Grunwald 1410

"...Wojska, które król Władysław Jagiełło przyprowadził na pola Grunwaldu, składały się z dwóch armii: a) polskiej; b) litewsko-rusko-tatarskiej. Tą ostatnią dowodził kuzyn króla, wielki książę Litwy Witold Aleksander. [...]

Według [...] szacunków armia królewska mogła liczyć 21-22 tys. jazdy i około 2000 tys. piechoty. [...]

Siły Witolda bez posiłków tatarskich nie przekraczały 10 000 wojowników. Biorąc pod uwagę fakt, że część sił litewskich pozostaia na miejscu, aby wykonywać niszczycielski najazd na Sambię oraz dla osłony od strony Inflant, szacunki te są moim zdaniem bliskie rzeczywistych. [...]

Armia krzyżacka pod Grunwaldem liczyła około 18-19 tys. jazdy i prawdopodobnie niewielki oddział piechoty (3-5 tys. zbrojnych)..."

"...Obszar, na którym miała rozegrać się jedna z najważniejszych bitew w dziejach Polski, dzieli się na dwie odmienne części: część północno-zachodnia, od strony Grunwaldu i Stębarka, choć pofałdowana stanowi jednak dość wyrównaną płaszczyznę bez większych kompleksów leśnych, opadającą ku południowemu wschodowi; część południowo-wschodnia rozciągająca się aż do jeziora Lubień i przepływającej przez nie rzeczki Maręzy tworzy prawdziwy labirynt pagórków, dolinek i kotlin.

Obie części Pól Grunwaldu rozgranicza biegnąca ich środkiem płytka dolina, znana jako Dolina Wielkiego Strumienia. Ciągnie się ona od wsi Lodwigowo aż po Stębark. Przeszkody wodne, mogące ograniczać ruchy wojsk, istniały tylko na peryferiach Pól Grunwaldu. Najważniejsze z nich to jezioro Lubień i rzeczka Maręza, głównie w swym dolnym, zabagnionym biegu na północ od jeziora. Większe znaczenie mogło też mieć rozległe pasmo moczarów, ograniczające pola od północnego zachodu wzdłuż drogi Grunwald - Stębark. Uniemożliwiały one oskrzydlenie armii krzyżackiej większymi siłami od strony Stębarka. Gdyby natomiast kilka chorągwi polskich przedarto się na tyły prawego skrzydła Krzyżaków, mogły kontratakiem odwodowych chorągwi krzyżackich zostać odrzucone na owe bagna. Przed rozpoczęciem bitwy obie strony rozwinęły pierwsze rzuty swoich wojsk po obu stronach Doliny Wielkiego Strumienia: Krzyżacy frontem na południowy wschód, Polacy i Litwini ku północnemu zachodowi. Ponieważ przejście z ugrupowania marszowego w rozwinięty szyk bojowy zajęło sprzymierzonym około trzech godzin..."

"...Pierwszy rzut wojsk krzyżackich rozwinął się nieopodal wielkiego strumienia, pomiędzy Stębarkiem a Łodwigowem. Odległość między tymi wsiami wynosi około trzech kilometrów. W związku z tym długość frontu, na którym rozwinęła się armia krzyżacka, prawdopodobnie nie przekraczała trzech kilometrów..."

"...Wojska polsko-litewskie ustawiały się do bitwy w dwóch etapach. Etap pierwszy to przejście z ugrupowania marszowego w rozwinięty szyk bojowy. Etap drugi to korekta ugrupowania bojowego, jaka nastąpiła po przeprowadzeniu przez króla i jego doradców rekonesansu. Nad płynnym przejściem chorągwi z ugrupowania marszowego w ugrupowanie bojowe czuwali wielki książę Witold oraz Zyndram z Maszkowic. Prawdopodobnie tak samo, jak armia krzyżacka, również siły polsko-litewskie zostały ustawione w trzy rzuty.

Na prawym skrzydle litewskim powinny znaleźć się chorągwie najsilniejsze. Według mojej oceny były to chorągwie smoleńskie. Pozostałe chorągwie wielki książę Witold powinien ugrupować w ten sposób, że w pierwszym rzucie byłyby najsilniejsze chorągwie ziemskie, a w drugim dziesięć chorągwi nadwornych. Pomiędzy chorągwiami litewsko-ruskimi a chorągwiami polskimi stanęły prawdopodobnie chorągwie tatarskie. Przypuszczam, że było ich siedem lub osiem.[...]

Wojska polskie prawdopodobnie ugrupowały się tak, jak to nakreślił Andrzej Nadolski. Na prawym wewnętrznym skrzydle polskim walczyli Małopolanie, na lewo od nich Mazowszanie oraz chorągwie łęczycko-sieradzkie. Lewe skrzydło polskie sformowali Wielkopolanie. Dziesięć dużych chorągwi wielkopolskich było w stanie skutecznie bronić lewego skrzydła przed przełamaniem. Jeśli chodzi o miejsce ustawienia chorągwi św. Jerzego, to relacja Jana Długosza nie pozwala jednoznacznie umieścić jej na styku obu armii w pierwszym rzucie..."

"...Gdy przygotowania wojsk do bitwy bliskie były ukończenia, Jagielle dano znać, że od strony krzyżackiej nadciąga dwóch posłów. Reprezentowali oni dwóch sprzymierzeńców krzyżackich: Zygmunta Luksemburskiego, króla Węgier, oraz księcia szczecińskiego, Kazimierza. [...] Rezultatem tego poselstwa było cofnięcie się czołowego rzutu wojsk krzyżackich. Historycy różnie to zachowanie armii krzyżackiej interpretują. Stefan Kuczyński twierdził, że armia krzyżacka cofnęła się, aby wykorzystać do walki wilcze doły, które piechota krzyżacka miała wykopać i zamaskować na przednim skraju swojej obrony. Stanowczo pogląd ten odrzucił Andrzej Nadolski, który kwestionuje istnienie piechoty krzyżackiej pod Grunwaldem. Jeżeli przyjrzymy się właściwościom taktycznym terenu, to cofnięcie się armii krzyżackiej o kilkadziesiąt metrów uznamy za posunięcie jak najbardziej racjonalne. Jak wiadomo, pierwsze rzuty obu armii stały na przeciwległych brzegach Doliny Wielkiego Strumienia. Gdyby z tych pozycji wykonano szarżę z obu stron jednocześnie, to oba wojska spotkałyby się mniej więcej pośrodku owej doliny. Wycofując swoje chorągwie o kilkadziesiąt metrów, wielki mistrz mógł chcieć uderzyć na pierwszorzutowe chorągwie polskie i litewskie w momencie, gdy te będą przesuwać się pod górę zboczem Doliny Wielkiego Strumienia, chcąc wyjść z niej na rozległą równinę na północ od Łodwigowa. Relacja Długosza mówiąca, że Krzyżacy uderzyli z wyższego „pagórka", częściowo potwierdza tę hipotezę. Ten zabieg taktyczny wielkiego mistrza w pełni powiódł się na odcinku natarcia Litwinów, którzy nie dość, że mieli słabsze konie i rynsztunki, to jeszcze musieli nacierać pod górę zbocza Doliny Wielkiego Strumienia. Nie dziw zatem, że ich natarcie zostało odrzucone w tył o jedną staję. Wbrew temu, co pisze Jan Długosz, to nie Polacy, ale Litwini i Tatarzy mieli trudniejszy odcinek natarcia, gdyż krzyżacki brzeg doliny zdecydowanie górował nad litewskim.

Ustawienie wojsk do bitwy

"...Bitwa rozpoczęła się od rozpoznania walką pozycji wojsk krzyżackich, czego dokonały chorągwie tatarskie i litewskie. Natarcie to, chociaż zostało odparte, wypełniło postawione przed nim cele. Stwierdzono małą skuteczność ognia artylerii krzyżackiej oraz brak przeszkód terenowych, które uniemożliwiłyby wykonanie szarży przez ciężką jazdę. Prawdopodobnie zadano też pewne straty artylerzystom i piechocie krzyżackiej. [...]

Po odparciu natarcia rozpoznawczego nastąpiło główne starcie. Oto jak je przedstawia polski kronikarz: „Krzyżacy, dwakroć uderzywszy z dział, silnym natarciem na próżno usiłowali przełamać i zmieszać polskie szyki […] W tym zamieszaniu i zgiełku, trudno rozróżnić było dzielniejszych od niewieściuchów, wszyscy bowiem w jednym zawiśli tłumie”. Cytat ów świadczy, że obie strony do pierwszego rzutu skierowały najsilniejsze chorągwie, chcąc już w pierwszym uderzeniu zyskać przewagę. Również odstępy między chorągwiami musiały być niewielkie.

Dalej Długosz pisze: „Po rozpoczęciu bitwy obydwa wojska walczyły niemal przez godzinę całą z równym powodzeniem [...] Krzyżacy postrzegłszy, że na lewym skrzydle, kędy było wojsko polskie, szło im twardo, już bowiem przednie szyki uległy, zwrócili oręż na prawe skrzydło składające się z Litwinów, które mniej gęste mając szyki, słabsze konie i rynsztunki, łatwiejszym zdało się do pokonania. Gdy z Litwinami, Rusią i Tatarami zawrzała bitwa, hufce litewskie, nie mogąc wytrzymać natarcia, chwiać się poczęły i o jedną staję ustąpiły z pola. Uderzyli na nich tym śmielej Krzyżacy zmuszając je do ucieczki [...] Popłoch ten Litwinów pociągnął za sobą i znaczną część Polaków, którzy znajdowali się w ich szeregach. W tej bitwie sami tylko rycerze smoleńscy, stojąc mocno przy swoich trzech chorągwiach, walczyli z zaciętością i nie splamili się ucieczką, co im wielki zaszczyt zjednało.

Powyższy tekst bardzo ogólnikowo opisuje pierwszą fazę bitwy, czyli do momentu załamania się wojsk litewskich. Nie daje on odpowiedzi na pytania [...]: Dlaczego wojska Witolda uległy mimo wzmocnienia chorągwiami polskimi? Jak doszło do przełamania i gdzie ono nastąpiło? Aby odpowiedzieć na powyższe pytania, trzeba oszacować siły obu stron, zmagających się na prawym skrzydle litewskim oraz ustalić linię frontu, na którym się zmagano. [...] Łącznie dawało to Witoldowi 11-13 tys. lekkiej jazdy i 2 tys. ciężkiej. Jak już wspomniałem, armia litewska i Tatarzy nacierali raniej więcej na jednokilometrowym odcinku frontu. Z założenia, że na odcinku 100 m nacierała jedna chorągiew krzyżacka, uzyskujemy informację, iż Litwini zmagali się z 10 chorągwiami krzyżackimi. Ponieważ przyjąłem uprzednio, że na wojska Witolda nacierała również chorągiew św. Jerzego oraz że chorągwie krzyżackie pierwszego rzutu liczyły ok. 500 ludzi, to wychodzi, że na Litwinów i Tatarów mogło nacierać nie więcej jak 5,5-6 tysięcy ciężkiej jazdy.

Były to siły o połowę słabsze od sił wielkiego księcia Witolda. Nie zdołały one w ciągu godziny złamać wojsk litewsko-ruskich, tatarskich i wspomagających je chorągwi polskich. Choć zdołały je odrzucić w tył o kilkaset metrów, to jednak siła ofensywna chorągwi krzyżackich pierwszego rzutu uległa wyczerpaniu. Dlatego bez wsparcia chorągwi drugiego rzutu prawdopodobnie nie zdołano by pobić wojsk Witolda. Według moich kalkulacji, wielki mistrz posiadał w drugim rzucie 10-12 chorągwi. Nie mógł ich jednak użyć wszystkich. Część tych chorągwi musiała zabezpieczyć prawe skrzydło w rejonie Lodwigowa. Dlatego przeciw Litwinom i Tatarom mógł wykorzystać 5-6 chorągwi.

W tym miejscu należy się zastanowić, jak wyglądał front, na którym zmagały się obie armie. Z opisu Długosza wynika, że chorągwie polskie wolno parły do przodu. Prawdopodobnie największe postępy czyniła chorągiew ziemi krakowskiej, gdyż siłą przewyższała inne. Chorągwie walczące obok starały się dotrzymać jej kroku. Z drugiej strony chorągwie tatarskie i litewskie były spychane w tył. Z opisu tego wynika, że linia frontu, na którym zmagały się obie wrogie armie uległa wydłużeniu. Największe wydłużenie powstało na styku armii polskiej i litewskiej, na prawo od odcinka, na którym nacierała chorągiew krakowska. Oznaczało to, że ostatnie chorągwie polskie na wewnętrznym prawym skrzydle polskim i pierwsze chorągwie tatarskie lub litewskie na wewnętrznym lewym skrzydle litewskim nacierały na coraz szerszych odcinkach.

Krótko mówiąc, obie armie rozjechały się, a pomiędzy nimi musiała powstawać coraz większa luka. Jakie to miało konsekwencje taktyczne? Odstępy między kolumnami nacierających chorągwi krzyżackich zwiększyły się. Spowodowało to osaczenie ich przez liczniejsze siły tatarskie i litewskie, które zaczęły wdzierać się między chorągwie wielkiego mistrza. Ich słabsze uzbrojenie nie pozowoliło jednak na rozbicie rycerzy krzyżackich. Na domiar złego wypełniając coraz większą lukę między chorągwiami polskimi a chorągwiami Witolda utrudniali Tatarzy Jagielle wprowadzenie świeżych sił do pierwszego rzutu. Również dla wielkiego mistrza sytuacja ta była niebezpieczna, gdyż wyczerpane walką i osaczone ze wszystkich stron chorągwie te mogły ulec rozbiciu. Dlatego na tym odcinku miał najlepszą możliwość przełamania sił Witolda. Nie musiał nacierać poprzez szeregi własnych wojsk, lecz uderzył swoimi drugorzutowymi chorągwiami w luki pomiędzy chorągwiami pierwszego rzutu.

Wyczerpani walką Tatarzy i Litwini, chcąc uniknąć masakry, rzucili się do ucieczki. Wywołało to panikę, która objęła wszystkie siły Witolda z wyjątkiem trzech chorągwi smoleńskich. Impet pierwszego uderzenia ciężkiej jazdy był tak duży, że gdyby Tatarzy i Litwini pozostali na miejscu, to zostaliby zdziesiątkowani. Przyczyną porażki wojsk Witolda było pozostawienie w pierwszym rzucie zbyt dużych sił tatarskich. Gdyby Tatarów było 300, jak chce Długosz, ich zluzowanie przez chorągwie drugiego rzutu nie przedstawiałoby trudności. Jednakże wycofanie z walki 7-8 chorągwi tatarskich było czynnością znacznie trudniejszą.

Reasumując powyższe rozważania stwierdzamy, że przełamanie wojsk Witolda nastąpiło w pobliżu prawego wewnętrznego skrzydła polskiego. W moim przekonaniu było wynikiem złego ustawienia wojska do bitwy. Po wykonaniu natarcia rozpoznawczego większość sił tatarskich powinna zostać wycofana do odwodu lub skierowana do działań oskrzydlających.

Ucieczka i powrót chorągwi litewskich i tatarskich

Konsekwencją przełamania, a następnie paniki wojsk Witolda było odsłonięcie prawoskrzydłowych chorągwi polskich. Na domiar złego, potężny kurz, który wzbiły uciekające wojska prawego skrzydła, utrudnił królowi dowodzenie. Nie zauważył on, że nie wszystkie chorągwie prawego skrzydła rzuciły się do ucieczki. Tumany kurzu sprawiły, że chorągwie smoleńskie walczyły samotnie. Dopiero po wyczerpaniu się siły ofensywnej chorągwi krzyżackich obie strony wycofały się do swych sił głównych.

Mniej więcej w tym samym czasie nastąpił kryzys na odcinku natarcia chorągwi krakowskiej. Wracając do tego, o czym już pisałem, chorągiew ta czyniła największe postępy w natarciu. Prawdopodobnie sąsiednie chorągwie polskie nie nadążały za nią. W pewnym momencie włamanie, jakie uczyniła ta chorągiew, było już tak głębokie, że jej pierwsze szeregi minęły ostatnie szeregi sąsiednich chorągwi krzyżackich. W tym momencie dowodzący chorągwią Zyndram z Maszkowic powinien zatrzymać natarcie. W bitewnym zapale chciał przełamać jak najszybciej front krzyżacki na tym odcinku. Nie zauważył, że sąsiednie chorągwie nie nadążają. Powstała niebezpieczna sytuacja, gdyż chorągiew walczyła z coraz bardziej odsłoniętymi bokami. Znakomicie wykorzystał to wielki mistrz, który rzucił do ataku jedną ze swych drugorzutowych chorągwi, wymierzając silny cios w odsłonięty bok chorągwi. Impet pierwszego uderzenia krzyżackiego był tak silny, że szyki chorągwi krakowskiej zostały przełamane, a jej czoło z chorągwią odcięte od sił głównych. Na domiar złego chorąży Marcin z Wrocimowic, razem z chorągwią upada na ziemię.

Jan Długosz pisze: „Chorągiew przez nagłe uderzenie nieprzyjaciół upadłą na ziemię Polacy podnoszą", jednakże Kronika Pruska wyraźnie mówi o trzykrotnym przełamaniu szyków wojsk królewskich. Na szczęście wielkiemu mistrzowi wyczerpały się odwody, a na uderzenie ostatnim odwodem w odsłonięty bok chorągwi polskich walczących na prawo od chorągwi krakowskiej nie zdecydował się. Stwierdzenie, że kryzys na odcinku natarcia krakowian wywołała świeżo wprowadzona do walki chorągiew krzyżacka, nie powinno budzić wątpliwości. Chorągiew, która od godziny opierała się im, do takiego wysiłku już nie była zdolna.

Nie znamy reakcji Jagiełły na kryzys na polu bitwy. Jan Długosz pomija ten fragment bitewnego starcia całkowitym milczeniem. Wiele miejsca natomiast poświęca rzekomej dezercji chorągwi czeskiej św. Jerzego. Ponieważ wielu historyków poważnie traktuje ten fragment relacji naszego kronikarza, przedstawię swoje zastrzeżenia co do prawdziwości tego przekazu. Pisząc o rzekomej dezercji Czechów, kronikarz przedstawia dwie wersje tego wydarzenia, wzajemnie ze sobą sprzeczne. Pozwolę sobie obie wersje krótko przytoczyć.

Wersja I: Tegoż dnia trzechset zaciężnych żołnierzy czeskich odstąpiło obozu królewskiego, bez wiedzy i zezwolenia króla [...] Gdy Mikołaj pod- kanclerzy Królestwa Polskiego, postępujący w tyle za obozem królewskim, spotkał ich opuszczających wojsko i zapytał, dokąd i z jakiej przyczyny ustępują, a oni odpowiedzieli, że dlatego opuszczają obóz, iż im król należnego nie zapłacił żołdu. Wiem ja, rzekł podkanclerzy, że Władysław król należny wam żołd jeszcze nim go wysłużyliście, rzetelnie wypłacił. A do opuszczenia skłania was nie tak krzywda doznana, ale raczej bojaźń i tchórzostwo, gdyście się dowiedzieli, że król w dniu dzisiejszym bitwę z nieprzyjacielem stoczyć postanowił.

Wersja II: [...] Zbiegła w ten czas i jedna chorągiew królewska św. Jerzego, w której znaku służyli sami tylko zaciężni Czesi i Morawcy, podniósł ją Jan Sarnowski Czech, i z wszystką drużyną Czechów i Morawców ustąpił do gaju[...] Tam stanął między drzewami i nie chciał wrócić do walki. Gdy to spostrzegł Mikołaj Trąba podkanclerzy, mniemając, iż to nie czeska była chorągiew tylko rycerza Dobiesława z Oleśnicy [...] Oburzony z gniewem pobiegł aż do miejsca, w którym stał Jan Sarnowski i mniemając, że był to Dobiesław z Oleśnicy, począł go ostrymi łajać słowy [...]

Porównując obie wersje należy zwrócić uwagę, że są one sprzeczne co do czasu dezercji najemników czeskich oraz motywów, jakimi się kierowali. W pierwszej wersji było to jeszcze przed bitwą, w drugiej - podczas ucieczki wojsk Witolda. Motywem ich działania w pierwszej wersji miał być niewypłacony żołd, a w drugiej zwykłe tchórzostwo Jana Sarnowskiego. Żeby było jeszcze dziwniej, przy chorągwi nie ma ani Zbisławka, ani Jaśka Sokoła, którzy figurują w spisie Długosza jako jej dowódcy. Natomiast chorążego tej chorągwi Jana Sarnowskiego autor kroniki tytułuje „rotmistrzem", „dowódcą", „chorążym". Co prawda Jaśko Sokół na początku bitwy przebywał przy Jagielle, ale w pewnym momencie wziął udział w walce, o czym świadczy fakt, że podczas natarcia na króla rycerza krzyżackiego Dypolda Kokeritza prawdopodobnie przy królu go nie ma.

Przy omawianiu ustawienia armii królewskiej do bitwy odrzuciłem hipotezę, że chorągiew ta walczyła na styku obu armii. Gdyby tak było, owa chorągiew musiałaby, kierując się na tyły, przemaszerować w pobliżu stanowiska króla, przy którym znajdował się Jaśko Sokół. Czy patrzyłby biernie, jak jego chorągiew ucieka z pola walki? Następnie musiałaby stratować chorągwie drugiego i trzeciego rzutu, by stanąć na dalekich tyłach, zakładając, że przeciwnik, z którym walczyła, zostawiłby ją w spokoju i pozwolił spokojnie się oddalić. Zbyt wiele absurdu, żeby w to wszystko uwierzyć. Trudno jednak posądzać Długosza, że to wszystko sobie zmyślił. Wydaje mi się, że ten incydent wyglądał

nieco inaczej. Mikołaj Trąba za namową jednego z pachołków pozostał, aby oglądać bitwę. Gdy wśród chorągwi Witolda nastąpiła panika, było wiadomo, że część rozbitków skieruje się przesiekami leśnymi na Ulnowo. Dlatego część dowódców i urzędników udała się na tyły, aby zawrócić rozbitków do bitwy. Wśród nich znalazł się również ksiądz podkanclerzy Mikołaj Trąba. Tutaj natknął się na część chorągwi czeskiej św. Jerzego.

Przy analizie sił polskich zwróciłem uwagę, że niektóre chorągwie miały dwóch dowódców. Prawdopodobnie składały się z roty pieszej i roty konnej. Do tych chorągwi należała również chorągiew św. Jerzego. Dlatego przypuszczam, że napotkany przez Mikołaja Trąbę oddział Czechów był rotą pieszą chorągwi św. Jerzego. Tłumaczyłoby to nieobecność Jaśka Sokoła i Zbisławka podczas tego incydentu, którzy w tym czasie na czele roty konnej brali udział w walce. Na skutek różnic językowych mogło dojść do nieporozumienia między Janem Sarnowskim a podkanclerzym. Długosz prawdopodobnie wolał przyczepić się do Czechów niż pisać o zawracaniu do bitwy rozbitych chorągwi polskich spływających na Ulnowo.

Wracając do kryzysu, jaki miał miejsce po ucieczce wojsk Witolda i przełamaniu szyków chorągwi ziemi krakowskiej. Historyk i w tym przypadku jest zdany na domysły. Przed królem stanęły do rozwiązania dwa problemy taktyczne. Pierwszy problem polegał na tym, że należało nie dopuścić do zrolowania frontu, czyli do uderzenia w bojk chorągwi polskich walczących na odsłoniętym prawym skrzydle. Aby temu niebezpieczeństwu zapobiec, Jagiełło powinien wyprowadzić uderzenie czterema lub pięcioma chorągwiami na chorągwie krzyżackie walczące na prawo od chorągwi krakowskiej. Należało również zaatakować tyły chorągwi krzyżackiej, która przełamała szyki chorągwi krakowskiej. Jedna z tych chorągwi nie powinna mieszać się do walki, stanowiąc ubezpieczenie prawego skrzydła. Uderzenie takie szybko rozstrzygnęłoby zmagania na prawym skrzydle. Czy taki ruch znajduje potwierdzenie w relacji Długosza? Wydaje mi się, że tak. Gdy grupki Krzyżaków wracają z pogoni za wojskami Witolda, ku swemu zdziwieniu widzą wojska Zakonu prawie pobite. Ich włączenie się do walki nie przyniosło poprawy sytuacji.

Drugi problem taktyczny rodziła konieczność udzielenia pomocy pobitym chorągwiom Witolda. W pościg za Litwinami, Rusinami i Tatarami ruszyło prawdopodobnie 4-5 tysięcy jazdy krzyżackiej. Władysław Jagiełło nie mógł dopuścić, aby taka masa wojska powróciła na pole bitwy i uderzyła w bok walczących chorągwi. Musiał sformować jeszcze jedną grupę uderzeniową, złożoną co najmniej z 5-6 chorągwi, i odciąć odwrót tym siłom, aby uniemożliwić im powrót na plac boju. [...]

W moim przekonaniu odcięcie przez ludzi króla, rozproszonych sił krzyżackich od sił głównych, należy rozumieć jako odcięcie chorągwi krzyżackich biorących udział w pościgu, od wojsk Zakonu walczących między Łodwigowem a Stębarkiem.

Odcięcie to mogły przeprowadzić nie pobite wojska litewskie i tatarskie, lecz tylko świeże siły, czyli rezerwowe chorągwie polskie, wysłane przez króla na pomoc Litwinom i Tatarom. Można postawić tezę, iż kontratak drugorzutowych chorągwi polskich doprowadził do pobicia sił krzyżackich walczących na prawo od chorągwi krakowskiej. Sugeruje to jeszcze jeden fragment kroniki Długosza: „Krzyżacy pomieszani w nieładzie, doznawszy wielkiej w ludziach straty i pogubiwszy wodzów, już się zdawali zabierać do ucieczki, kiedy rycerstwo czeskie i niemieckie słabiejących w wielu miejscach wsparło Krzyżaków i wytrwałą odwagą podtrzymało walkę". Jeżeli wśród kontratakujących chorągwi Zakonu, znaczną część stanowili rycerze czescy, to przypuszczalnie część z tych chorągwi była złożona z żołnierzy zaciężnych. W związku z czym można postawić wniosek, że nie były to świeże chorągwie drugiego rzutu, lecz wycofane z pierwszego rzutu chorągwie najemne mocno już nadwerężone. Toteż wynik tego kontrnatarcia jest już bardzo ograniczony. Wielki mistrz chce jak najdłużej związać czołowo chorągwie polskie, aby móc po przegrupowaniu swojego odwodu uderzyć nim w bok i na tyły wojsk polskich walczących na prawym skrzydle.

Uderzenie szesnastu chorągwi odwodowych wielkiego mistrza i przełamanie po raz trzeci szyków polskich to już przedostatnia faza bitwy.

Uderzenie odwodu wielkiego mistrza

Wykonując manewr oskrzydlający prawe skrzydło polskie wódz krzyżacki musiał zdawać sobie sprawę, że ostatnią fazą tego działania będzie marsz rokadowy wzdłuż frontu, gdzie na początku bitwy walczyli Krzyżacy z Litwinami i Tatarami. Dlatego właściwym posunięciem było sformowanie z owych szesnastu chorągwi dwóch kolumn. Kolumna główna złożona z piętnastu chorągwi utworzyła główny klin uderzeniowy. Według założeń taktycznych wielkiego mistrza kolumna ta miała uderzyć w prawe skrzydło wojsk polskich, starając się zrolować je. Chorągiew wielka wielkiego mistrza sformowała drugi klin mający za zadanie osłonę lewego boku klina głównego, a następnie uderzenie na tyły chorągwi polskich związanych czołowo walką z klinem głównym. Ubezpieczając lewy bok klina głównego, chorągiew wielka powinna posuwać się nieco z tyłu, aby móc zgarnąć każde uderzenie wymierzone w klin główny, złożony z owych piętnastu chorągwi. Bez tego ubezpieczenia nawet niewielkie siły dwóch - trzech chorągwi mogły pokrzyżować plany wielkiego mistrza, uderzając w bok jego odwodowych chorągwi. Taką hipotezę stawia Stefan Kuczyński, pisząc o odwodowych chorągwiach ukrytych rzekomo przez Jagiełłę gdzieś w zaroślach na prawym skrzydle swych wojsk. To prawdopodobnie do wielkiej chorągwi dołączyli ci Krzyżacy, którzy zdołali powrócić z pościgu za Litwinami i Tatarami, ale przybyli zbyt późno, aby włączyć się do bitwy samodzielnie.

Ponieważ obie kolumny krzyżackie nie posuwały się w jednej linii, rycerze polscy na początku widzieli tylko kolumnę główną. Z piętnastu chorągwi aż dwanaście pochodziło z ziemi chełmińskiej, zamieszkałej w tym czasie w 50% przez Polaków. Można szacować, że około tysiąca Polaków walczyło pod tymi znakami. Dlatego nic dziwnego, że Polacy nie byli pewni, kto się zbliża. Dopiero Dobiesław Oleśnicki, staczając pojedynek z wielkim mistrzem, wyjaśnił sytuację. Chorągwie polskie szybko zmieniły front, aby zatrzymać uderzenie krzyżackie. Wojska krzyżackie przełamują szyki polskie, wdzierając się głębokim klinem aż do miejsca, gdzie stała chorągiew ziemi krakowskiej. Dopiero tutaj impet uderzenia trzech tysięcy krzyżackich rycerzy zostaje wyhamowany. Wielki mistrz w tym czasie obserwował efekt tego uderzenia, a następnie udał się do kolumny bocznej, którą tworzyła jego wielka chorągiew. Gdy dotarł do jej czoła, zobaczył tragiczny koniec Dypolda Kokeritza. Wielki mistrz stanął na czele kolumny i skierował ją na prawo, czyli na tyły związanych walką z główną kolumną prawo-skrzydłowych chorągwi polskich. Plan ten został jednak pokrzyżowany przez chorągiew nadworną, którą dowodzili Jędrzej Ciołek z Żelechowa i Jan ze Sprawy herbu Odrowąż. Natarcie chorągwi wielkiej wielkiego mistrza zostało zatrzymane, co uratowało polskie prawe skrzydło przed rozbiciem. Niebawem przybyły z lewego skrzydła odwodowe chorągwie polskie, które pomogły rozbić wojska krzyżackie. Powrót wojsk Witolda przypieczętował klęskę Krzyżaków.

Jak przedstawiona hipoteza ma się do relacji Jana Długosza? Według kronikarza podział odwodu na dwie kolumny dokonał się dopiero w końcowej fazie manewru. Pisze on: „Tymczasem wstąpiło do boju szesnaście pod tyluż znakami hufców nieprzyjacielskich, świeżych i nietkniętych, które jeszcze nie doświadczyły oręża, a część ich zwróciwszy się ku tej stronie, gdzie król polski stał z przyboczną tylko strażą, pędziła z wymierzonymi włóczniami, jakoby prosto ku niemu". Jeżeli podział na dwie kolumny dokonałby się dopiero teraz, to moim zdaniem rycerze polscy walczący na prawym skrzydle nie powinni mieć problemu z rozpoznaniem w nadciągającym wojsku przeciwnika. Chorągiew wielka wielkiego mistrza posiadała wystarczająco dużą płachtę, by ją rozpoznać z daleka, a większość jej rycerzy była ubrana tak jak Dypold Kokeritz: w białą jupkę z krzyżem na piersi. Dlatego, jak już pisałem, chorągiew ta posuwając się jako ubezpieczenie boczne doliną wielkiego strumienia, nieco z tyłu w stosunku do chorągwi ziemi chełmińskiej tworzących kolumnę główną, była niewidoczna dla rycerzy polskich prawego skrzydła, stojących na wysokości dzisiejszego mauzoleum bitwy grunwaldzkiej.

I tutaj dochodzimy do kolejnej zagadki. Co było pierwsze: pojedynek Jagiełły z Kokeritzem, czy pojedynek Dobiesława Oleśnickiego z wielkim mistrzem. Długosz spiesząc się ze swymi hymnami pochwalnymi dla Oleśnickiego, najpierw pisze o pojedynku króla, a dopiero później o starciu wielkiego mistrza z polskim rycerzem. Według mojej hipotezy było dokładnie odwrotnie. Przez lizusostwo Długosza, jego relacja jest niespójna. Na dowód tego przytoczę dwa fragmenty z jego dzieła: „Król strwożony grożącym niebezpieczeństwem pchnął czym prędzej Zbigniewa z Oleśnicy, swego pisarza nadwornego, do stojącej w pobliżu chorągwi nadwornej, z rozkazem, aby jak najspieszniej przybywali i zasłonili króla od grożących ciosów. Była właśnie ta chorągiew w pogotowiu do stoczenia walki z nieprzyjacielem". Rycerz królewski Mikołaj Kiełbasa miał mu odrzec: „Czy nie widzisz, szalony, że nieprzyjaciel na nas uderza". Wróciwszy do króla, Zbigniew Oleśnicki oznajmił, że wszystko rycerstwo zajęte jest bitwą z nieprzyjacielem albo raczej gotując się do walki, żadnego rozkazu przyjąć nie może. I drugi fragment kroniki dotyczącej tej części bitwy: „Rycerze królewscy ujrzawszy te szesnaście chorągwi i jedni poznawszy w nich nieprzyjaciół, jak rzeczywiście było, drudzy ze zwyczajną ludziom słabością lepiej sobie tuszący, wziąwszy je za litewskie wojsko, a to z przyczyny lekkich i rzutnych włóczni, zwanych sulice, których w wojsku krzyżackim wielka była liczba, nie zaraz uderzyli na Krzyżaków, spierali się bowiem między sobą i długo byli w niepewności, aż dopiero rycerz Dobek z Oleśnicy, chcąc rozwiązać te wątpliwości, spiął konia ostrogami i z podniesioną kopią sam jeden pobiegł ku nieprzyjacielowi".

Oba fragmenty podaję w takiej kolejności, jak je podaje Długosz. Jest to o tyle istotne, że w pierwszym fragmencie autor stwierdza, że wszystkie rycerstwo zajęte jest bitwą lub, jak chorągiew nadworna, szykuje się do bitwy. Natomiast drugi fragment informuje czytelnika, że chorągwie jeszcze nie walczą, lecz dopiero oczekują przeciwnika. Jeżeli pojedynek Dobiesława z Oleśnicy odbył się później niż Jagiełły z Kokeritzem, to rycerze polscy nie mieliby wątpliwości, że nadciągający przeciwnik to Krzyżacy, gdyż za ich plecami chorągiew nadworna zmagałaby się z wojskami krzyżackimi. Z kim w takim razie walczyło całe rycerstwo polskie na prawym skrzydle, gdy Zbigniew Oleśnicki wracał do króla bez pomocy i kawałkiem kopii zabił Dypolda Kokeritza? [...]

Z innego źródła wiadomo, że wielki mistrz trzykrotnie przebijał się przez szyki Polaków. Dla mnie tym trzecim przełamaniem szyków polskich było właśnie natarcie odwodowych chorągwi krzyżackich na polskie chorągwie prawego skrzydła. Większość tych chorągwi była zmęczona trzygodzinnym bojem. Tymczasem odwodowe chorągwie wielkiego mistrza były wypoczęte, jeżeli wierzyć Długoszowi. Dlatego sądzę, że dopiero ściągnięcie odwodowych chorągwi polskich z lewego skrzydła rozstrzygnęło tę walkę na korzyść króla Polski. [...] Jeżeli Jagiełło na początku bitwy wsparł Witolda pięcioma chorągwiami, a następnie wysłał kolejne pięć lub sześć chorągwi w celu odcięcia powrotu chorągwiom krzyżackim ścigających Litwinów i Tatarów, i dodamy do tego cztery lub nawet pięć chorągwi, które wykonały kontratak, aby osłonić prawe skrzydło wojsk królewskich, to nie można dziwić się, że na prawym skrzydle poza chorągwią nadworną, król nie miał więcej odwodów. Pozostałe 10-15 chorągwi odwodowych stało prawdopodobnie na lewym skrzydle i potrzebowało trochę czasu, żeby przybyć na zagrożony odcinek.

Ostatecznie natarcie odwodowych chorągwi wielkiego mistrza skończyło się ich porażką. Powodów ich klęski mogło być kilka: a) najważniejszy to klęska głównych sił krzyżackich w rejonie drogi Łodwigowo-Stębark w momencie, gdy wielki mistrz objeżdżał wzgórze-mauzoleum, przez co wyeliminowano z walki około 20 chorągwi krzyżackich, z których tylko kilka zdołano zawrócić do boju, a dzięki czemu chorągwie polskie mogły przegrupować się na zagrożony kierunek; b) porażka wielkiej chorągwi krzyżackiej w starciu z królewską chorągwią nadworną; c) słaba postawa bojowa rycerzy ziemi chełmińskiej, którzy stanowili sporą część odwodowych chorągwi, czego dowodem jest ścięcie z rozkazu Henryka von Plauena Mikołaja Ryńskiego chorążego chełmińskiego; d) przerzucenie odwodów z lewego skrzydła; e) powrót na plac boju Litwinów i Tatarów oraz wspierających wojska Witolda chorągwi polskich. Jan Długosz nie informuje nas, kiedy wojska wielkiego księcia Witolda powróciły na główny plac boju.

Kończąc omawianie przedostatniej fazy bitwy (czyli natarcia szesnastu chorągwi odwodowych), jeszcze raz zwracam uwagę na dwa elementy tym czytelnikom, którzy zechcą sięgnąć po relację Długosza. Element pierwszy to słowa autora: „Tymczasem wystąpiło do boju szesnaście pod tyluż znakami hufców nieprzyjacielskich [...] a część ich zwróciwszy się ku tej stronie, gdzie król Polski stał". Z tych słów kronikarz się później wycofuje, gubiąc się w swojej relacji, a dowodzą one podziału na dwie kolumny odwodu wielkiego mistrza. Element drugi to rozmowa Zbigniewa Oleśnickiego z Mikołajem Kiełbasą, z której wynika, że chorągiew nadworna nie może udzielić królowi pomocy, gdyż sama zagrożona jest atakiem przez oddział krzyżacki. Zgodnie z tym co pisze Długosz stała ona najbliżej stanowiska dowodzenia króla, ubezpieczając prawe skrzydło wojsk polskich. Gdyby wielki mistrz nacierał jedną kolumną, to nie mógłby jednocześnie zagrażać: a) królowi i jego otoczeniu; b) chorągwi nadwornej. Jest dla mnie oczywiste, że chorągiew wielka wielkiego mistrza zagrażała królowi, natomiast kolumna główna w sile 15 chorągwi na czele z wielkim mistrzem za miast uderzyć w prawe skrzydło wojsk polskich, spotyka na swojej drodze królewską chorągiew nadworną. Jak do tego doszło?

Gdy Ulrich von Jungingen rozpoczynał swój manewr odwodowymi chorągwiami, główne siły krzyżackie broniły się w rejonie drogi Stębark-Łodwigowo. Sformowanie dwóch kolumn i obejście wzgórza-mauzoleum od strony drogi Grunwald-Stębark zajęło wodzowi krzyżackiemu sporo czasu. Wzgórze to znakomicie zamaskowało manewr wielkiego mistrza. W tym czasie opór głównych sił krzyżackich został złamany, a chorągwie polskie po krótkim pościgu zatrzymały się w płytkiej dolinie na lewo od wzgórza-mauzoleum. Chorągiew nadworna, chcąc nadal ubezpieczać prawe skrzydło, powinna zająć pozycję na wzgórzu-mauzoleum. Gdy przemieszczała się w tym kierunku docierając w rejon drogi Stębark-Łodwigowo, zza wzgórza wytoczyły się chorągwie krzyżackie. Dla wielkiego mistrza sytuacja ta stanowiła również zaskoczenie. Liczył on prawdopodobnie, że siły główne wytrzymają napór Polaków do czasu, aż on uderzy główną kolumną w bok i na tyły chorągwi polskich walczących na prawym skrzydle. Natomiast chorągiew wielka wielkiego mistrza wykonując szerszy łuk miała osłonić uderzenie głównej kolumny, gdyby Jagiełło rzucił do walki odwodowe chorągwie.

Wobec zaistniałej sytuacji Urlich von Jungingen miał do wyboru: a) uderzyć na chorągiew nadworną; b) skierować kolumnę główną na wzgórze-mauzoleum, aby ustalić, gdzie znajdują się chorągwie polskie i w jakim stanie są jego główne siły. Wielki mistrz wybrał drugie rozwiązanie. Ignorując chorągiew nadworną, skierował kolumnę jazdy krzyżackiej na wzgórze-mauzoleum. Tutaj dopiero, zajmując dogodną podstawę wyjściową do natarcia na skrzydło wojsk polskich, zobaczył klęskę swoich sił głównych. Na domiar złego nie mógł natychmiast uderzyć na Polaków, gdyż groziło mu uderzenie chorągwi nadwornej na tyły. Musiał czekać na swoją wielką chorągiew, aby związała walką królewską chorągiew nadworną.

W tym czasie Polacy stojący w dolinie nie byli pewni, czy chorągwie stojące na wzgórzu to oddziały własne czy krzyżackie. W błąd wprowadzają ich chorągwie chełmińskie, w których służyło wielu Polaków.

Aby wyjaśnić sytuację, Dobiesław Oleśnicki ruszył w kierunku odwodu wielkiego mistrza. Ulrlich von Jungingen chcąc podnieść morale swego wojska stanął osobiście do walki z Dobiesławem zmuszając go do odwrotu. Tymczasem dowódca chorągwi nadwornej Jędrzej Ciołek z Żelechowa postanowił wykonać rozkaz króla przywieziony przez Zbigniewa Oleśnickiego, zawracając chorągiew w kierunku Wielkiego Strumienia. Wielki mistrz widząc to zdawał sobie sprawę, że o losach bitwy zadecyduje starcie królewskiej chorągwi nadwornej z jego wielką chorągwią. Dlatego przekazał komendę jednemu z komturów, każąc nacierać na prawe skrzydło Polaków, a sam udał się do swojej wielkiej chorągwi21. Przez dłuższą chwilę trwał wyścig między wielkim mistrzem a chorągwią nadworną - kto pierwszy przybędzie do Doliny Wielkiego Strumienia. Krzyżackiemu wodzowi udało się pierwszemu dotrzeć do celu. Natychmiast podał komendę herum, herum, chcąc jak najszybciej wyprowadzić chorągiew z doliny. W tym momencie doszło do starcia z przybyłą właśnie chorągwią nadworną. W wyniku tego starcia zginął wielki mistrz trafiony w głowę przez Mszczuja ze Skrzynna herbu Łabędź, rycerza przedchorągiewnego chorągwi nadwornej.

Gdy tylko walka dobiegła końca, Jagiełło natychmiast udał się na czele chorągwi nadwornej w rejon wzgórza-mauzoleum sprawdzić, jaki rezultat przyniosło uderzenie 15 odwodowych chorągwi wielkiego mistrza na polskie lewe skrzydło. Ze swojego stanowiska dowodzenia widział tylko początek tego natarcia, gdyż jego finał nastąpił w dolinie na lewo od wzgórza-mauzoleum. Pojawienie się oddziału króla zamiast chorągwi wielkiej wielkiego mistrza przyczyniło się do szybkiego złamania oporu chorągwi chełmińskich i pruskich. Wbrew temu co pisze Jan Długosz, uderzenie to musiało wprowadzić sporo zamieszania w szeregach polskich i trzeba było trochę czasu na uporządkowanie szyków i odesłanie jeńców na tyły. Po upewnieniu się, że na tyłach, w rejonie jeziora Lubień, również rozbito chorągwie krzyżackie król wydał rozkaz do szturmu na obóz krzyżacki, gdzie doszło do masakry broniących się Krzyżaków.

Należy jeszcze rozważyć kwestię powrotu na główny plac boju, między Łodwigowem a Stębarkiem, wojsk litewskich i tatarskich. [...] moim zdaniem, Litwini i Tatarzy wrócili na główny plac boju już po rozstrzygnięciu bitwy. Jak do tego doszło? Ze źródeł niemieckich wiadomo, że odwrót wojsk Witolda odbywał się w trzech kierunkach:

a) pierwsza grupa złożona z chorągwi tatarskich i litewskich, które znalazły się w pasie natarcia drugorzutowych chorągwi krzyżackich, uciekała w kierunku jeziora Lubień. Jednakże zanim te wojska dotarły do przeprawy przez rzekę Maręzę, rozdzieliły się, a główna ich część złożona z chorągwi tatarskich skręciła na prawo w kierunku Ulnowa. Z kroniki konfliktu wiadomo, iż chorągwie krzyżackie, które ścigając wojska Witolda znalazły się na polskich tyłach, zostały przez ludzi królewskich (czyli rezerwowe chorągwie polskie) wybite lub wzięte do niewoli. Druga część chorągwi litewskich i tatarskich dotarła do przeprawy przez Maręzę, gdzie zostały rozbite przez ścigających je Krzyżaków i rozproszone;

b) druga grupa chorągwi litewsko-ruskich uciekała w kierunku rzeki Maręzy i w jej błotnistych rozlewiskach utknęła, przez co ścigające ją chorągwie krzyżackie urządziły im krwawą łaźnię, biorąc niedobitki do niewoli. Ta część chorągwi krzyżackich zdołała powrócić na główny plac boju i włączyć się do walki;

c) trzecia grupa chorągwi litewsko-ruskich uciekła w kierunku Zybułtowa. W tej grupie znalazł się również prawdopodobnie wielki książę Witold.

O ile główne siły krzyżackie ścigające wojska Witolda kierowały się na Ulnowo i jezioro Lubień, o tyle główna masa wojsk litewsko-ruskich znalazła się w rejonie Zybułtowa. Dzięki mężnym chorągwiom smoleńskim walczącym pod Stębarkiem kierunek północny pozostał otwarty, dzięki czemu nie doszło do całkowitego pogromu armii Witolda w błotach Maręzy.

Po przekroczeniu mostu w Zybułtowie wielki książę zaczął porządkować rozbite chorągwie. Gdy wraz z ostatnimi rozbitkami nadciągnął krzyżacki pościg liczący z pewnością nie więcej niż dwie - trzy chorągwie o mocno uszczuplonych stanach - nie trzymające szyku - Litwini, Rusini i Polacy wykonali szarżę rozbijając siły krzyżackie. W rejonie Zybułtowa Witold mógł zgromadzić około 4000 ludzi, jednakże po porażce swoich wojsk był przekonany, iż bitwa została przegrana. Dlatego, moim zdaniem, nie wrócił na pole bitwy przez Stębark, czyli najkrótszą drogą, lecz skierował swoje wojsko na południe, drogą Zybułtowo-Ulnowo, odgradzając się od wojsk Zakonu rzeczką Maręzą i jeziorem Lubień. Dopiero po przybyciu w rejon Ulnowa zorientował się, że bitwa toczy się nadal. Zanim dotarł na pola Grunwaldu, bitwa była już rozstrzygnięta.

Druga grupa wojsk Witolda ocalała z pogromu, to chorągwie tatarskie i niedobitki chorągwi litewsko-ruskich, które odbiły na Ulnowo. Dzięki sprzyjającym warunkom terenowym zdołały ujść przed krzyżacką pogonią i wbrew temu, co piszą niemieccy historycy, wódz tatarski zdołał zebrać swoje siły gdzieś w okolicy drogi Ulnowo-Łodwigowo. Dżelal Edin mógł włączyć się do bitwy z chorągwiami krzyżackimi, które go ścigały, lub powrócić na główny plac boju. Z pewnością szybciej niż Witold zorientował się, że bitwa nie została przegrana, gdyż inaczej droga odwrotu wojsk polskich wiodłaby przez Ulnowo i Łogdowo, co by zauważył. Dlatego sądzę, że Tatarzy trochę szybciej powrócili na plac boju niż wojska Witolda.

Z pewnością bitwa mogłaby zakończyć się zwycięstwem Krzyżaków, gdyby ich główne siły zdołały wytrzymać napór wojsk polskich do momentu uderzenia odwodu, czyli około 15-20 minut dłużej. I to był zasadniczy powód klęski wojsk krzyżackich. Liczący około 3 tys. łudzi odwód wielkiego mistrza bez współdziałania z siłami głównymi nie był w stanie zmienić losów bitwy. Musiałby pobić cztero - pięciokrotnie liczniejsze siły polskie (około 40 chorągwi). Błędem wielkiego mistrza było niepozostawienie części odwodowych chorągwi na tyłach pierwszorzutowych chorągwi, aby w razie załamania się frontu krzyżackiego mogły wykonać kontrnatarcie podtrzymujące opór krzyżacki w rejonie drogi Łodwigowo-Stębark. Umożliwiłoby to pozostałym chorągwiom krzyżackiego odwodu uderzenie w bok i na tyły prawoskrzydłowych chorągwi polskich. Chorągwie polskie musiałyby walczyć w okrążeniu, co stwarzało sytuację taktyczną, grożącą całkowitą klęską.

Ostatnia faza bitwy to pościg za pobitym nieprzyjacielem. Wiadomo, że do pewnego momentu król osobiście kierował pościgiem, pilnując, by wojsko przestrzegało szyku bojowego. Dopiero po zdobyciu obozu krzyżackiego, gdzie doszło do masakry tych Krzyżaków, którzy się tam schronili, Jagiełło pozwolił na swobodny pościg za pobitym przeciwnikiem. Długosz stwierdza, że w obozie zginęło więcej Krzyżaków niż w samej bitwie. Pomimo próśb i napomnień króla, podczas pościgu dochodziło do mordów. Polacy mieli świeżo w pamięci okrucieństwa krzyżackie popełnione w ziemi dobrzyńskiej. Toteż rycerzy w białych płaszczach ścigali ze szczególną zaciekłością.

Podczas pościgu miało się dostać do niewoli 14 tys. Krzyżaków. Wśród nich byli: Konrad Biały książę Oleśnicy, Kazimierz książę szczeciński oraz Jerzy Gersdorf, który w wojsku krzyżackim niósł chorągiew św. Jerzego. Kazimierz szczeciński został wzięty do niewoli przez Skarbka z Gór, który był przedchorągiewnym w chorągwi wielkiej ziemi krakowskiej. To może świadczyć, że chorągiew szczecińska walczyła przeciwko Małopolanom. Natomiast Konrada Białego wziął do niewoli Czech Joste z Salcu, prawdopodobnie żołnierz chorągwi najemnej. Jerzego Gersdorfa pojmał rycerz Przedpełk Kopidłowski herbu Dryja. Rody rycerskie pieczętujące się herbem Dryja wywodzą się z południowej Wielkopolski. Herbem tym pieczętowała się między innymi zasłużona dla Polski rodzina Chłapowskich. [...]

W bitwie pod Grunwaldem było czterokrotnie więcej wojsk. Według moich obliczeń - 22-25 tys. Polaków, 10 tys. Litwinów i 2-3 tys. Tatarów oraz 21-23 tys. Krzyżaków. Łącznie daje to 56-62 tys. bez ludzi w taborach. Z obliczeń tych wynika, że owe 18 tys. poległych chrześcijan to straty proporcjonalne do sił, jakie brały udział w bitwie, i list należy odczytywać tak, jak jest w nim napisane. Na tej podstawie straty krzyżackie można szacować na około 8 tys. zabitych żołnierzy i 5 tys. poległej czeladzi w obozie krzyżackim. Straty Litwinów można szacować na 4-5 tys. zabitych, a Polaków na około 500-600. Trzeba jeszcze przypomnieć, że Henryk von Plauen był w roku 1410 komturem Świecia, i na jego terenie koncentrowały się główne siły krzyżackie przed bitwą pod Grunwaldem. Dlatego stan liczebny armii Zakonu znał w dużym przybliżeniu. Natomiast sam list pisał dwa lata po klęsce, wiedząc, że blisko połowa armii krzyżackiej dostała się do niewoli.

I ostatni problem, jaki chcę poruszyć w tym rozdziale, to ocena dowodzenia obu dowódców. Według mojej oceny obaj dowódcy nie wykazali się wybitnymi umiejętnościami. Więcej inicjatywy w bitwie wykazał jednak wielki mistrz. Użycie artylerii przeciwko ciężkiej i lekkiej jeździe okazało się mało skuteczne. Bardzo wysoko należy ocenić umiejętne przełamanie frontu polsko-litewskiego w najczulszym miejscu. Moim zdaniem - zgodnie z tym, co pisze Jan Długosz - miejscem tym było lewe wewnętrzne skrzydło litewskie, gdzie przypuszczalnie, walczyły chorągwie tatarskie. Szybki sukces zaskoczył jednak wielkiego mistrza, gdyż nie wsparł tego uderzenia natarciem swych odwodowych chorągwi. Gdyby połową swego odwodu uderzył w odsłonięte prawe skrzydło polskie, a drugą połową zaatakował dragorzutowe chorągwie polskie, uniemożliwiając im wyprowadzenie kontrnatarcia - losy bitwy mogłyby dla niego ułożyć się inaczej. Przełamanie szyków chorągwi krakowskiej było tylko likwidacją włamania, jakie uczyniła ona w pierwszej linii wojsk krzyżackich, prawdopodobnie przez jedną lub dwie chorągwie krzyżackie drugiej linii. Nie należy tego traktować jako próby zrolowania frontu na polskim prawym skrzydle.

Najwyżej, moim zdaniem, należy ocenić uderzenie odwodowymi chorągwiami. Umiejętne wykorzystanie właściwości terenu, który częściowo zasłonił manewr, dał mu możność zaskoczenia przeciwnika, który do końca nie wiedział, kto na niego naciera. Nie mogło to jednak zrekompensować prawie dwukrotnej przewagi wojsk królewskich oraz niskiego morale części jego oddziałów (niektórych chorągwi ziemi chełmińskiej).

Oceniając dowodzenie Władysława Jagiełły na podstawie relacji Jana Długosza można by stwierdzić, że więcej się modlił niż dowodził. Z pewnością popełnił dwa znaczące błędy. Pierwszy błąd polegał na tym, że po natarciu rozpoznawczym niepotrzebnie pozostawił w pierwszej linii chorągwie tatarskie. Miał dostateczne siły, by Tatarów przeznaczyć do działań oskrzydlających. Drugi błąd to nieściągnięcie części chorągwi odwodowych z lewego skrzydła dla osłony odsłoniętego prawego skrzydła oraz przeoczenie manewru wielkiego mistrza, który króla ewidentnie zaskoczył. Król stracił panowanie nad nerwami, każąc przegrupować chorągiew nadworną tuż przed walką, co mogło dla niej mieć fatalne konsekwencje. Dlatego moim zdaniem Jagiełło wygrał bitwę raczej nie sztuką wojenną, jak chciał Stefan Kuczyński, lecz przewagą liczebną i walecznością swego wojska. Profesor Kuczyński darzył króla Władysława Jagiełłę prawdziwie synowskim uczuciem, twierdząc, iż w sposób istotny wpłynął na polską sztukę wojenną. Inni historycy są tutaj bardziej krytyczni, do których i ja się zaliczam. W moim przekonaniu porażki, jakie Polacy ponosili w toku wojny trzynastoletniej, więcej ich nauczyły niż zmarnowane zwycięstwa nad Krzyżakami podczas wielkiej wojny lat 1409-1411. Ambicją każdego historyka jest, aby w oparciu o źródła historyczne jak najbardziej zbliżyć się do prawdy. Czy mi się to udało, pozostawiam ocenie czytelnika.


Fragment książki: Witold Mikołajczak "Grunwald 1410. Krok od klęski" s. 10-89

Przebieg bitwy według prof. Mariana Biskupa

'...Jagiełło po rozpoznaniu sytuacji polecił przygotować się wojsku do walki, tj. przerzucić większość sił z prawego brzegu jeziora Lubień na lewy, najwyraźniej jednak wstrzymując rozkaz wymarszu z lasów na linię walki (tj. między Łodwigowem i Stębarkiem). Opóźnianie decyzji naczelnego dowódcy polskiego - mimo nacisków Witolda i otoczenia - było spowodowane niewątpliwie dążeniem do skoncentrowania całości sił, zwłaszcza polskich, zmierzających jeszcze częściowo od strony Dąbrówna i ich pełnego przygotowania do boju. Głównym powodem było jednak dążenie do rozpoznania sytuacji na nieprzejrzystym przyszłym polu walki i wybadanie szyku bojowego wojsk Zakonu.

Dlatego dopiero po wysłuchaniu dwóch mszy Jagiełło podjął powolne kroki przygotowawcze do boju. Polecił najpierw oddziałom Polski i Litwy założyć przepasła ze słomy (aby odróżnić je od podobnie uzbrojonych i odzianych - poza braćmi krzyżackimi - wojsk Zakonu). Podał też jako zawołanie bojowe „Kraków' i „Wilno' (tj. nazwy stolic Polski i Litwy), także dla rozpoznania się w bitewnym tłoku. Następnie udał się na rekonesans terenu, niewątpliwie wyruszając z lasów i zarośli w kierunku wylesionej płaszczyzny przeciętej Wielkim Strumieniem między Łodwigowem i Stębarkiem (zakłada się, choć tylko hipotetycznie, obserwację terenu ze wzgórza na północny wschód od Łodwigowa, dziś nazywanego „wzgórzem Jagiełły'). Unaoczniło mu to całą złożoność sytuacji i walory jej dla przeciwnika, tj. możliwość ostrzału artyleryjskiego i przez strzelców, a także atak ze wzniesienia na oddziały polsko-litewskie. Dopiero po tym rekonesansie król powróciwszy do obozu nakazał ustawić szyki bojowe „na płaszczyźnie między dwoma gajami' (jak ogólnie tylko podaje Kronika konfliktu).

Oddziały polskie i litewsko-ruskie zostały ustawione niewątpliwie na płaszczyźnie między Łodwigowem i Stębarkiem, na szerokości do 2,5 kilometra, i to szykiem kolumnowym w kilku liniach na osi północ-południe. Na lewym skrzydle stanęły oddziały polskie, na prawym - litewsko-ruskie. Oddziały polskie ustawiał miecznik krakowski Zyndram z Maszkowic (bliżej Łodwigowa), litewsko-ruskie - Witold (bliżej Stębarku). Jednak nie ulega wątpliwości, iż część oddziałów pozostawiono (na przestrzeni około 2,5 kilometra) w lasach czy zaroślach aż do jeziora Lubień, jako niezbędne odwody. Straż przednią stanowić miała lekka jazda litewska i tatarska, która mogła szybciej zaskoczyć nieprzyjaciela. Na prawym skrzydle litewsko-ruskim z Tatarami dowództwo król powierzył Witoldowi. Sam zaś miał sprawować naczelne kierownictwo nad całością armii. Być może zamiarem jego było okrążenie przeciwnika, zaskoczenie i zniszczenie. Ale falisty i mało przejrzysty teren nie pozwalał na ruch całym skrzydłem, a jedynie na poszczególnych odcinkach. Dowództwo polsko-litewskie musiało też liczyć się z koniecznością wymiany konnych, jeśli walka miałaby toczyć się w upale lipcowym przez kilka godzin. [...]

Jednak i po uszykowaniu wojsk Jagiełło nie dawał rozkazu do uderzenia, najwyraźniej nie chcąc atakować wojsk krzyżackich w korzystnej dla nich sytuacji, chociaż harcownicy z obu stron już potykali się. Król ubrał się jednak w rynsztunek bojowy, ale potem dokonał pasowania na rycerzy, bodaj ponad tysiąca rycerzy. Były to czynności świadczące o celowym odwlekaniu decyzji ataku, aby wpłynąć na zmianę postawy dowództwa krzyżackiego. W tym czasie armia Zakonu stała bowiem nadal - od rana przez kilka godzin - w szyku bojowym, w promieniach lipcowego słońca. Koło południa Jagiełło odbył jeszcze z konia spowiedź przed podkanclerzym Mikołajem Trąbą, po czym dosiadł bojowego rumaka, odsyłając członków kancelarii i czeladź do obozu. Nad nim samym czuwać miał niewielki oddział kopijników z małą chorągwią z białym orłem. Sam Jagiełło nie miał brać udziału w bitwie, a dowodzić przy pomocy gońców. Była to metoda znana zwłaszcza na Wschodzie, stosowana także na Zachodzie Europy, choć nie była tam regułą.

Dowództwo krzyżackie było zaniepokojone i zdezorientowane odwlekaniem się uderzenia polskiego przez okres kilku godzin, co było wbrew przyjętym zwyczajom w walkach średniowiecznych. Otoczenie wielkiego mistrza, a także rycerze - goście wraz z heroldami zaczęli wywierać na niego nacisk, aby to wojska zakonne rozpoczęły bitwę. Ulryk nie zamierzał jednak rezygnować ze swojego planu, dającego mu wielką szansę odparcia i zgniecenia atakujących wojsk Jagiełły. W końcu, za radą rycerzy i heroldów, a także pod sugestią wielkiego marszałka Fryderyka von Wallenrode, wielki mistrz zgodził się na wysłanie dwóch gołych mieczy dla Jagiełły i Witolda z wezwaniem do walki. Heroldowie ci - jeden księcia szczecińskiego Kazimierza V, drugi z herbem Cesarstwa - dotarli do linii polskiej i zostali doprowadzeni przed oblicze Jagiełły, który wezwał także Witolda. Wówczas miecze zostały doręczone im obu, jeden od wielkiego mistrza dla króla, drugi od wielkiego marszałka dla Witolda, przy czym heroldowie - według Kroniki konfliktu - oświadczyli, iż Ulryk von Jungingen, jak Fryderyk von Wallenrode przesyłają im „te miecze jako wsparcie i wzywają wraz do bitwy, zapytują Was [przytem] o miejsce spotkania, przedkładając, abyście sami je wybrawszy, sami [ich] o dokonanym przez Was wyborze zawiadomili. I nie chciejcie kryć się w gęstwinie tego lasu, ani też nie zwlekajcie z wystąpieniem do boju, ponieważ w żadnym razie nie uda Wam się uniknąć bitwy'. [...]

Jednak jeszcze w czasie sprawowania poselstwa przez heroldów wielki mistrz polecił wojskom swoim dokonać przesunięcia, tj. najpewniej w kierunku zachodnim, mianowicie odsunąć przesłonę w postaci harcowników. Doprowadziło to do odsłonięcia doliny Wielkiego Strumienia i zapewniło więcej miejsca na płaszczyźnie dla atakujących. Jagiełło zdecydował się wówczas na bezzwłoczne uderzenie na siły krzyżackie. Zachęciwszy raz jeszcze wojska polskie do walki w obronie sprawiedliwości aż do śmierci, na którą sam jest gotów, polecił otrąbić hasło i rozpocząć walkę. Sam zaś udał się na miejsce osobne, tj. na wzgórze pod niewielką tylko strażą. Nastąpiło to na prośbę otoczenia Jagiełły, aby nie włączał się do walki i nie narażał życia; zarazem przygotowane zostały zapasowe konie, aby w razie klęski król mógł cało ujść z pola bitwy.

Gdy rozbrzmiała pobudka bojowa, wojsko polskie odśpiewało „Bogurodzicę', nastawiając się duchowo do walki, którą za chwilę miało podjąć wraz z sojuszniczą Litwą i Rusią.

Atak strony polsko-litewskiej rozpoczął się koło samego południa, gdy krótkotrwały deszcz zwilżył pole przyszłej bitwy. Miała ona trwać przez około siedem godzin i zakończyć pod wieczór lipcowy. Dokładne odtworzenie jej przebiegu nie jest możliwe, gdyż podstawowe źródła (Kronika konfliktu, Długosz i kontynuator Posilgego) ujawniają jej fragmentaryczne rysy, bądź tylko ogólnikowe dane. Można na ich podstawie przedstawić jedynie ogólny szkic przebiegu bitwy, miejscami uzupełniany hipotezami.

Pewne jest, iż jako pierwsze do ataku na prawym skrzydle ruszyły oddziały lekkozbrojnej jazdy litewsko-ruskiej i jazdy tatarskiej, które jednak wsparte zostały oddziałami zaciężnych królewskich pod chorągwią Św. Jerzego oraz straży przedniej lewego skrzydła polskiego. Uderzenie to zostało skierowane ku dolinie Wielkiego Strumienia, przy której na zachodnich wzniesieniach były ustawione działa krzyżackie i stali strzelcy z kuszami lub łukami. Istotnie artyleria krzyżacka, wobec galopu prawego skrzydła litewsko-ruskiego, usiłowała podjętym dwukrotnie ostrzałem wprowadzić zamieszanie w szeregach atakujących, ale skutek jego (jak zapewne i ostrzału łuczników i kuszników) okazał się żaden: rozpędzone oddziały uporały się szybko z obsługą dział, a lekkozbrojni i zapewne strzelcy zostali wybici lub rozproszeni. Tak więc pierwsza koncepcja wielkiego mistrza zastosowania taktyki obronnej przy pomocy artylerii i strzelców została zlikwidowana na skutek użycia oddziałów lekkozbrojnych, głównie prawego skrzydła przez Jagiełłę.

Bitwa przekształcić się więc miała w walkę jazdy z jazdą, tak jak to wcześniej zakładała strona polsko-litewska. Ale do boju wystąpić wtedy musiała ciężka jazda, z którą zetrzeć się miały oddziały ciężkiej konnicy krzyżackiej i jej sprzymierzeńców.

Istotnie nastąpił wówczas atak pierwszych szeregów wojsk polskich i litewsko-ruskich usytuowanych na prawym i lewym skrzydle między Łodwigowem i Stębarkiem. Część ich zetknęła się na skraju wzniesienia przy Wielkim Strumieniu z nadciągającymi od zachodniego krańca wzniesienia oddziałami wojsk krzyżackich. Oba wojska zaczęły najpierw razić się kopiami, które - według Kroniki konfliktu - połamane i zsuwane kopytami końskimi zgromadziły się i zbierały w dolinie między tymi wzgórzami, tworząc jakby rodzaj mostku' Niewątpliwie jednak walka na całej szerokości przeniosła się potem poza dolinę, na wysoczyznę po zachodniej stronie Wielkiego Strumienia, nadal między wsiami Łodwigowo i Stębark. Właśnie wówczas doszło do bezpośredniej walki konnych rycerzy obu stron, odrębnej na odcinku polskim i litewsko-ruskim. Jak plastycznie ukazał to Długosz w Historii. „Następnie mąż nacierał na męża, kruszyły się zbroje pod naciskiem zbroi a miecze godziły w twarze... Kiedy w końcu połamali kopie, przywarty nawzajem do siebie jedne i drugie oddziały i zbroje do zbroi tak, że naciskani przez konie walczyli złączeni jedynie mieczami i wyciągniętymi nieco dalej na drzewcu toporami a walcząc robili potężny huk taki, jaki zwykle w kuźniach wydają uderzenia młota'.

Po około godzinie okazało się, iż prawe skrzydło litewsko-ruskie, lżej uzbrojone, któremu przyszło walczyć z silniejszym lewym skrzydłem Zakonu, zaczyna się chwiać i cofać mimo wielkiej waleczności i wielu ofiar śmiertelnych. Doszło wówczas do ucieczki większości oddziałów litewsko-ruskich, która jak się wydaje, była tylko pozorną w odniesieniu do lekkozbrojnych Tatarów i części oddziałów litewskiej konnicy, co jednak pociągnęło za sobą odwrót większości prawego skrzydła. Książę Witold próbował jeszcze powstrzymywać słowem i czynem uciekających niewątpliwie w kierunku północno-wschodnim na Zybułtowo i dalej na wschód. Niektórzy uciekinierzy z armii litewsko-ruskiej przedostać się potem mieli przez Prusy do ziem Wielkiego Księstwa, szerząc tam wieści o klęsce Jagiełły.

W ucieczce udział wzięła jednak tylko część walczących, pozostały bowiem litewskie oddziały rezerwowe w pobliżu jeziora Lubień, nadal pod bezpośrednim dowództwem Witolda. Także trzy chorągwie smoleńskie pod dowództwem brata Jagiełły Semena Lingwena (walczące zapewne na styku prawego i lewego skrzydła) dzielnie przebiły się do taboru polskiego, a więc zapewne na południe od jeziora Lubień, ale odbyło się to wysokim kosztem, jakim była śmierć w walce zbrojnej wojowników jednej chorągwi smoleńskiej. Sam Witold obawiał się, iż porażka znacznej części jego wojsk może wpłynąć ujemnie na postawę polskich oddziałów i wzywał Jagiełłę nawet osobiście, aby kontynuował walkę, a nawet sam wziął w niej udział dla dodania animuszu bojowego swemu rycerstwu. Jagiełło okazał jednak większy spokój i rozwagę, nie rezygnując z kontynuacji walki dotychczasowymi metodami, aprobowanymi przez radę wojenną.

Najważniejszą jednak konsekwencją odwrotu i częściowej ucieczki prawego skrzydła litewsko-ruskiego była nagła zmiana postawy rycerstwa z lewego skrzydła Zakonu, które wdało się w pościg za uciekającymi „poganami', czy w ogóle nieprzyjaciółmi wiary katolickiej. Najwidoczniej wielki mistrz nie został poinformowany szybko o takim sukcesie swego lewego skrzydła i nie zdołał w porę rozkazem wstrzymać pościgu, który nie mógł mieścić się w j ego koncepcji bitwy, tj. obecnie skoncentrowania wszystkich sił dla pobicia wojsk polskich na swoim prawym skrzydle. Dlatego kilkugodzinny pościg lewego skrzydła krzyżackiego za uciekinierami miał okazać się już niebawem istotnym odciążeniem dla oddziałów polskiego lewego skrzydła, zmagającego się przez cały czas z rycerstwem zakonnym na południowym odcinku bliżej Łodwigowa. Ścigające oddziały krzyżackie zdołały spowodować wiele ofiar wśród ściganych i słuszne jest stwierdzenie, iż największą ofiarę krwi złożyły oddziały litewsko-ruskie, tj. najpierw w czasie odwrotu i częściowej rozsypki, a potem w czasie ścigania ich przez wojsko zakonne. Ścigający dotarli zapewne do obozu litewsko-ruskiego na północ od jeziora Lubień i zdobyli go, zabierając tam łupy wraz z jeńcami. W każdym razie powrót ich na pole bitwy nastąpić mógł późnym popołudniem, gdy sytuacja na głównej linii walki, tj. na lewym skrzydle polskim, uległa zasadniczej zmianie.

Po częściowym odwrocie wojsk litewsko-ruskich Jagiełło wraz z Witoldem zdołali bez wątpienia przeformować posiadane oddziały, tj. doprowadzić do zaprowadzenia ładu wśród oddziałów litewsko-ruskich, które znalazły się w pobliżu jeziora Lubień. Niewątpliwie też ściągnięto odwody spośród konnych oddziałów polskich. Zapewne w tej właśnie fazie przygotowań wyjaśniona została sprawa chorągwi Św. Jerzego, skupiającej zaciężnych czeskich i morawskich, nad którą dowództwo dzierżył czasowo Jan Sarnowski Chorągiew ta, która jak wiemy brała poprzednio udział w walkach na prawym skrzydle, po wycofaniu się nie miała zamiaru wraz z dowódcą wracać do walki, chroniąc się do lasu na wysokości lewego skrzydła polskiego. Dopiero po interwencji podkanclerzego Mikołaja Trąby i jego ostrym napomnieniu, przy wysunięciu zarzutu tchórzostwa, chorągiew Sarnowskiego powróciła na pole walki, porzuciwszy swego dowódcę.

Jagiełło niewątpliwie wzmocnił odwodami walczące w osamotnieniu lewe skrzydło polskie i czuwał nad dalszym przebiegiem walki, przesuwając swoje miejsce dowodzenia; nie szczędził także swego głosu do wydawania rozkazów, co oznaczać mogło, iż znajdował się w pobliżu pierwszych szeregów jazdy polskiej. Ale mimo tego, jeszcze pod nieobecność większości oddziałów lewego skrzydła krzyżackiego, walka zaczęła przybierać dla strony polskiej niepokojący charakter. Dowództwo zakonne wzmocniło bowiem częścią swojego lewego skrzydła oddziały prawego skrzydła, które zajadle zaczęły atakować chorągiew ziemi krakowskiej z proporcem Królestwa Polskiego, przy czym - jak się przypuszcza - w tej najtrudniejszej fazie bitwy zawieść miał pełniący funkcję dowódcy tej chorągwi Zyndram z Maszkowic. Po trzykrotnej próbie przedarcia się oddziałów zakonnych przez szeregi Małopolan, chorągiew z Ortem Białym zachwiała się i wypadła z rąk chorążego Marcina z Wrocimowic i upadła na ziemię. Na ten widok oddziały krzyżackie zaintonowały triumfalną pieśń »Crist ist entstandin' (Chrystus zmartwychwstał), przekonane o zwycięstwie ich nad skrzydłem polskim (szerzyła się też pogłoska o ucieczce króla z pola bitwy). Jednak był to triumf przedwczesny: najdzielniejsi rycerze polscy, zapewne z Zawiszą Czarnym na czele, podnieśli chorągiew krakowską, która znowu stała się symbolem wytrwałej walki Polaków. Co więcej zaś - ten niewątpliwie najbardziej krytyczny moment w całej bitwie stał się właśnie bodźcem do dalszej, zajadłej wręcz walki rycerstwa polskiego z zakonnym. Zapewne Jagiełło wzmocnił odwodami siły polskie w rejonie Łodwigowa, które wyraźnie zmierzać miały do okrążenia prawego skrzydła krzyżackiego.

W tej właśnie fazie bitwy, późnym popołudniem nastąpił powrót oddziałów Zakonu z pogoni za wojskami litewsko-ruskimi. Zaskoczyła ich sytuacja na polu bitwy, gdzie oddziały polskie wyraźnie już górowały nad krzyżackimi. Dlatego przybywający próbowali przyłączać się do walczących chorągwi Zakonu, jednak oddziały polskie zapewne przecięły im drogę i stoczyły walkę, wielu zabijając i biorąc do niewoli. Jedynie część zbrojnych, którzy nie zostali odcięci, przedarła się do głównej grupy wojsk Zakonu i wzięła udział w dalszej walce z rycerstwem polskim spod chorągwi krakowskiej, sandomierskiej, wieluńskiej i halickiej. Walka ta toczyła się późnym popołudniem i spowodowała wiele ofiar, głównie po stronie Zakonu. Miała zakończyć się po około sześciogodzinnym trwaniu bitwy (tj. około godziny 6 wieczór). Ocalałe z pogromu oddziały krzyżackie przesuwały się już na północny zachód, zmierzając schronić się do obozu.

W tym schyłkowym już okresie „wielkiej bitwy' Ulryk von Jungingen zdecydował się na użycie 16 chorągwi bądź rezerwowych z obozu koło Stębarka, bądź już wypoczętych po walce. W chorągwiach tych brał udział wielki mistrz jako głównodowodzący, wielki marszałek von Wallenrode i grono komturów, faktycznie więc niemal cała kadra dowódcza Zakonu. Ulryk von Jungingen zdecydował się bowiem na posunięcie dość niezwykłe w taktyce zachodnioeuropejskiej, a mianowicie na użycie odwodu, aby uderzyć z flanki na zwyciężającą już armię Jagiełły. Manewr ten musiałby jednak być przeprowadzony całą kolumną metodą zaskoczenia, co byłoby gwarancją sukcesu. Kolumna ta początkowo była chroniona niewielkim laskiem znajdującym się wówczas między obozem Zakonu (koło późniejszej kaplicy) a miejscem walki koło Łodwigowa. Szykowała się tam ona do uderzenia kopiami i włóczniami, przygotowanymi już do bezpośredniego ataku. Po wyjściu z lasku została jednak dostrzeżona przez samego Jagiełłę (który najwidoczniej przesunął swoje miejsce dowodzenia bliżej głównej linii walki) i znajdującą się w pobliżu chorągiew nadworną. Król znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie. Chorągiew nadworna stanęła frontem ku zbliżającemu się nieprzyjacielowi, chcąc podjąć z nim zaraz walkę. Dlatego gdy od króla dotarł do tej chorągwi sekretarz królewski Zbigniew Oleśnicki z rozkazem pospieszenia z pomocą, dowódca nadwornych Mikołaj Kiełbasa szorstko odprawił go, oświadczając, iż musi odeprzeć zbliżającego się wroga, aby w ten sposób ochronić osobę króla (tj. odwrócić od niego uwagę). Istotnie chorągiew Kiełbasy podjęła walkę z nacierającymi oddziałami odwodu krzyżackiego.

Jagiełło pozostał więc na uprzednim miejscu, jedynie dla bezpieczeństwa zwinięto małą chorągiew z orłem białym, a rycerze otoczyli go kręgiem zbrojnym. Chodziło tu tak o zabezpieczenie osoby króla, a także ukrycie jego, jak także o uniemożliwienie mu włączenia się do walki, do której Jagiełło teraz się rwał Straż przyboczna nie dopuściła jednak do tego, nawet mimo wyraźnych żądań i obcesowych gestów swego monarchy. Wówczas jednak z oddziałów odwodu krzyżackiego oderwał się pojedynczy rycerz rodem z Łużyc - Leopold (Dypold) von Köckritz, który skierował swój atak na ten niewielki oddział polski, godząc włócznią w osobę samego Jagiełły (Köckritz zapewne nie orientował się, że jest to głównodowodzący polskich sił, ale mógł domyślać się znaczniejszej rangą osoby). Król w tym wypadku przyjął wyzwanie i własną włócznią zranił go w twarz. Stojący obok sekretarz Oleśnicki zajechał go wówczas z boku i uderzył uszkodzoną już włócznią. Był to cios śmiertelny dla Köckritza, który spadł z konia na ziemię, gdzie został dobity przez rycerstwo królewskie.

Incydent ten (opisany w Kronice konfliktu i przez Długosza) - najbardziej chyba dramatyczny w całej bitwie - nie wpłynął jednak na kierunek uderzenia sił Ulryka von Jungingen wobec trzonu armii polskiej. Zamiary jego jednak w pełni rozpoznał Jagiełło oraz niektórzy dowódcy chorągwi polskich. Wielki mistrz po incydencie z Köckritzem zakomenderował zwrot chorągwi swego odwodu w prawo w kierunku sił polskich, głównie zaś wobec chorągwi krakowskiej, która rozprawiła się już wcześniej z przeciwnikiem i zapewne czekała na dalsze rozkazy królewskie. Jednak ten złożony manewr najwidoczniej nie został konsekwentnie przeprowadzony przez oddziały Zakonu, bowiem w oddziałach polskich zorientowano się, iż z boku zbliża się nieprzyjaciel. Tylko część z nich z rycerzem Dobkiem z Oleśnicy sądziła początkowo, iż są to oddziały litewskie uzbrojone w sulice, podobne do włóczni w armii krzyżackiej. Szybko jednak przekonano się, iż jest to uderzenie nieprzyjaciela. Dobek próbował stoczyć pojedynek, może z samym wielkim mistrzem, który zakończył się zranieniem w lędźwie konia dobkowego.

W efekcie większość konnych sił polskich, zapewne wspartych oddziałami rezerwowymi, zdołała dokonać zwrotu ku nieprzyjacielowi i zderzyć się z nadciągającymi szesnastoma chorągwiami odwodu wielkiego mistrza, do których zresztą dołączyli także rozbitkowie z rozgromionych wcześniej oddziałów prawego skrzydła Zakonu. Doszło wówczas do przedostatniej, najkrwawszej fezy bitwy, już pod wieczór, w której chorągwie polskie, na czele z chorągwią ziemi krakowskiej, zapewne wsparte odwodami, a także oddziałami litewsko-ruskimi, prawie całkowicie okrążając chorągwie Zakonu, rozprawiły się z nimi. Spowodować to mogło jeszcze większą zaciętość walki po obu stronach. W starciu tym bowiem, stawiając opór aż do ostatniej chwili, polegli wielki mistrz, wielki marszałek i wielki komtur oraz kilkudziesięciu komturów i urzędników krzyżackich, obok wielu braci krzyżackich i świeckich rycerzy. Rycerze polscy, mając przewagę w tej fazie bitwy, nie dawali pardonu przeciwnikowi, nie zwracając uwagi na jego rangę czy wielkość okupu. Dlatego nieznane są okoliczności i miejsce zabicia, niewątpliwie przez rycerzy konnych, Ulryka von Jungingena (został trafiony śmiertelnie w czoło i pierś) oraz Fryderyka von Wallenrode. Tylko niektórzy dowódcy, jak Krzysztof von Gersdorff, zdołali poddać się rycerzom polskim. Do niewoli dostali się także obaj książęta - szczeciński Kazimierz i oleśnicki Konrad Biały. Szczególną rolę odegrać też mogła przedwczesna, w późniejszej opinii władz Zakonu, kapitulacja chorążego ziemi chełmińskiej - Mikołaja z Ryńska, który - jak podaje z goryczą tzw. kontynuator Kroniki Posilgego - opuścił dzierżoną chorągiew, dając tym sygnał do rezygnacji z dalszej walki i poddania się (czego mu strona krzyżacka nie wybaczyła).

Jednak okrążenie grupy wojsk Zakonu nie było szczelne, gdyż część ich zdołała się wyrwać z niego i schronić na północ do obozu między Stębarkiem i Grunwaldem, chcąc zza wozów prowadzić obronę, zapewne przy pomocy artylerii i piechoty. Część zaś zbrojnych krzyżackich szukała ratunku w ucieczce, przede wszystkim drogą wiodącą z Grunwaldu na północny zachód przez Sarnin, Elgnowo do Lubawy, a stamtąd do stołecznego Malborka, bądź też drogą na Zybułtowo-Olsztynek, gdzie zresztą ginęła w bagnach Jagiełło nakazał więc ścigać uciekających, które to zadanie przypadło lekkiej jeździe tatarskiej i litewsko-ruskiej oraz polskiej. Niektórzy z uciekających zostali zabici, m. in. komtur tucholski Henryk von Schwelborn. Jednak rozkaz królewski zabraniał likwidować zbiegów, nakazując ich doprowadzenie do obozu. Część zbrojnych krzyżackich zdołała ujść pościgowi, chociaż rozciągnąć się on miał na wiele mil. Ostatni akt bitwy nie rozegrał się jednak na dalekich przedpolach Stębarka i Grunwaldu, lecz właśnie w jego pobliżu - w obozie krzyżackim, położonym na wschód od niego, co - jak się wydaje - odegrać miało swoją rolę przy określaniu miejsca samej „wielkiej bitwy' (w Polsce nazwano ją najpierw „bitwą pod Griinfeldem', a od schyłku 1410 r. - „pod Grunwaldem', w Prusach Krzyżackich zaś „bitwą pod Stębarkiem', niem. Tannenberg). Obóz ten, otoczony wozami, przygotowany spiesznie do obrony przez zbrojnych Zakonu zarówno konnych, jaki pieszych został otoczony przez oddziały armii Jagiełły, być może także piesze, tj. chłopskie, pod osobistym nadzorem króla. Nastąpił szturm, który zakończył się zdobyciem obozu, przy czym liczba ofiar ze strony Zakonu była tutaj większa niż na całym pobojowisku. Na pobojowisku tym, na „grunwaldzkim polu' leżały w promieniach gasnącego słońca lipcowego ciała poległych - kwiat urzędników Zakonu krzyżackiego i tysiące jego poddanych, europejskich pomocników oraz zaciężnych, a także wielu rannych, wiele też było ciał końskich i strzaskanej broni.

W zdobytym obozie krzyżackim znajdowały się na wozach znaczne zapasy, które stały się w całości łupem zdobywców. Znaleziono także dyby i kajdany, które posłużyły do krępowania jeńców zakonnych. Znaleziono także wiele beczek z winem, które mogło gasić pragnienie zwycięzców. Jednak król, obawiając się skutków libacji, nakazał porozbijać beczki, z których wino dopłynąć miało aż do łąk stębarskich.

Jagiełło, po tym ostatnim już etapie południowej bitwy, która zakończyć się miała około godziny siódmej wieczorem, udał się najpierw na pagórek koło obozu krzyżackiego. Złożył tam na kolanach podziękowanie Bogu za zwycięstwo. W wojsku panowały nastroje wielkiej radości i satysfakcji z racji wielkiego zwycięstwa nad potężnym wrogiem, a także oddalenia groźby śmierci lub niewoli w walce. Królowi doprowadzono część jeńców, w tym księcia szczecińskiego Kazimierza i oleśnickiego Konrada Białego. Ale Jagiełło wraz z wojskiem był zbyt znużony fizycznie i psychicznie, dlatego nie zajmowano się już wieczorem sprawą jeńców. Król nakazał tylko wojskom, aby podsunęły się wraz z taborem kilka kilometrów „ku Malborkowi', chyba jednak w kierunku jeziora Lubień w pobliże Mielna. Tam też został rozbity obóz, a utrudzony Jagiełło najpierw spoczął na ziemi, na gałązkach z drzew jaworowych. Król był nie tylko zmęczony, ale i silnie zachrypnięty i wraz z całym wojskiem po prostu głodny; w toku bitwy od południa nie było bowiem czasu na jedzenie i picie. Dopiero po zjedzeniu posiłku nastąpić mógł odpoczynek w namiotach, gdy zaczął padać deszcz trwający aż do rana. Dla wielu rannych z obu armii, nadal leżących z powodu późnej pory na „grunwaldzkim polu', deszcz i chłód, miały okazać się zabójcze. Odpoczynek nocny zakłócany był doprowadzaniem przez rycerstwo polskie zdobytych jeńców i łupów oraz zdobytych lub znalezionych w drodze proporców wojsk zakonnych. Jagiełło obserwował te poczynania, czuwając przez całą noc.


Fragment książki: Marian Biskup 'Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521' s. 85-95

Przebieg bitwy zaczerpnięty z książki J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański "WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO"

'...Po kilku dniach marszu i stoczeniu kilku mniejszych bitew armia polsko-litew¬ska nocą z 14 na 15 lipca stanęła w lasach na wschód od wsi Łodwigowo i Stębark. Naprzeciw, na wschód od wioski Grunwald, stały wojska krzyżackie. Między obu armiami rozciągało się pole przyszłej bitwy.

Liczebność wojsk obu stron różnie jest szacowana przez bada¬czy. Zgodnie przyjmuje się, że armia Jagiełły była liczniejsza. Według Stefana M. Kuczyńskiego liczyła 29 tys. jazdy i około 2 tys. pieszych, nie licząc czeladzi; armia zakonna zaś około 21 tys. jazdy i około 5 tys. pieszych, też nie licząc czeladzi. Inni uczeni (S. Ekdahl, A. Nadolski) uważają, że liczebność armii Zakonu w stosunku do armii królew¬skiej miała się jak 2; 3. Armia krzyżacka składała się z wojsk zakon¬nych i pocztów rycerskich przybyłych z całej Europy, głównie jednak z krajów niemieckich, oraz z oddziałów zaciężnych i cieszyła się sławą jednej z najlepszych armii Europy. Dowodził nią wielki mistrz Zako¬nu Ulryk von Jungingen. Armia Jagiełły składała się z chorągwi pol¬skich, wojsk litewsko-ruskich oraz niezbyt licznych oddziałów tatar¬skich i zaciężnych wojsk czeskich. Naczelnym wodzem armii był król Władysław Jagiełło.

Dnia 15 lipca 1410 r. obie wielkie armie przez parę godzin stały naprzeciw siebie, nie rozpoczynając bitwy. Wielki mistrz chciał spro¬wokować króla do akcji zaczepnej, aby ciężka jazda wpadła na przy¬gotowane na polu przeszkody. Król jednak spokojnie czekał, słuchał jednej mszy za drugą, głuchy na nalegania Witolda i polskich dowód¬ców. Nawet przybycie krzyżackich heroldów, którzy przynieśli dwa gołe miecze, wzywając króla do natychmiastowego rozpoczęcia bi¬twy, nie skłoniły go do zmiany planów.

Dopiero około południa rozpoczęła się bitwa, niezwykle krwa¬wa i zacięta, pełna dramatycznych epizodów. Jednym z nich był zna¬komicie opisany przez Długosza moment upadku chorągwi królew¬skiej: „Ponieważ także Krzyżacy zabiegali z uporem o zwycięstwo, wielka chorągiew króla polskiego Władysława, którą niósł chorąży krakowski, rycerz herbu Połukoza Marcin z Wrocimowic, pod napo¬rem wroga upada na ziemię. Ale walczący pod nią najbardziej zapra¬wieni w bojach rycerze i weterani podnieśli ją natychmiast i umieści¬li na swoim miejscu, nie dopuszczając do jej zniszczenia. Nie dałoby się jej podnieść, gdyby się nią nie zajął znakomity oddział najdziel¬niejszych rycerzy i gdyby jej nie byli obronili własnymi ciałami i orꬿem. Rycerze zaś polscy, pragnąc zatrzeć haniebną zniewagę, w najzaciętszy sposób atakują wrogów i kładą pokotem wszystkie te siły, które się z nimi starły'.

Pierwsza faza bitwy

Bitwa trwała około 6 godzin i zakończyła się zupełnym rozbi¬ciem armii krzyżackiej. Zginął wielki mistrz, wielu komturów i star¬szyzny zakonnej, inni wraz z wielu słynnymi rycerzami z Zachodu dostali się do niewoli. „Wśród Polaków panowała zaś radość, że przez odniesienie znakomitego, godnego wspomnienia przez wiele wie¬ków zwycięstwa nad zuchwałym i potężnym wrogiem, za łaską Bożą uwolnili ojczyznę od bezlitosnego i niesłusznego zagarnięcia przez Krzyżaków i od ich najazdu, a siebie od grożącego im niebezpieczeń¬stwa śmierci lub niewoli'. Tak walczyć i tak o tej walce pisać mogli tylko ludzie świadomi tego, że bili się w obronie najistotniejszych interesów własnych i swoich potomków. Z tego punktu widzenia Grun¬wald byt nie tylko jedną z największych średniowiecznych bitew, ale był bitwą o zachowanie suwerenności dwóch państw i narodów.

Druga faza bitwy

Wśród historyków wciąż toczą się dyskusje, kto był faktycznym wodzem i zwycięzcą w tej bitwie. Po gruntownych badaniach Stefana M. Kuczyńskiego nie ulega wątpliwości, że faktyczne, a nie tylko no¬minalne dowództwo nad całą armią było w rękach króla. Przy opra¬cowaniu planów bitwy jednak korzystał on z pomocy powołanej przez siebie rady wojennej, w której skład obok króla i Witolda weszli pa¬nowie polscy: Krystyn z Ostrowa, Jan z Tarnowa, Sędziwój z Ostroroga, Mikołaj z Michałowa, Mikołaj Trąba, Zbigniew z Brzezia i Piotr Szafraniec. Byli wśród nich doświadczeni rycerze i dowódcy. Na polu bitwy niemałą rolę odegrał Witold, który dowodził w boju wojskami litewskimi, a także wodzowie prowadzący poszczególne chorągwie, ale odpowiedzialność za losy wojny spadała na króla i jemu też należą się laury zwycięstwa.

Nieporozumienia w tej sprawie, poczynając już od Długosza, wynikały stąd, że król nie brał czynnego udziału w bitwie, co było zwyczajem przyjętym w Europie Zachodniej, ale, podobnie jak chan Mamaj w bitwie na Kulikowym Polu, stał na wzgórzu w otoczeniu doborowych rycerzy, obserwował całe pole bitwy i wydawał rozkazy. Jan Długosz z większym podziwem pisze o szalejącym na polu bitwy Witoldzie niż o Jagielle, który jego zdaniem nie chciał wojny, zwlekał z rozpoczęciem bitwy i jeszcze przed samą bitwą zabiegał o sprawie¬dliwy pokój. Długosz stworzył i przekazał następnym pokoleniom obraz świątobliwego i pokojowo usposobionego króla. Było to zgod¬ne z przyjętą wówczas linią propagandy. W pismach wychodzących z kancelarii królewskiej przed i po bitwie w odpowiedzi na oskarże¬nia Krzyżaków, że zostali niewinnie napadnięci przez wrogów chrze¬ścijaństwa, prezentowano taki właśnie wizerunek króla.

Kronikarz nie bardzo umiał ocenić rolę Jagiełły w czasie bitwy. Najpierw pisał, że „w czasie przygotowań do bitwy po dojrzałej nara¬dzie postanowiono, jako rzecz najbardziej oczywistą, by król zatrzy¬mał się w bezpiecznym miejscu, niewidoczny nie tylko dla wrogów, lecz i dla swoich, otoczony znacznym oddziałem doborowej straży i ry¬cerzy ... jego samego uznano bowiem za wartego dziesięciu tysięcy rycerzy'. W innym miejscu pisał, że król rwał się do boju, tylko straż go powstrzymywała, w jeszcze innym, że od ciągłego wzywania do bitwy król tak ochrypł, iż następnego dnia z trudem można było go zrozumieć.


Fragment książki: J. Krzyżaniakowa, J. Ochmański 'WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO' s. 206-208

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości