Jarosław 1245

Bitwa pod Jarosławiem była kolejnym starciem Rościsława Michałowicza z Danielem I Romanowiczem w walce o wpływy na południowo zachodniej Rusi.

"...Skoncentrowane w Małopolsce oddziały Rościsława zapewne już w początkach sierpnia ruszyły na ziemię przemyską. Podeszły najpierw pod Jarosław obsadzony przez silną załogę Romanowiczów. Minąwszy go bez walki, posunęły się ku położonemu w prostej linii niespełna 30 km na wschód Przemyślowi. Tutaj Rościsław nakazał, podobnie jak w przeszłym roku, pobór piechoty i przygotowanie sprzętu oblężniczego oraz wyposażenia armii. [...] W każdym razie jasne jest, że prowadzone przez niego wojska powróciły pod Jarosław. Rozpoczęło się oblężenie. Napastnicy rozłożyli obóz i ustawili machiny oblężnicze. Doszło też do pierwszych utarczek pod grodem. Aby zabezpieczyć swych ludzi przed ostrzałem załogi Rościsław nakazał im przygotować osłony. Doszła też do nas zapewne niebezpodstawna informacja o przechwałkach księcia. Miał on twierdzić, że gdyby wiedział, gdzie znajdują się Daniel i Wasyłko ruszyłby przeciw nim choćby na czele dziesięciu wojów. Co więcej, Kronika halicko-wołyńska przekazała też jeszcze jedną, niezwykle ciekawą z punktu widzenia obyczajów wiadomość. Otóż dla rozrywki, Rościsław zorganizował turniej (igru), w którym sam, niefortunnie zresztą dla siebie, wziął udział, Podczas pojedynku z niejakim Worszem, padł książęcy koń, a sam jeździec w zderzeniu z ziemią dotkliwie potłukł sobie plecy, co zostało uznane za zły znak.
Tymczasem nie doczekawszy się sojuszników, czyli oddziałów Konrada Mazowieckiego i Litwinów Mendoga, bracia Romanowicze, ruszyli z zebraną armią pod Jarosław. W awangardzie posuwała się wydzielona jednostka dworskiego Andrzeja, który otrzymał za zadanie powiadomienia oblężonych o bliskim przybyciu odsieczy. Nie doszedłszy Sanu, wołyńscy wojowie zatrzymali się, aby założyć bojowy rynsztunek. W tym momencie, według relacji Kroniki balicko-wołyńskiej, na niebie nad wojskiem rozegrało się niezwykłe widowisko. Zleciało się mnóstwo (jako oboloku veliku) orłów i wron, które wykonały zdumiewający (jakoźe inogda i nikoli ze nebje) podniebny taniec nad armią, co zostało odczytane jako zły omen.
Przysposobieni do walki wojowie Daniela ruszyli w stronę Sanu. Pierwszy przekroczył go oddział połowiecki. Na przeciwnym brzegu zastał on straże Rościsława pilnujące stad koni. Nie śmieli jednak Połowcy bez rozkazu książęcego zaatakować przeciwników, którzy widząc zbliżające się siły nieprzyjaciela wycofali się do swego obozowiska. Przebywszy głęboki bród konne i piesze oddziały Romanowiczów ruszyły nie zwlekając w stronę pozycji Rościsława. Ten zaś, powiadomiony o zbliżaniu się wrogiej armii podjął decyzję, która być może zaważyła na przebiegu wkrótce rozpoczętej bitwy. Zostawił mianowicie naprzeciw bramy obleganego Jarosławia piechotę, mającą zapobiec ewentualnemu atakowi załogi i pilnować machin oblężniczych. Sam, na czele konnicy ruskiej, węgierskiej i małopolskiej, pociągnął w kierunku nadciągających Romanowiczów. Jak widać z kronikarskiego opisu, Rurykowicz czernihowski swe siły uderzeniowe podzielił na 3 ugrupowania. Jednym, złożonym przypuszczalnie z halickich stronników i Węgrów dowodził on sam, drugi stanowili Małopolanie prowadzeni zapewne przez Floriana Wojciechowica, na czele trzeciego, odwodowego, składającego się najpewniej z posiłków węgierskich stał Filia. Relacja o bitwie jest co prawda dość obszerna i wypełniona szczegółami, lecz równocześnie precyzją, jeśli chodzi o przedstawienie wielu kwestii nie grzeszy. Tak więc trudno wydedukować, jak dokładnie sformował szyki swej armii Daniel. Nie wiemy na przykład, gdzie ulokował piechotę, która przecież - jak wiadomo - przekroczyła San i w relacji o dalszych działaniach przepadła. Nie są też możliwe do prześledzenia manewry lekkozbrojnych Połowców. Wywnioskować za to można, że podział sił Romanowiczów dokonany został według podobnego modelu, jak wojsk przeciwnych. Pewne jest istnienie odrębnego hufca Wasylka, który stanął naprzeciw sił polskich. Jak się wydaje, rolę pułku przedniego pełniła jednostka dowodzona przez dworskiego Andrzeja. Sam Daniel również prowadził odrębny oddział, chyba stanowiący główną siłę uderzeniową jego armii. Analizowane źródło, właściwie jako jedyne dające opis bitwy pod Jarosławiem, nie pozwala też, by w sposób wiążący wypowiedzieć się na temat liczebności wojsk obu stron.
Inicjatywę na początku bitwy przejął Rościsław. Przeszedłszy głęboki wąwóz jego pułk planował uderzyć bezpośrednio na oddział Daniela. Zapewne chciał zepchnąć przeciwników do rzeki, wcześniej nie pozwalając im ze względu na ciasnotę spowodowaną ukształtowaniem terenu rozwinąć szyków. Manewr ten jednak nie powiódł się. Rozpędzonej konnicy Rościsława zabiegł drogę wydzielony oddział dworskiego Andrzeja, który zdołał w odpowiedniej odległości osłonić pułk Daniela, zapewne wówczas gotujący się do rozwinięcia. Masy jeźdźców starły się z hukiem w klasycznej szarży. Po obu stronach wielu wojów zginęło strąconych kopiami, przewracały się konie, padło wielu rannych. Jak się wydaje, ludzie Rościsława powoli zaczęli przeważać. Widząc to Daniel wysłał na pomoc Andrzejowi 20 wybranych wojów na czele z Wasylem Glebowiczem, Wsiewołodem Aleksandrowiczem i jakimś wspomnianym bez otczestwa Mścisławem. Pytaniem nierozstrzygniętym pozostaje czy podana liczba ściśle odpowiada rzeczywistości, czy też było to 20 doborowych rycerzy wraz z pocztami. Chyba raczej to drugie, co dałoby zapewne minimum około setki jeźdźców.
Oddział posiłkowy nie zdołał jednak wesprzeć Andrzeja. Zmuszony został do wycofania się ku Sanowi. Pozostawiony sobie, mający do dyspozycji niewielką drużynę dworski zaciekle jednak bronił się przed nacierającymi ludźmi Rościsława. Pozwoliło to rozwinąć szyk pułkowi Daniela, który, jak powiada Kronika balicko-wołyńska, zorientował się, że w pobliżu jego pozycji cały czas trwa walka oddziałów Andrzeja i Rościsława, zaś Małopolanie ruszyli na hufiec Wasylka gromko śpiewając kierelesz czyli - według wszelkiego prawdopodobieństwa Bogurodzicę. Starszy Romanowicz widział też przed sobą wrogie rezerwy dowodzone przez Filię. One też stały się celem ataku sił Daniela. Wygląda to na dobrze przemyślany manewr mający na celu zmianę niekorzystnego usytuowania własnych wojsk, grożącego w razie porażki przyciśnięciem przez przeciwnika do rzeki i w konsekwencji niewątpliwym pogromem. Być może starszy Romanowicz liczył też na oskrzydlenie armii Rościsława. W każdym razie wydał rozkaz uderzenia na tylni pułk wroga. Zapewne już po bitwie, z ust jeńców, autor relacji dowiedział się, że Filia widząc to miał zachęcać swych ludzi, by powstrzymali pierwszy impet Rusinów, którzy co prawda są skorzy do boju, jednak nie są w stanie prowadzić go długo. Coś w tej opinii musiało być, skoro kronikarz z ulgą skomentował ją w następujący sposób: ale Bóg nie usłyszał jego słów. Przy okazji można odnieść wrażenie, że uderzeniowa grupa Daniela była liczniejsza niż odwodowy oddział armii Rościsława. Ruszyła szarża. Na jej czele pędził sam książę u boku mając Jakowa Markowicza i Szełwa. Węgrzy wytrzymali pierwszy impet. Strącono z rumaka Szełwa, zaś sam Daniel z trudem wyrwał się z rąk Filii. W bitewnym zamieszaniu zabił kopią nacierającego Węgra, a w tym samym czasie młody Lew Daniłowicz zaatakował Filię i złamał na jego zbroi drzewce. Po pierwszym starciu przeciwnicy rozjechali się. Przegrupowani Rusini wkrótce uderzyli ponownie. Tym razem zdołali rozbić szyk węgierski. W ręce wojów Romanowiczów wpadła rozdarta chorągiew pułku Filii. Teraz wysuniętym oddziałom Rościsława zagroziło oskrzydlenie. Widząc grozę sytuacji zięć Beli IV wydał rozkaz odwrotu za sforsowany na początku bitwy wąwóz. Tymczasem zacięte zmagania trwały na drugim krańcu placu boju, oddzielonym od miejsca starcia sił Daniela z Filią i Rościsławem głębokim jarem, utrudniającym komunikację i obserwację. Pułk Wasylka wytrzymał pierwsze uderzenie Małopolan, ci zaś odstąpiwszy, gotując się do ponowienia ataku, zaczęli grozić Rusinom, że poobcinają im ich wielkie brody. Młodszy Romanowicz odparł: kłamliwe jest wasze słowo, Bóg jest naszym, pomocnikiem! i ruszył na wroga. Wołynianie zaczęli stopniowo uzyskiwać przewagę, spychając Małopolan z zajmowanych przez nich pozycji. W końcu zmuszając do ucieczki z pola boju.
Mniej więcej w tym samym czasie oddziały Daniela przebywszy wąwóz ruszyły do trzeciej, ostatniej szarży na Węgrów. Znów rozgorzał zacięty bój. Nie jest wykluczone, że wzięła w nim udział przynajmniej część piechoty pozostawionej pod Jarosławiem, bowiem niewątpliwie zmagania przesunęły się w stronę grodu. Walczący przeciw Rościsławowi i Filii starszy Romanowicz martwił się o sytuację na skrzydle brata. W pewnym momencie zobaczył jednak jego chorągiew wypierającą Małopolan. W końcu opór Węgrów i Haliczan został złamany. Resztki armii Rościsława wraz ze swym dowódcą rzuciły się do ucieczki.
Zwycięstwo Romanowiczów było kompletne. Wielu Węgrów, Małopolan i ich ruskich sojuszników poległo. Wielu dostało się do niewoli. Część zwycięskiej armii rozbiegła się w pościgu za uchodzącymi. Daniel zaś stanął na kurhanie naprzeciw grodu, obserwował pobojowisko i sam chciał ruszyć w pogoń za uchodzącymi wrogami. Powstrzymał go jednak Wasylko, który w międzyczasie podjechał do niego. Po jakimś czasie zaczęto przed oblicze książąt sprowadzać jeńców. Wśród nich był sam Filia, ujęty i przywiedziony przez dworskiego Andrzeja. Hardy - jak go określa ruskie źródło - węgierski możny został stracony według relacji tegoż przez starszego Romanowi- cza osobiście. Gzy rzeczywiście książę własnoręcznie zabił wodza przeciwnej armii? Nie jest to wykluczone, choć nie możemy wykluczyć zadziałania dość typowego dla dziejopisarstwa ruskiego (i szerzej - średniowiecznego) mechanizmu personalizacji czynów. Oczywiście, powyższe rozważania nie są przedstawiane w celu obrony czci i honoru Daniela w oczach współczesnego czytelnika. Nawet bowiem, jeśli książę nie uśmiercił Filii osobiście i tak kazał to zrobić, a bezbronnego jeńca zapewne zabito przed jego obliczem. Podobny zresztą los spotkał przywódcę Haliczan Władysława, przyprowadzonego przez Żyrosława. Zabito też wielu pojmanych Węgrów - za gniew - jak powiada ruski kronikarz, jakby trochę zawstydzony rzezią jeńców. Zamknijmy ten wątek stwierdzeniem, że jednak nie wszyscy poddani Beli IV padli ofiarą mściwości zwycięzców. Wiemy bowiem o uwolnieniu części pojmanych bojarów w rezultacie ugody zwoleńskiej z 1246 r.
Zwycięscy Romanowicze, Daniel, Wasylko i Lew, dla którego była to pierwsza wiktoria, postanowili nie wjeżdżać do uwolnionego z oblężenia Jarosławia. Stanęli - jak powiada źródło - pośród trupów napawając się triumfem i do połowy nocy witając wojów prowadzących jeńców. Pogoń zaś trwała przez całą noc. Dramatyczny jej charakter i napięcie dobrze oddają słowa relacji o rozlegających się nieustannych krzykach ściganych i goniących. Zaraz potem znajdujemy zaś zdanie znakomicie ukazujące ówczesną mentalność. Kronikarz pisze mianowicie: ukazał Bóg miłość swoją i dał zwycięstwo Danielowi.
Do zwycięstwa tego doszło w wigilię dnia męczenników Flora i Ławra czyli 17 VIII 1245 r.
Pokonany Rościsław uciekł z niedobitkami armii do Krakowa, skąd wziął oczekującą na rezultaty bitwy u siostry i szwagra żonę i wraz z nią udał się na Węgry. Tymczasem Romanowicze zebrawszy jeńców i łupy, w tym machiny wojenne gotowane do szturmu na Jarosław, ruszyli do Chełma. Po drodze spotkali nadciągające im na pomoc, spóźnione oddziały przysłane przez Konrada Mazowieckiego i Mendoga...."


Fragment książki: Dariusz Dąbrowski "DANIEL ROMANOWICZ" s. 254-260

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości