Doryleum 1097

Rozproszone po bitwie pod Niceą tureckie oddziały zostały zebrane i skoncentrowane w pobliżu Doryleum. Tu właśnie sułtan Kilidż Arslan urządził zasadzkę na podążających w kierunku Jerozolimy krzyżowców.
1 lipca 1097 roku grupa Boemunda z Tarentu została otoczona przez Turków. Europejczyków zasypano gradem strzał, bełtów, włóczni i kamieni. Pojedyncze muzułmańskie oddziały szarpały otoczonych ze wszystkich stron.

"...W ogólnym zamieszaniu, jakie zapanowało w pierwszych chwilach po tureckim ataku, Boemund nie stracił głowy. Wydał rozkaz ustawienia namiotów w szeregach, tworząc w ten sposób coś na kształt muru obronnego. Za tą przeszkodą ustawili się spieszeni rycerze. Nie posiadający broni pielgrzymi zajęli stanowiska w środku wielkiego, nieregularnego koliska. Przede wszystkim zaś zadbał o wysłanie gońców do innych oddziałów z prośbą o natychmiastowe przybycie na pole bitwy. [...]
Nim jednak nadeszła pomoc, zgrupowanie Boemunda przez wiele godzin musiało toczyć dramatyczny bój z liczniejszym przeciwnikiem. Zdziwili się nasi skąd może się wziąć podobna ilość Turków, Saracenów i innych ludów, niemożliwa do obliczenia, bo wszystkie góry, pagórki, doliny, wszystkie doliny zewnątrz i wewnątrz były pokryte tym wyklętym nasieniem..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 79

Kąsani ze wszystkich kierunków wojownicy Boemunda, w oczekiwaniu na pomoc, skupili swe działania głównie na pilnowaniu, aby nie doszło do rozerwania obronnego szyku.

"...Turcy zastosowali podczas bitwy swoją typową taktykę. Gromady konnych i pieszych łuczników wysuwały się na czoło pierścienia otaczających krzyżowców wojsk i wypuszczały w ich kierunku chmury strzał. Po ich wystrzeleniu robiły miejsce kolejnej grupie. I tak kwadrans po kwadransie, godzina po godzinie na stanowiska chrześcijan spadał deszcz pocisków. Coraz więcej zabitych i rannych zaczęło wypełniać obóz. Wydawało się, że Turcy niemal bezkarnie, na odległość, jedynie ciągłym, systematycznym ostrzałem zniszczą przeciwnika lub zmuszą go do poddania się. A to w najlepszym razie oznaczało hańbiącą niewolę..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 80

Obrońcy, skupieni na małej przestrzeni, w zwartej masie dzielnie bronili się. Koło południa przybyła odsiecz. Jako pierwsi wspomogli uwijających się Normanów Hugon hrabia Vermandois oraz Gotfryd z Bouillon. Następnym, który zaatakował Turków, był Rajmund IV hrabia Tuluzy.

"...Oto w decydującym momencie boju armia chrześcijańska jakby cudownie się rozmnożyła. Pewni zwycięstwa, oswojeni z myślą, że walczą ze wszystkimi, zamkniętymi w śmiertelnym kotle wojskami krzyżowców, musieli muzułmanie stawiać czoło ich nowym siłom. Zastępy Kilidż Arslana I były wciąż na tyle liczne, aby zwyciężyć w rozpalającej się na nowo walce, jednak ich duch bojowy rozwiał się w tym samym momencie, w którym pod Doryleum rozległy się wojenne zawołania Lotaryńczyków, Tuluzańczyków i Pro- wansalczyków. Nie potrafili przeszkodzić w połączeniu się obu armii krzyżowych. W ciągu krótkiego czasu powstał długi, jednolity front ich oddziałów. Boemund, Robert normandzki i Stefan z Blois zajęli jego lewe skrzydło, Rajmund i Robert z Flandrii utworzyli centrum, natomiast Gotfryd i Hugon hrabia Vermandois stanęli na prawym skrzydle.
Turcy nie byli w stanie przeciwstawić się prowadzonemu z niesamowitą zaciekłością natarciu. W krytycznym momencie bitwy hufce Kilidż Arslana I, już prawie pobite, bo wstrząśnięte nagłym pojawieniem się odsieczy i obezwładnione tym psychicznie, pozbawione zostały również swojego najgroźniejszego materialnego oręża. W kołczanach tureckich żołnierzy zabrakło strzał! Jeszcze przez jakiś czas czołowe oddziały walczyły z rozpaczliwą odwagą, lecz moment, w którym dzika, wszechogarniająca panika miała rozsadzić krociową armię Kilidż Arslana I, zbliżał się nieubłaganie. Stało się to w chwili, gdy na swoich tyłach Turcy dostrzegli nieprzyjacielskie wojska. Był to niewielki w istocie oddział dywersyjny wysłany przez zapobiegliwego biskupa Le Puy, lecz w wyobraźni nieszczęsnych wyznawców Proroka Mahometa urósł on do rozmiarów jeszcze jednej potężnej armii Franków przybywającej na plac boju. Front wojska Kilidż Arslana I pękł niczym mydlana bańka. Przerażeni żołnierze z obłędem w oczach, rozpaczliwie wzywając pomocy Allacha, rzucili się do bezładnej ucieczki. „Uciekli szybko do swoich obozów, ale tam nie przebywali długo. Uciekali dalej, a my ścigaliśmy ich przez cały dzień i zebraliśmy wielkie łupy w złocie i w srebrze, konie, osły, wielbłądy, owce i woły i wiele, wiele innych, których trudno pamiętać"..."


Fragment książki: S. Leśniewski "JEROZOLIMA 1099" s. 82-83

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości