaskoczona została atakiem oddziałów flamandzkich i zaczęła uciekać w przestrachu". Część rycerstwa i piechoty uciekła w takim popłochu, że nie powróciła już na pole bitwy. Jednak niektórzy dowódcy zaczęli zbierać rozproszone, choć nie rozbite chorągwie kawalerii i oddziały piechoty, które zbierały się za swoim obozem, szykując je do walki.

Wkrótce Flamandowie wdarli się do francuskiego obozu i zniszczyli świętą chorągiew Francuzów. Oriflamme. Był to decydujący moment w bitwie. Flamandzki szyk bojowy rozsypał się. Mimo iż Francuzi nie zostali jeszcze pobici, większość Flamandów rozbiegła się wśród namiotów, rzucili się na zgromadzony w obozie dobytek i jęli rabować, co się dało. Jedynie William z Jülich z niewielkim oddziałem ścigał wśród namiotów broniących się jeszcze nieprzyjaciół. Aby przypieczętować zwycięstwo, Flamandowie musieli odnaleźć i, gdyby to było możliwe, zabić króla Francji (Chronique Artésienne). Byli w tym zamiarze bliscy sukcesu. Wedle jednego z kronikarzy Flamandowie zabili wszystkich jego rycerzy ze straży przybocznej władcy, za wyjątkiem dwóch ludzi, którzy go osłonili. Natomiast według autora Chromam anonyme regum Franciae tylko jeden rycerz osłaniał króla Francji od atakujących go wojowników flamandzkich. Rycerz len. zanim padł z odciętą głową, wsadził króla na swego konia, na którym Filip umknął wrogom. [...]

Wnet Filip Piękny odzyskał przytomność i rozdrażniony atakiem, w którym mógł zginąć, zebrał swoją armię i poprowadził ją do kontrataku. Prawdziwie, król szlachetnie odziany, ze swymi herbami królewskimi, siedział na swym rumaku i trzymał w rękach żelazny miecz niczym lew straszliwy rzucił się w środek bitwy, uderzając tu i ówdzie, powalając, kogokolwiek sięgnął mieczem. Umocnił tym przykładem swoich żołnierzy, którzy uwierzyli w swą siłę i Flamandowie zostali odparci.[...]

Kontratak przeprowadzony przez francuskich rycerzy i piechotę spadł na armię flamandzką zdezorganizowaną i nie przygotowaną na jego odparcie. Po niewielkim oporze. Flamandowie zawrócili i uciekli, ścigani przez francuskie oddziały, póki nie zapadła noc. Król, godzien najliczniejszych pochwał, okazując wytrwałość pozostał z niewieloma, dodając serca uciekającym i przestraszonym, którzy powróciwszy tego wieczoru i nocy odnieśli piękne zwycięstwo nad Flamandami. [...]

Wśród uciekających był „znakomity William z Jülich, który poprzednio ścigał i prześladował wrogów, teraz walczył przeciwko Francuzom z małym oddziałem 80 mężów. [...]

W bitwie polegli dwaj znakomici dowódcy flamandzcy: Pieter de Coninck i William z Jülich. Pieter de Coninck. przywódca Bugijczyków w czasie "Jutrzni brugijskiej" w 1302 r., zginął w nieznanych bliżej okolicznościach. Kiedy zwycięstwo przechyliło się na stronę Francuzów i Flamandowie uciekli z pola bitwy, znaleziono samotnego wierzchowca, który był „przystrojony drewnianym wizerunkiem Świętego Jerzego". Po tym znaku poznano, że należał do Pietera de Conincka, którego ciała nie odnaleziono. Dla Francuzów był to jawny znak, że tego dnia Bóg jest po ich stronie.

William z Jülich został zabity w ostatniej fazie bitwy, próbując powstrzymać i zebrać swoje uciekające oddziały. Kto tego dokonał i w jakich okolicznościach, kroniki różne podają wersje. Według Rectis d'un bourgeois de Valencienns, flamandzki dowódca zginął z ręki królewskiego brata Karola z Valois. Natomiast inne źródła podają, że jego zabójcą był Renaud z Dammartin, hrabia Boulogne, który w ten sposób pomścił śmierć swego ojca pod Courtrai. „Tymczasem William z Jülich widząc, iż nie zdoła umknąć, czując wielkie gorąco i pragnienie, zdjął obuwie. Ci, którzy byli przy nim, za pomocą swoich sztyletów włożyli do ust owoce, gasząc nimi pragnienie i oczekując śmierci. Wówczas hrabia Boulogne, wedle przewidywań, którędy możliwa była ucieczka i zamknął drogę z tej strony, miał uderzyć pierwszy. Zaatakował ich i odchylił głowę wspomnianego Williama hrabiego Jülich. Niektórzy rzucili miecze" (Chronographia regum Fran- corum). Po bitwie jeden z żołnierzy przyniósł głowę Williama z Jülich do namiotu królewskiego: jednakże Filip IV Piękny nie był zachwycony takim podarunkiem. [...]

Jedynie mieszczanie z Brugii, zebrali się i „z tego miejsca, gdzie niewielu z nich poległo", wycofali w szyku bojowym na pobliskie wzgórze. "ku radości Francuzów", którzy nie odważyli się ich atakować. "Na wspomnianej górze, gdzie było mało żywności, bez żadnej osłony, namiotów. osiągnęli to, iż nie zostali zwyciężeni ani nie uciekli, w czym nikt im nie dorówna. Powróciwszy na górę poczęli radzić powodowani koniecznością. Po naradzie dowódcy flamandzcy zdecydowali, że wobec braku żywności, należy wycofać się do Lille. Brugijczycy wyruszyli, „nie jako pokonani. czy też uciekający, gdyż nikt ich nie ścigał, ale zmuszeni do odwrotu przez głód i biedę". [...]

Straty obu walczących stron były znaczne. Flamandowie według najniższych danych zawartych w Annales Gandenses wyniosły 4000 zabitych, natomiast najwyższe podaje autor Chronicon anonyme regum Franciae, który określa je na 70 000 zabitych. Francuzi mieli stracić tyle samo, a nawet większą liczbę poległych, chociaż tylko jedno źródło podaje ich liczbę o 9000 zabitych pisze Annales Gandenses. Król Filip IV Piękny wobec takich strat, mimo odniesionego zwycięstwa, musiał zrezygnować z dalszej ofensywy przeciwko zbuntowanej prowincji. Verbruggen określa straty francuskie na 300 zabitych rycerzy i 1500-2000 piechoty. Straty Flamandów były porównywalne.

Obie strony przypisywały sobie zwycięstwo w bitwie. Zgodnie ze średniowiecznymi zwyczajami zwycięzca zalegał na polu bitwy przez kilka dni, a tymi byli Francuzi. Bitwa pod Mons-en-Pevele była zasadniczo nierozstrzygnięta i tylko częściowo naprawiła cios zadany rycerstwu francuskiemu pod Courtrai.


Fragment książki: Witold Biernacki, Piotr Tafiłowski "COURTRAI 1302" s. 46-50

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości