Al-Mansura 1250

Bitwa pod Al-Mansurą stała się kulminacyjnym starciem armii reprezentującej VI wyprawę krzyżową, zorganizowaną przez Ludwika IX z muzułmańskimi wojskami dowodzonymi przez Fachr ad-Dina.

"...Upojony tym sukcesem Robert, wbrew rozkazom, jakie otrzymał od króla, postanowił ruszyć w pościg za uciekającymi. Templariusze, bojąc się, że zostaną posądzeni o tchórzostwo, ruszyli razem z nim. Wojska krzyżowców wdarły się do Mansury, wpadając w pułapkę, zastawioną przez muzułmanów. W wąskich uliczkach miasta chrześcijańscy rycerze zostali zaatakowani ze wszystkich stron i rozbici. Wśród poległych znalazł się także Robert z Artois..."


Fragment książki: Billings Malcolm "Wyprawy krzyżowe" s. 211

"...Zginęło 280 rycerzy i sierżantów templariuszy. Rannemu wielkiemu mistrzowi udało się przedostać do wojsk królewskich. Poległ także Raul de Coucy i wielu pomniejszych rycerzy oraz możnych. Według Jana de Joinville zginęło około 300 rycerzy (zapewne nie licząc templariuszy). Muzułmanie podają liczbę 1500 zabitych chrześcijan, możemy zatem taką liczbę rycerzy, sierżantów i konnych kuszników uznać za rzeczywistą. Z pogromu wydostali się nieliczni rycerze, ciężko poranieni i wykończeni, w tym Piotr z Bretanii, ranny ciosem miecza w twarz, i Jan de Soissons, prowadzący niedobitki swych pocztów. Mateusz Paris podaje, że jedynie 2 templariuszy i 1 szpitalnik przedarli się do głównej armii chrześcijan. Jeden nieznany z imienia rycerz przepłynął też rzekę wpław i powiadomił o klęsce Francuzów..."

Podczas ataku Roberta d'Artois przeprawiła się reszta armii krzyżowej. Gdy na ulicach Mansury rozpaczliwie walczyli o życie jeźdźcy ze straży przedniej, oddział zbrojnych z Szampanii natarł wściekle na muzułmanów i dotarł do obozu. Po chwili bataille natknęła się na liczny oddział mameluków przybywający w bojowym szyku od strony miasta. Według uczestnika tej potyczki sire Jana de Joinville było ich 6000 (jednak obrazowo dość często wymienia on tę liczbę, gdy szacuje liczebność wrogów). W wojska sułtana wstąpił wielki zapał, gdyż widząc bogaty ekwipunek i tunikę w lilie wzięli Roberta za króla Franków i z dumą pokazywali jego zdobytą tunikę. Sądzili, że armia pozbawiona dowódcy jest bezbronna.

Wkrótce na pole bitwy przybył oddział królewski, który ruszył szarżując w kierunku budowanej grobli, by umożliwić skończenie przeprawy i przedostanie się piechoty na drugi brzeg. Wywiązała się zacięta wałka na broń białą. Jeszcze podczas trwającego starcia król posłał po swoich przybocznych, dobrych rycerzy, żeby szybko zasięgnąć rady, co dalej robić. Wszyscy przychylili się do zdania Jana de Valéry, który nalegał, aby nadal atakować w kierunku grobli. W międzyczasie kolejna fala mameluków z wielką siłą natarła na szyk krzyżowców. Do króla dotarły wiadomości od Alfonsa de Poitiers i innych możnych toczących zaciekłe walki niedaleko pozycji hufca królewskiego Nalegali, żeby król nie ruszał się miejsca, gdyż nie byli w stanie za nim podążyć i groziłoby to oderwaniem od armii ich oddziałów i osaczeniem. Ponownie zebrała się rada i uzgodniono, że należy zaczekać na resztę walczących oddziałów. Wkrótce pojawił się Jan de Valéry i zganił wszystkich za decyzję o zwłoce, zamiast prowadzić natarcie w stronę grobli, aby połączyć się z piechotą i ludźmi księcia Burgundii, czekającymi w obozie na drugim brzegu. Wówczas podjęto decyzję o posłuchaniu rady pana de Valéry i przedzieraniu się do grobli. Zaskakujące jest to, jak wielki wpływ i poważanie miał ten doświadczony i prawy rycerz, skoro król i cała rada słuchali jego sugestii i je wykonywali. Z drugiej strony porady pana de Valéry co do posunięć i taktyki zawsze były słuszne..."

Podczas walk do linii wojsk królewskich dotarły, przedzierając się z Mansury, niedobitki straży przedniej i poinformowały Ludwika o straszliwej klęsce oraz rozpaczliwej obronie jego brata w jednym z zabarykadowanych domów. Konetabl Humbert de Beajeau zebrał grupkę zbrojnych (w tym ochotnika Jana dejoinviîle) i ryzykownie próbował przebić się do osaczonego w mieście Roberta dArtois. W obliczu ogromnej przewagi wrogich oddziałów broniących drogi do miasta ludzie konetabla musieli zawrócić. W międzyczasie mamelucy naparli z ogromnym impetem na oddział królewski i zepchnęli go w stronę rzeki Siła. uderzenia była tak wielka, że kilku krzyżowców straciło zapał i próbowało wpław przepłynąć na drugi brzeg rzeki do obozu chrześcijan. Część, wycieńczona walką w upale, utonęła. Ludwikowi udało się jednak dodać otuchy podkomendnym swoją bohaterską postawą. Gdy kilku Turków próbowało chwycić konia za wodze i pojmać króla, monarcha bohatersko obronił się ciosami miecza do czasu przybycia pomocy.

Tymczasem prawdopodobnie na lewym skrzydle krzyżowców wycofujący się od strony Mansury oddział Szampańczyków de Joinville'a wraz z pocztem hrabiego de Soissons zatrzymał się, aby bronić małego mostku na strumieniu. Obaj dowódcy słusznie zauważyli, że jeśli od tej strony przedrą się do wojsk królewskich muzułmanie, wówczas siły królewskie broniące pozycji przy grobli zostaną otoczone i przyparte do rzeki. Za każdym razem, gdy Turcy podchodzili blisko strumienia, rycerze nacierali na wroga. W pewnej odległości przed mostkiem znaleźli się też dwaj królewscy rycerze (zapewne z pocztami), atakowani przez chmary plebejskiej piechoty wroga. Piechurzy sułtana obrzucali ich ciężkimi grudami ziemi, a jeden naffatum obrzucał ich greckim ogniem. Szczęśliwie jednak ogniste pociski chybiały i królewscy strażnicy zdołali się wycofać. W końcu o zachodzie słońca prowizoryczna przeprawa przez groblę, wzmocniona szczątkami drewna z machin, została ukończona. Piechota sprowadzona przez konetabla wmaszerowała na drugi brzeg, tworząc zwarty szyk tarczowników z włóczniami i kuszników, odgradzający wycieńczonych i poranionych jeźdźców od muzułmanów. Widząc kuszników gotowych do strzału, muzułmanie, zmęczeni całodzienną walką, wycofali się do miasta. Straż tylna, nad którą dowództwo objął Gaucher de Chatillon, zabezpieczyła odwrót wyczerpanej armii krzyżowej do pozycji w pobliżu grobli, gdzie rozbito nowy obóz. Zdobyto obóz wroga wraz z bogatymi łupami. Do znajdującej się na pasie „ziemi niczyjej" części opuszczonego obozowiska muzułmanów wdarli się Beduini, rabując wszelkie cenne przedmioty.

Tak zakończyła się jedna z najbardziej zaciekłych i krwawych bitew wypraw krzyżowych, ostatnia duża batalia krzyżowców w otwartym polu. Chociaż obie strony wycofały się z pola bitwy i uznały za zwycięzców, znacznie większe straty ponieśli chrześcijanie. Ludwik stracił 1/3 swojej jazdy, w tym większość doborowych templariuszy oraz bardzo przydatnych konnych kuszników..."


Fragment książki: W. Lorek "KRUCJATY LUDWIKA IX ŚWIĘTEGO" s. 48-50

Szukaj:


Strona główna Władcy Ważne bitwy Polityka prywatności Antykwariat Księga gości